15 lipca 2025
Drogi pamiętniku,
Już od dawna rosło we mnie pragnienie, by przyjąć pod swój dach dziecko ze schroniska. Mój mąż, z którym spędziłem sześć lat, nie doczekał się ze mną potomstwa i odszedł do młodszej, bardziej odnoszącej sukcesy partnerki. Czuję, iż po latach rodzinnych zmagań nie mam już sił ani ochoty ponownie rozpoczynać związek i szukać tej jedynej już wystarczy. Zdecydowałem, iż jeżeli mam poświęcać energię i ciepło serca, niech będzie ono skierowane ku tym, którzy naprawdę tego potrzebują.
Zatem ruszyłem do działania. Przeszukałem biuro opieki społecznej, zgromadziłem niezbędne dokumenty i w końcu przyszedł najważniejszy etap: odnaleźć chłopca, który miałby stać się moim synem, kontynuacją mojego życia, i ofiarować mu całe ciepło, które nagromadziło się w ciągu 38 lat.
Nie chciałem małego niemowlęcia, bałem się, iż nie sprostam nocnym pielęgnacjom, bo przekroczyłem już ten wiek, w którym człowiek nieświadomie tęskni za bezsennością, kołysaniem i szumem płaczu. Dlatego wyruszyłem do domu dziecka, licząc na trój lub pięcioletniego małego chłopca, który mógłby stać się moim własnym potomstwem.
Gdy wsiadałem do tramwaju, serce mi podskakiwało niczym przed pierwszą randką; nie zauważyłem, iż w Warszawie wiosna rozkwitała na dobre. Delikatna mgła, chłodny podmuch i niepohamowanie jasne słońce wypełniały miasto.
Tramwaj skrzypiał na zakrętach, a ja wciąż rozmyślałem o przyszłym dziecku, które już istnieje w świecie, choć jeszcze nie wie, iż jest przeznaczone dla mnie. Za oknem przejeżdżały szkliste auta, ludzie spieszący się gdzieś, a nikt nie miał pojęcia, iż w tym wagonie jedzie ja, aby spotkać własne szczęście. Odwróciłem się do okna, ale nie przyglądałem się ulicy, bo już uśmiechałem się do przyszłego syna, z którym miałem się spotkać za kilka minut.
Następnie przyszedł przystanek o nazwie Dom Dziecka. Z wysiadłszy, od razu zauważyłem stary dwór z kolumnami, których tynk odpadał, a kiedyś biały kamień przybrał szary, kamuflażowy odcień jakby ktoś chciał, by wróg go nie dostrzegł. Podszedłem do ochroniarza, wyjaśniłem sytuację i został skierowany do gabinetu dyrektorki.
W środku czekała na mnie nieco podniszczona kobieta, w przetartej swetrze z kłaczkami. Była to dyrektorka o prowincjonalnym wyglądzie, ale w jej oczach widać było, iż jest na swoim miejscu od lat. Rozmowa była krótka, bo wczoraj mieliśmy już telefoniczny kontakt.
No to chodźmy wybierać? rzekła, wstając z krzesła. Poszedłem za nią wzdłuż długiego korytarza z ciemnoniebieskimi panelami. Przez ramię rzuciła: Młodsza grupa jest teraz w zabawie, więc i my tam pójdziemy. Otworzyła drzwi i razem wkroczyliśmy na podłogę pokrytą dywanem.
W pokoju było chyba piętnaście dzieci, dziewcząt i chłopców, bawiących się przy szafkach z zabawkami. Nauczycielka siedziała przy okiennym stoliku, coś zapisywała, co jakiś czas podnosząc głowę czujnie obserwowała porządek. Gdy tylko weszliśmy, maluchy natychmiast podbiegły do drzwi, otoczyły nas, przytulały się do kolan, podnosząc główki i krzycząc niczym jaskółki:
To moja mama przyjechała! Po mnie!
Nie, to ja ją rozpoznałam! Widziałam ją w śnie!
Weź mnie, weź! To ja twoja córka!
Dyrektorka lekko pogłaskała dzieci po głowach i cicho podawała mi krótkie notatki o każdym z nich. Ja sam nie wiedziałem, którego wybrać chciałem wszystkich. Szczególnie przyciągnął mój wzrok chłopiec siedzący przy oknie na małym krzesełku, który nie podszedł do dorosłych, a jedynie odwrócił się i przyglądał się otoczeniu.
Podszedłem do niego i położyłem rękę na jego głowie. Z moich dłoni wyjrzały małe, lekko skośne oczy o nieokreślonym kolorze, które idealnie komponowały się z kościstą twarzą, szerokim nosem i bladymi brwiami. Chłopiec nie przypominał tego, co sobie wyobrażałem, ale jakby potwierdzając, iż nie jest typowym wyborem, rzekł:
I tak mnie nie wybierzesz.
Patrzył na mnie z takim pożądaniem, iż zdawał się błagać o coś innego.
Dlaczego tak myślisz? zapytałem, nie podnosząc ręki.
Bo jestem kichający i często choruję. Mam też siostrę, Nelię, w grupie maluszków. Codziennie przychodzę do niej, głaszcząc po głowie, żeby nie zapomniała, iż ma starszego brata. Nazywam się Wiktor, i bez Neli nie pójdę nigdzie. odpowiedział, a z jego nosa wypłynęły kropelki.
W tym momencie zrozumiałem, iż cało życie czekałem na spotkanie z kichającym Wiktorem i jego małą siostrą Nelą, której jeszcze nie widziałem, a już kochałem.
Ta przygoda nauczyła mnie, iż prawdziwe szczęście nie przychodzi w postaci idealnych planów, ale w przyjęciu tych, którzy są nieperfekcyjni, a ich drobne słabości czynią ich jedynymi, jakich naprawdę potrzebujemy. Lekcja, którą wyniosłem, brzmi: nie szukaj doskonałości w innych, bo najpiękniejsze relacje rodzą się tam, gdzie najmniej się tego spodziewasz.











