15 listopada 2025
Drogi pamiętniku,
Od dawna miałem wrażenie, iż los wciąż podrzuca mi nieprzewidywalne scenariusze, a dziś znalazłem się w jednym z nich obserwuję, jak moja przyjaciółka, Jadwiga Nowak, postanawia zmienić swoje życie w zupełnie niespodziewany sposób. Po sześciu latach małżeństwa z Janem Kowalskim, który odszedł do innej, młodszej i bardziej ambitnej kobiety, Jadwiga poczuła się wyczerpana i przytłoczona. Nie było już w niej sił ani chęci, by znowu szukać kogoś, kto będzie przy mnie w dobrym i w złym. Postanowiła, iż jeżeli ma poświęcić energię, to nie na nowego partnera, a na dziecko, które naprawdę potrzebuje ciepła.
Zaczęła więc działać. Wypełniła wszystkie wymagane formularze w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Warszawie, zgromadziła niezbędne dokumenty i wyruszyła na poszukiwanie chłopca, który mógłby stać się jej synem. Jadwiga, mając 38 lat, nie marzyła o noworodku; bała się, iż nie poradzi sobie z nocnym karmieniem i niekończącym się przewijaniem. Zamiast tego szukała trzylatka lub pięciolatka, który mógłby stać się jej prawdziwym potomkiem.
Wsiadając do warszawskiego tramwaju nr 9, czuła się jak przed pierwszą randką serce biło szybciej, a w powietrzu unosił się zapach wczesnej wiosny, choć miasto wciąż nosiło śnieżną szarość. Tramwaj skrzypiał na zakrętach, a Jadwiga rozmyślała o przyszłym dziecku, które już istnieje w jej wyobraźni, choć jeszcze nie zna go po imieniu.
Po drugiej stronie szyby rozciągał się marsz ludzi, szumiących samochodów i stukot kroków. Nikt nie wiedział, iż jadę w towarzystwie Jadwigi, a ona już odwróciła się ku oknu, nie patrząc na mijające budynki, bo w jej myślach już pojawił się uśmiech przyszłego syna. Zajechaliśmy pod przystanek oznaczony tablicą Dom Dziecka. Wychodząc, zauważyłam stary budynek z kolumnami, z których odpadła biała tynkowa warstwa, a kamień przybrał szary odcień, jakby chciał się ukryć przed wrogiem.
Wewnątrz przywitał nas stróż, który poprowadził nas do gabinetu dyrektorki. Tam spotkaliśmy nieco podniszczoną w szarościach starszą kobietę w zniszczonym swetrze dyrektorkę, Panią Zofię Wróblewską. Była surowa, ale w jej oczach tliła się pewność, iż jest we adekwatnym miejscu. Po krótkiej rozmowie, w której wymieniliśmy się kilkoma zdawkowymi informacjami, usłyszała: No to chodźmy wybierać.
Korytarz prowadzący do grupy zabawowej był pomalowany na ciemny granat, a zza jej ścian rozbrzmiewał szmer dziecinnych rozmów. Dyrektorka odwróciła się i rzekła: Młodsza grupa właśnie bawi się w sali gry, więc i my tam pójdziemy. Otworzyła drzwi, a my wszedliśmy.
W pomieszczeniu było około piętnastu maluchów dziewczynek i chłopców bawiących się na dywanie i przy półkach z zabawkami. Pedagog siedział przy oknie, sporadycznie podnosząc głowę, by przyglądać się porządkowi. Gdy tylko dorosłe otworzyły drzwi, dzieci natychmiast podbiegły, otaczając nas, przytulając się, wyciągając rączki i krzycząc jednocześnie:
To moja mama! Chodź po mnie!
Nie, to ja mam mamę! Widziałam ją w śnie!
Weź mnie, weź! To ja twoja córka!
Dyrektorka delikatnie pogłaskała ich po głowach, przydzielając Jadwidze krótkie opisy każdego dziecka. Jadwiga była przytłoczona, bo nie wiedziała, którego wybrać wszystkich chciała.
Jednak jej wzrok przyciągnął chłopiec siedzący przy oknie na małym krzesełku, który nie podszedł do nas, a jedynie odwrócił się, przyglądając się otoczeniu. Jadwiga podeszła do niego i położyła rękę na jego głowie.
Z jej dłoni wypadły małe, lekko skośne oczy o nieokreślonym kolorze, które idealnie kontrastowały z jego kościstą twarzą, szerokim nosem i bladymi brwiami. Nie przypominał on żadnego wyobrażonego przez Jadwigę syna. Chłopiec spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem i rzekł:
I tak mnie nie wybierzesz.
Jadwiga nie odciągnęła ręki i zapytała: Dlaczego tak myślisz, mały?
Bo jestem katarowy i często choruję. Mam też siostrzyczkę Nelię, która chodzi do przedszkolnego domu. Codziennie do niej biegnę, głaszczę ją po głowie, żeby pamiętała, iż ma starszego brata. Nazywam się Wiktor i bez Neli nie pójdę dalej.
W tym momencie z jego nosa wypłynęły krople kataru, które rozlały się po małym brzuszku. To był moment, w którym Jadwiga zrozumiała, iż całe życie czekała na takiego chłopca na Wiktora, który z częstymi przeziębieniami i siostrą Nelią już była częścią jej serca, choć nie znała ich wcześniej.
Patrząc na tego niewinnego chłopca, poczułem, iż Jadwiga znalazła to, czego szukała nie partnera, ale dziecko, które potrzebuje jej miłości i opieki. Zrozumiałem, iż czasem najgłębsze spełnienie przychodzi wtedy, gdy przestajemy szukać własnego szczęścia i dajemy je innym.
Lekcja, którą wyniosłem z tego spotkania, jest prosta: prawdziwe ciepło serca nie zależy od liczby lat w małżeństwie czy od tego, ile osób wokół nas się zmienia. To, co naprawdę liczy się w życiu, to gotowość, by otworzyć swoje dłonie i serce dla tych, którzy najbardziej tego potrzebują.
Z poważaniem,
Marek Kowalski.













