Grażyna od dawna knuła w sobie plan przyjąć dziecko ze schroniska dla sierot. Mąż, z którym przeżyła sześć lat i wciąż nie wydał się jej ojcem, odszedł do innej, bardziej udanej i młodszej kobiety. Grażyna poczuła, iż rodzinne życie ją wyssało: nie miała już sił, nie chciała już próbować stworzyć nowego związku, szukać tego, który będzie na dobre i na złe. Dość pomyślała. jeżeli mam wydawać energię i ciepło serca, nie na partnera, a na kogoś, kto naprawdę ich potrzebuje.
Zatem ruszyła do działania. Przeszukała wszystkie biura opieki społecznej, zebrała niezbędne dokumenty. Teraz najważniejsze odnaleźć chłopca, który stanie się jej synem, jej przedłużeniem, i ofiarować mu całe zgromadzone przez 38 lat ciepło duszy.
Nie chciała małego niemowlęcia, bała się, iż nie poradzi sobie z noworodkiem, bo przeszła już tę granicę, kiedy kobieta nieświadomie pragnie nocnych pieluszek, kołysanek i nieprzespanych nocy. Dlatego pojechała do domu dziecka, by znaleźć trzylatka lub pięciolatka, który stanie się jej własnym.
Wsiadając do tramwaju, drżała jak przed pierwszą randką i nie zauważyła, iż w mieście wreszcie rozkwitła wiosna młoda, jedwabna, przyjemnie chłodna, z nieziemsko jasnym słońcem. Tramwaj skrzypiał na zakrętach, a Grażyna wciąż myślała o przyszłym dziecku, które już istnieje na świecie, choć jeszcze nie wie, iż jest przeznaczone dla niej.
Za oknem mijał wiosenny Warszawa: samochody migotały szkłem, ludzie podążali gdzieś w pośpiechu. Nikt nie wiedział, iż Grażyna jedzie na spotkanie własnego szczęścia. Odwróciła się od innych pasażerów i spojrzała w okno, nie dostrzegając już miasta, bo już uśmiechała się do swojego przyszłego syna, którego miała spotkać za chwilę.
Nadeszła adekwatna przystanka. Nazywała się po prostu Dom Dziecka. Następny przystanek Przedszkole. Wyszła i od razu ujrzała stary dwór z kolumnami, na których spadła tynkowa skorupa, a kiedyś białe kamienie przypominały kamuflaż, prawdopodobnie po to, by wróg ich nie zauważył.
Poszła, wyjaśniła wszystko stróżowi, który skierował ją do gabinetu dyrektorki. W środku czekała już starsza kobieta, prawie babcia, w przetartej, wełnianej koszuli pełnej kłaczków. Dyrektorka była prowincjonalna, niechlujna, ale w oczach miałaby widać, iż jest na swoim miejscu od lat. Rozmawiali krótko, bo wczoraj już telefonowali.
No to chodźmy wybierać? rzekła dyrektorka, wstając pierwsza ze swojego krzesła.
Grażyna posłusznie podążyła za nią. Idąc długim korytarzem z ciemnoniebieskimi panelami, dyrektorka powiedziała ramię w ramię:
Młodsza grupa właśnie w zabawie, więc i nam tam iść trzeba. Pchnęła drzwi i obie przeszły prog.
W pomieszczeniu było chyba piętnaście dzieci, dziewczynek i chłopców, bawiących się na dywanie, otoczonych półkami z zabawkami. Nauczycielka siedziała przy oknie, coś zapisywała, od czasu do czasu podnosząc wzrok i czujnie pilnując porządku.
Gdy tylko dorosłe weszły, maluchy natychmiast rzuciły się w stronę drzwi. Otoczyły kobiety, trzymały się za kolana jedni Grażynę, inni dyrektorkę podnosząc buzie w górę i krzycząc niczym kaczątka:
To za mną przyjechała mama! Za mną!
Nie, to moja mama, od razu ją poznałam! Widziałam ją w śnie
Weź mnie, weź! To ja twoja córka!
Dyrektorka automatycznie pogłaskała dzieci po głowach, szeptem podając Grażynie krótkie opisy każdego z nich. Grażyna poczuła się zagubiona, bo chciała wziąć wszystkich wszystkich, łącznie z chłopcem, który siedział przy oknie na małym krzesełku, nie podchodząc do dorosłych, a jedynie odwracając się i przyglądając sobie znanej, chyba dla niego, panoramy.
Dlaczegoś Grażyna podeszła właśnie do niego. Położyła rękę na jego głowie. Z jej dłoni wyjrzały małe, lekko skośne oczy o nieokreślonym kolorze, które dziwnie pasowały do kościstej twarzy, szerokiego nosa i jasnych, ledwo zarysowanych brwi. Chłopiec nie wyglądał tak, jak Grażyna wyobrażała sobie w snach. I, jakby potwierdzając jej przeczucie, iż jest nieodpowiedni, powiedział:
I tak mnie nie wybierzesz.
Patrzył jednak na nie łaknącym wzrokiem, jakby błagał o coś innego.
Dlaczego tak myślisz, mały? zapytała, nie ruszając ręki z jego głowy, Grażyna.
Bo jestem katarowy i ciągle choruję. Mam też siostrzyczkę, Nelię. Małą, w grupie maluszków. Codziennie do niej biegam i głaszczę ją po głowie, żeby nie zapomniała, iż ma starszego brata. Nazywam się Witek i bez Neli nie pójdę nigdzie
Wtem, z napięcia, z jego nosa popłynęły łzy kataru.
W tej chwili Grażyna pojąła, iż całe życie czekała na spotkanie z katarowym Witkiem, który często choruje, i jego siostrą Nelią, której jeszcze nie widziała, a już kochała.













