Stanisława Kowalska zatrzymała się przed drzwiami klatki schodowej i złapała oddech. Torby z zakupami ciążyły w dłoniach, a wejście na piąte piętro bez windy stawało się coraz trudniejsze. Siedemdziesiąt lat to nie żarty, choć nigdy by się do tego nie przyznała.
— Ciociu Stanisławo! — dobiegł ją głos z dołu. — Zaczekaj, pomogę!
Stanisława obejrzała się i zobaczyła sąsiada z trzeciego piętra, młodego chłopaka, chyba Jakuba, który pracował gdzieś jako programista. Zawsze w słuchawkach, ale grzeczny.
— Nie trzeba, sama dam radę — odcięła, przyciskając torby do siebie.
— Ależ ciociu, to dla mnie żaden kłopot. I tak idę do domu.
Jakub spróbował wziąć jedną z toreb, ale Stanisława gwałtownie odsunęła rękę.
— Mówiłam — nie trzeba! Nie jestem niemowlęciem, sama doniosę.
Chłopak zastygł na schodach w niezręcznej ciszy.
— No… dobrze. Jak pani woli.
Wyprzedził ją i zniknął na wyższym piętrze. Stanisława spojrzała za nim z irytacją. Został bohaterem! Pewnie zaraz będzie opowiadał wszystkim, jaka to staruszka ledwo zipie na piątym piętrze.
Szła powoli, przystając na każdym podeście. Torby były naprawdę ciężkie — kupiła zapasy na cały tydzień, żeby nie musieć chodzić częściej. Ale przyznać się do tego? Nigdy.
W końcu dotarła do swoich drzwi. Klucze, naturalnie, leżały na samym dnie torebki. Gdy je szukała, jedna torba wyślizgnęła się i upadła. Jabłka potoczyły się po podłodze.
— A niech to! — mruknęła pod nosem.
Drzwi obok uchyliły się.
— Stanisławo? Co się stało? — wyjrzała Zofia Nowak, emerytka z sąsiedniego mieszkania.
— Nic się nie stało — burknęła Stanisława, zbierając jabłka. — Torba się rozdarła.
— Pomogę pani! — Zofia wyskoczyła w kapciach. — Samej pani dźwigała te zakupy? Mogła pani zadzwonić, poszłabym razem.
— Nie potrzebuję pomocy — Stanisława wyprostowała się sztywno, przyciskając jabłka do piersi. — Poradzę sobie.
— Ależ pani uparta! — Zofia załamała ręce. — Jesteśmy sąsiadkami, powinniśmy sobie pomagać.
— Nie chcę waszej opieki! — Stanisława niemal krzyknęła. — I proszę się zająć własnymi sprawami!
Szybko otworzyła drzwi i zatrzasnęła je za sobą, zostawiając Zofię na korytarzu ze zranioną miną.
W mieszkaniu było cicho i chłodno. Stanisława postawiła torby na kuchennym stole i osunęła się na krzesło. Ręce drżały ze zmęczenia i złości.
Czego oni wszyscy od niej chcą? Dlaczego nie mogą dać jej spokoju? Tyle już lat żyła sama i jakoś dawała radę. A teraz każdy chce się wpychać ze swoją „pomocą”.
Rozpoczęła rozpakowywanie zakupów. Chleb, mleko, wędlina, konserwy. Wszystko, co niezbędne. Mięsa nie kupiła — zabrakło pieniędzy, ale to nieważne. Ważne, iż nikt nie powie, iż nie potrafi się utrzymać.
Zadzwonił telefon. Stanisława spojrzała na wyświetlacz — dzwoniła córka z Warszawy.
— Mamo, jak tam? — rozległ się głos Ewy.
— Wszystko w porządku — odpowiedziała, starając się brzmieć rześko.
— Myślałam… może zatrudniłabyś panią do sprzątania? Sprawdzona kobieta, przychodzi raz w tygodniu, zrobi zakupy, posprząta…
— Po co mi sprzątaczka? — zmarszczyła brwi. — Jestem już naAle gdy spuściła wzrok na rozsypane jabłka i pomyślała o małym chłopcu, którego ukoiła w sklepie, zrozumiała wreszcie, iż czasem przyjąć pomoc to tak samo ważne, jak ją ofiarować.