Nie mój syn, tylko sąsiadki Kasi. Twój mąż często do niej zachodził, więc i dziecko z nim ma – taki sam rudy i piegowaty jak ojciec, testów nie trzeba. Co pani ode mnie chce? Męża niedawno pochowałam, nie wiem, z kim się zadawał… — A Kasia też już nie żyje… Tonka plewiła grządki, gdy usłyszała wołanie z podwórka. Otarła pot z czoła i wyszła do furtki, gdzie stała nieznajoma kobieta. — Tonka, cześć! Musimy porozmawiać. — Wejdź, skoro przyszłaś… Tonka zaprosiła kobietę do domu, postawiła czajnik. Ciekawe, po co przyszła? — Jestem Nina. Osobiście się nie znamy, ale mówiły mi, co i jak… Nie będę owijać w bawełnę… Twój zmarły mąż ma syna, Michałka. Ma trzy lata. Tonka spojrzała na kobietę zaskoczona. Wyglądała za staro na matkę tego dziecka… — Nie mój syn, tylko sąsiadki Kasi. Twój mąż często do niej wpadał, więc i dziecko z nim ma. Rudzielec i piegus – cała kopia ojca, żadnych badań nie trzeba. — Ale czego pani ode mnie chce? Męża niedawno już nie ma, nie miałam pojęcia, z kim się zapoznawał… Ta Kasia też już niestety nie żyje… Z powodu zapalenia płuc. Chłopiec został sierotą. Kasia też nie miała żadnych bliskich, była napływowa, sprzedawała w sklepie… Szkoda chłopca, tylko dom dziecka mu został… — Ja mam swoje dzieci, dwie córki, legalnie po ślubie. Chcecie, żebym zabrała to dziecko? Niektórzy mają tupet… — Ale przecież to brat twoich córek, swój, nie całkiem obcy… Chłopiec dobry, w szpitalu jest teraz, papiery na niego szykują… — Proszę mi tu litości nie wzbudzać… Mąż Bóg wie, ile dzieci zostawił, wszystkich mam wychować? — Rób, jak uważasz… Moim zadaniem było ostrzec. Nina wyszła. Tonka nalała sobie herbaty i zamyśliła się… *** Z Jurkiem poznała się zaraz po studiach. Świętowała z koleżankami, podeszli chłopcy. Jurek wyróżniał się rudą czupryną i piegami na twarzy. Wesoły, zabawny, czytał wiersze, opowiadał kawały. Odprowadził ją do domu. I tak została jego żoną. Zamieszkali u babci, która po śmierci zostawiła im dom. Urodziła się córeczka Walentyna, po dwóch latach Olenka. Żyli skromnie, zawsze brakowało pieniędzy. Wtedy Jurek zaczął pić. Tonka walczyła, ale na próżno. Potrafił zniknąć na kilka dni. Z pracy go wyrzucili oczywiście, a Tonka pracowała na dwa etaty. Postanowiła się rozwieść. Myślała, iż pojedzie z dziewczynami do miasta, ciotka od dawna ją zapraszała, znajdzie pracę, dadzą sobie radę. Ale Jurek po pijanemu wpadł pod samochód. Zginął. Szkoda jej go było, płakała nad trumną. Córki też płakały, w końcu tata… A teraz okazuje się, iż na boku dziecko zrobił… Do domu weszła starsza córka Walentyna. Wysoka, szczupła, cała w matkę, ruda jak ojciec. — Mamo, coś do jedzenia? Wybieramy się z dziewczynami do kina, a jestem głodna! A czemu taka smutna jesteś? — Przetrawiam nowinę. Przyszła do mnie baba i powiedziała, iż twój ojciec ma syna gdzie indziej, dziecko trzyletnie. Matki już też nie ma, a chłopca chcą do domu dziecka oddać. Zaproponowała, żebym go wzięła do siebie… — No ładnie… A kto to matka? Znasz ją? — Nie. Nie stąd. Katarzyna jej na imię, nazwiska nie znam… — I co zamierzasz? Gdzie ten chłopiec teraz jest? Nie ma żadnych krewnych? — Chyba nie. W szpitalu jest, papiery do sierocińca szykują… Rudziel, mówi, cała kopia ojca… Jedz ziemniaki z parówkami. Walentyna rzuciła się jeść. Przyszła Olenka, dołączyła. Tonka patrzyła na córki i się uśmiechała. Obie rude jak ojciec… Te geny mają jednak siłę… Następnego dnia Walentyna powiedziała: — Mamo, byliśmy z Olenką w szpitalu… Zobaczyć brata. Śmieszny taki, pucołowaty. Bardzo do nas podobny – rude słoneczko… Płacze, do mamusi chce… Zanieśliśmy mu jabłko i pomarańczę. Stoi w łóżeczku, rączki wyciąga… Pani pielęgniarka pozwoliła się z nim pobawić. Mamo… Weźmy go… To nasz brat… Tonka się rozzłościła. — Co wy sobie wymyśliliście! Tatuś wasz się zabawiał, a ja mam wszystko naprawiać? Mam dość własnych problemów… Tobie łatwo mówić – weź go… — Ludzie cudze dzieci biorą, a ten nasz, z krwi… On nie winny, iż tak wyszło. Sama wiesz, dzieci nie odpowiadają za rodziców! — Ale gdzie jeszcze jeden do wykarmienia? I tak haruję bez końca, sprzedaję warzywa z działki, spinam się jak mogę, a wy chcecie nowej gęby na moją pensję? Ty za rok do szkoły pójdzie, Olenka rośnie, raz to, raz tamto… — A jakbyś wzięła opiekę, jakaś pomoc państwowa przecież jest… Mamo, jesteś kobietą, nie żal ci chłopca? Ojciec źle zrobił, ale to nasz brat… Tonka była zła na męża i córkę. Wymyśliła sobie, żeby cudze dziecko jej wcisnąć… Ale postanowiła zobaczyć tego chłopca. Następnego dnia poszła do szpitala. — Dzień dobry. Gdzie tu jest Michałek, trzy lata, ma iść do domu dziecka? — spytała pielęgniarkę. — Kim pani jest dla niego? Po co pani? — Chcę tylko zobaczyć. To dziecko mojego męża, od innej kobiety… Tak wyszło… — Zobacz, i co z tego? Wczoraj twoje córki były, bawiły się z nim, choć nie wolno, ale pozwoliłam… Potem płakał, do mamy chciał… — Ja tylko na sekundę, choćby nie wezmę na ręce… — Zobacz, skoro tak… Tonka otworzyła drzwi i zamarła. Mały Jurek, cała kopia… Rude loczki, niebieskie oczy. Prześliczny chłopczyk. Siedział w łóżeczku i bawił się klockami. Zobaczył ją — uśmiechnął się. — Ciociu… A gdzie moja mama, ma-ma?… — Nie ma mamy, Michałku… — Do domu chcę… I rozpłakał się żałośnie. Tonce ścisnęło się serce. Podeszła do łóżeczka, wzięła chłopczyka na ręce. — Proszę go odłożyć! — krzyknęła pielęgniarka. — Pani pójdzie, a ja potem jego krzyki słuchać będę! — Michałku, nie płacz, malutki… Tonka głaskała go po głowie, wycierała łzy. — Zabierz mnie… Głodny jestem, nie mam się z kim bawić… — Dobrze, Michałku… Obiecuję, wrócę. Bądź dzielny, dobrze? Tonka wracała z myślą, by zabrać chłopczyka. Cała złość zniknęła, gdy zobaczyła nieszczęśliwego, bezbronnego malca. Takiego podobnego do jej dziewczynek… *** Minęło piętnaście lat. Michał musi jechać do miasta na naukę. Syn już dorósł… Jak te lata lecą. — Dzwoń, Michałku, i wracaj często… Dusza boli… Teraz czasy smutne… — Mamo, wszystko będzie dobrze! Nie zawiodę cię! Dwa lata gwałtownie przelecą, skończę technikum! Potem pójdę do pracy, Leszek Sidorczuk mówi, iż wujek płaci dobrze na warsztacie, a naprawiać auta umiem! Będę miał dyplom mechanika. — Mój mistrzu, — Tonka pogładziła rude loczki… *** Życie, jak leśna ścieżka, potrafi poprowadzić w nieoczekiwane miejsca. Tonka myślała, iż los zesłał jej kolejną próbę, kolejny krzyż, kolejną zdradę męża. A okazało się, iż w kolczastym krzaku żalu krył się mały pęd — chłopiec, niczemu niewinny, iż się urodził. Czasem serce widzi to, czego nie dostrzegają oczy. Ono w Michałku ujrzało nie obcą krew, tylko samotną duszę spragnioną ciepła. Nie usłyszało krzyku „cudze dziecko”, tylko cichy szept: „Mamo”. I Tonka, wbrew logice i obawom, wyciągnęła ramiona. Latami okazało się, iż dobroć to nie ofiara, a dar. Michałek nie stał się „kolejną gębą do wykarmienia”, tylko tym, kto nosił wodę ze studni na grządki, gdy Tonka plewiła. Tym, kto rozśmieszał siostry, gdy było ciężko. Tym, kto gdy dorósł, powtarzał: „Dziękuję, mamo”, a w tych słowach zawierał się cały świat…

twojacena.pl 6 godzin temu

Ależ to nie mój syn. To u mojej sąsiadki, Kasi. Twój mąż kiedyś często do niej zachodził, no i przyniosła od niego w brzuchu. Rudzielczyk i piegowaty jak ojciec, ekspertyzy nie potrzeba. A czego pani ode mnie chce? Mojego męża już dawno nie ma, pojęcia nie mam, z kim się uganiał A ta Kaśka już też odeszła na tamten świat.

Tosia pieliła warzywnik, gdy nagle usłyszała czyiś głos za furtką. Otarła pot z czoła i wyszła na podwórko. Stała tam nieznajoma kobieta.

Dzień dobry, Tosi. Mam z tobą sprawę.

No to zapraszam, skoro pani przyszła

Tosia wprowadziła kobietę do kuchni, postawiła wodę na herbatę. interesująca była, o co chodzi.

Mam na imię Nina. Osobiście się nie znamy, ale ludzie gadają Nie będę owijać w bawełnę. Twój świętej pamięci mąż miał syna, Michaś. Trzy lata mu już stuknęło.

Tosia spojrzała na kobietę z powątpiewaniem. Była za stara na matkę takiego malca

Ależ to nie ja mam syna, tylko moja sąsiadka Kaśka. Twój mąż do niej kiedyś często wpadał, to i dziecko się odnalazło. Rude jak on i piegowate, nie trzeba testów.

A czego pani ode mnie oczekuje? Męża już dawno nie ma, skąd mogę wiedzieć, z kim spał

A Kaśka już też nie żyje. Zaniedbała zapalenie płuc, wynik jest taki, iż chłopiec został sierotą.

Kaśka nie miała rodziców, była przyjezdna, sprzedawała w spożywczaku

Szkoda chłopca, do domu dziecka jedna droga

Mam swoje dzieci, dwie córki, obie legalnie urodzone w małżeństwie. Pani chce, żebym wzięła cudze dziecko? Trochę tupetu trzeba mieć, by przyjść do wdowy i proponować coś takiego

Ale to brat twoich córek, nie obcy przecież A chłopczyk porządny, spokojny, miły Leży teraz w szpitalu, przygotowują papiery

Niech pani nie gra mi na litość Nie wiadomo, ile dzieci po świecie zostawił mój mąż, mam wszystkie wychowywać?

To już twoja decyzja. Ja tylko chciałam ci powiedzieć.

Nina wyszła. Tosia nalała sobie herbaty i zamyśliła się

***

Z Jankiem poznała się zaraz po studiach. Świętowała z koleżankami, gdy przyszli do nich chłopcy.

Janek wyróżniał się rudą czupryną i piegami na twarzy.

Wesoły, opowiadał dowcipy, deklamował wierszyka. Odprowadził ją wtedy do domu.

Szybko zostali małżeństwem.

Zamieszkali u babci, której dom po śmierci automatycznie stał się ich własnością. Pojawiła się córeczka Waleria, po dwóch latach druga Ola. Żyli skromnie, pieniędzy zawsze brakowało.

Aż Janek zaczął pić. Tosia próbowała walczyć, ale na próżno. Czasem znikał na kilka dni. Wyrzucili go z pracy, więc musiała robić na dwóch etatach.

W końcu postanowiła się rozwieść.

Myślała, iż ruszy z dziewczynkami do miasta, gdzie samotna ciotka od lat zapraszała. Pracę znajdzie, jakoś to będzie.

Aż Janek, pijany, wpadł pod samochód. Koniec.

Żal jej było tego głupca, płakała za trumną. I córki płakały, bo to jednak tata

Teraz wychodzi na jaw, iż miał dziecko poza domem

Do domu weszła starsza córka Waleria. Wysoka, szczupła jak matka i ruda jak ojciec.

Mamo, co można zjeść? Idę z dziewczynami do kina, a umieram z głodu! Czemu taka smutna jesteś?

Siedzę i trawię nowinę. Powiedziano mi, iż twój tata ma syna gdzieś na boku, dziecko ma trzy lata. Matka zmarła, chłopczyka chcą oddać do domu dziecka. Proponowali, żebym go zabrała

No nieźle A matka to kto? Znasz ją?

Nie, przyjezdna. Katarzyna chyba, nazwiska nie znam

I co zamierzasz? Chłopiec nie ma rodziny?

Podobno nie. Jest teraz w szpitalu, szykują go do domu dziecka. Rudzielczyk, mówią, wykapany tata Weź ziemniaki z parówkami, masz ciepłe.

Waleria rzuciła się na jedzenie, przyszła Ola i dołączyła. Tosia patrzyła na córki i uśmiechała się obie rude po ojcu Te geny

Następnego dnia Waleria powiedziała:

Mamo, byłyśmy z Olą w szpitalu Popatrzeć na braciszka. Ale śmieszny i pucołowaty. Bardzo do nas podobny rudy jak słońce Strasznie płakał, za mamą tęsknił.

Przyniosłyśmy mu jabłko i pomarańczę. Trzyma się łóżeczka, wyciąga rączki Siostra pozwoliła pobawić się z nim chwilę. Mamo Zabierzmy go To przecież nasz brat

Tosia się zirytowała.

To jeszcze tego brakowało! Ojciec rozrabiał, a ja mam to wszystko sprzątać? Mam własnych zmartwień dość Tobie łatwo powiedzieć zabierz

Ludzie biorą obce dzieci, a ten nasz z krwi i kości On nie zawinił, iż tak wyszło. Znasz powiedzenie: dzieci nie odpowiadają za rodziców!

Ale gdzie jeszcze jeden talerz przy stole? Haruję jak wół, z ogródka sprzedaję warzywa, a ty mi chcesz dorzucić na kark kolejnego.

Za rok ci studia, potrzeba na to złotówek, Ola też rośnie, a potrzeby tylko rosną

Mamo, jakbyś została opiekunem, to przysługuje zasiłek Jesteś dobrą kobietą, naprawdę nie żal ci tego dziecka? Tata źle zrobił, to jasne, ale on jest naszym braciszkiem

Tosia była zła na męża i na córkę. Dobrze to sobie wymyśliła, żeby zaproponować cudze dziecko na głowę

Postanowiła zobaczyć tego chłopca. Następnego dnia poszła do szpitala.

Dzień dobry. Gdzie tu leży Michaś, trzy lata, przygotowują go do domu dziecka? zapytała pielęgniarki.

A kim pani dla niego jest, proszę pani? Po co przyszła?

Chcę zobaczyć. To dziecko mojego męża. Z inną kobietą Tak wyszło

Proszę spojrzeć, i co dalej? Wczoraj pani córki były, bawiły się z nim, chociaż nie wolno, ale pozwoliłam Potem płakał, za mamą wołał

Tylko na chwilę zerknę, na ręce choćby nie będę brała

No dobrze, już

Tosia otworzyła drzwi i stanęła jak wryta. Mały Jurek, cała kopia

Rude loki, niebieskie oczka. Piękny dziecko. Siedział w łóżeczku i bawił się klockami. Kiedy ją zobaczył, uśmiechnął się.

Ciociu A gdzie mama? Ma-ma?

Mamusia nie żyje, Michaś

Chcę do domu

I zawył płaczem. Serce Tosi ścisnęło się. Podeszła do łóżeczka i wzięła chłopca na ręce.

Proszę pani! Wyjdzie pani, a ja będę go uspokajać! Proszę go odłożyć! krzyknęła pielęgniarka.

Michaś, nie płacz, kochanie

Tosia głaskała go po głowie i ocierała łzy.

Zabierz mnie Jestem głodny, nie mam się z kim bawić

Dobrze, Michaś Obiecuję, wrócę. Nie płacz, dobrze?

Tosia wracała do domu pewna, iż zabierze chłopca. Cała złość zniknęła, gdy zobaczyła smutnego i bezbronnego malca. Tak bardzo podobnego do jej córek

***

Minęło piętnaście lat.

Michałek szykował się do wyjazdu na studia do miasta. Syn już taki duży Jak to gwałtownie zleciało.

Dzwoń, synku, przyjeżdżaj często Sercu ciężko Czasy niełatwe.

Mamo, wszystko będzie dobrze! Nie zawiodę cię, obiecuję! Dwa lata technikum miną jak z bicza strzelił!

Później pójdę do pracy. Leszek Sidorczuk mówi, iż u wujka na warsztacie można uczciwie zarobić, a ja znam się na naprawie samochodów, będę miał dyplom mechanika.

Mój zdolniacha Tosia pogłaskała go po rudych, niesfornych włosach

***

Życie to jak wąska ścieżka w lesie, czasem prowadzi w niespodziewane miejsca.

Tosia myślała, iż los zesłał jej kolejną próbę, kolejny ciężar po zdradzie męża.

A okazało się, iż gdzieś wśród kolczastych krzaków krzywdy schował się kruche źdźbło chłopiec, który nie zawinił niczym, poza tym, iż się urodził.

Czasem serce widzi to, czego nie dostrzegają oczy.

Serce zobaczyło w Michale nie obcą krew, ale samotną duszę spragnioną czułości.

Usłyszało nie krzyk obcego dziecka, ale cichy szept: Mamo.

I Tosia, wbrew rozsądkowi, zmęczeniu, lękom, wyciągnęła ręce.

Lata pokazały, iż dobroć to nie ofiara, ale dar. Michaś nie był dodatkowym talerzem, był tym, który nosił wodę ze studni do podlewania, gdy Tosia zajmowała się grządkami.

Tym, który rozśmieszał siostry, kiedy miały zły dzień. Tym, który dorastając powtarzał: Dziękuję, mamo, a w tych słowach mieścił się cały wszechświatA gdy przyszedł dzień wyjazdu Michała, Tosia stała na progu, żegnając go jak matka matkę, jak serce sercu. Przez chwilę patrzyła, jak odjeżdża, i zrozumiała dawno już zapomniała wyliczać, kto się czego narobił i kto komu coś był winien. Rodzina to nie rachunek krzywd, ale miejsce, gdzie choćby cieniutki, niewinny głosik może zostać usłyszany.

Wieczorem, gdy dom ucichł, Tosia usiadła pod jabłonią na ganku, z parującą herbatą w dłoni. Z daleka dobiegł śmiech córek już dorosłych, wracających z pracy. Kot przyplątał się pod nogi. Gdzieś pod płotem zaraz zakwilił ptak. Przez chwilę wydawało się jej, iż usłyszała wśród letniego wiatru echo cichego, dziecięcego Mamo.

Uśmiechnęła się do siebie, wiedząc, iż życie nie zawsze wybiera proste ścieżki, ale często prowadzi do miejsc, w których można odnaleźć prawdziwe szczęście niespodziewane, wymarzone, wychodzone sercem. I choćby jutro miało niepewności i trudu przynieść co niemiara dziś wiedziała jedno: wszystko, co dała z miłości, wróciło do niej stokrotnie.

Idź do oryginalnego materiału