Ależ to nie mój syn. To u mojej sąsiadki, Kasi. Twój mąż kiedyś często do niej zachodził, no i przyniosła od niego w brzuchu. Rudzielczyk i piegowaty jak ojciec, ekspertyzy nie potrzeba. A czego pani ode mnie chce? Mojego męża już dawno nie ma, pojęcia nie mam, z kim się uganiał A ta Kaśka już też odeszła na tamten świat.
Tosia pieliła warzywnik, gdy nagle usłyszała czyiś głos za furtką. Otarła pot z czoła i wyszła na podwórko. Stała tam nieznajoma kobieta.
Dzień dobry, Tosi. Mam z tobą sprawę.
No to zapraszam, skoro pani przyszła
Tosia wprowadziła kobietę do kuchni, postawiła wodę na herbatę. interesująca była, o co chodzi.
Mam na imię Nina. Osobiście się nie znamy, ale ludzie gadają Nie będę owijać w bawełnę. Twój świętej pamięci mąż miał syna, Michaś. Trzy lata mu już stuknęło.
Tosia spojrzała na kobietę z powątpiewaniem. Była za stara na matkę takiego malca
Ależ to nie ja mam syna, tylko moja sąsiadka Kaśka. Twój mąż do niej kiedyś często wpadał, to i dziecko się odnalazło. Rude jak on i piegowate, nie trzeba testów.
A czego pani ode mnie oczekuje? Męża już dawno nie ma, skąd mogę wiedzieć, z kim spał
A Kaśka już też nie żyje. Zaniedbała zapalenie płuc, wynik jest taki, iż chłopiec został sierotą.
Kaśka nie miała rodziców, była przyjezdna, sprzedawała w spożywczaku
Szkoda chłopca, do domu dziecka jedna droga
Mam swoje dzieci, dwie córki, obie legalnie urodzone w małżeństwie. Pani chce, żebym wzięła cudze dziecko? Trochę tupetu trzeba mieć, by przyjść do wdowy i proponować coś takiego
Ale to brat twoich córek, nie obcy przecież A chłopczyk porządny, spokojny, miły Leży teraz w szpitalu, przygotowują papiery
Niech pani nie gra mi na litość Nie wiadomo, ile dzieci po świecie zostawił mój mąż, mam wszystkie wychowywać?
To już twoja decyzja. Ja tylko chciałam ci powiedzieć.
Nina wyszła. Tosia nalała sobie herbaty i zamyśliła się
***
Z Jankiem poznała się zaraz po studiach. Świętowała z koleżankami, gdy przyszli do nich chłopcy.
Janek wyróżniał się rudą czupryną i piegami na twarzy.
Wesoły, opowiadał dowcipy, deklamował wierszyka. Odprowadził ją wtedy do domu.
Szybko zostali małżeństwem.
Zamieszkali u babci, której dom po śmierci automatycznie stał się ich własnością. Pojawiła się córeczka Waleria, po dwóch latach druga Ola. Żyli skromnie, pieniędzy zawsze brakowało.
Aż Janek zaczął pić. Tosia próbowała walczyć, ale na próżno. Czasem znikał na kilka dni. Wyrzucili go z pracy, więc musiała robić na dwóch etatach.
W końcu postanowiła się rozwieść.
Myślała, iż ruszy z dziewczynkami do miasta, gdzie samotna ciotka od lat zapraszała. Pracę znajdzie, jakoś to będzie.
Aż Janek, pijany, wpadł pod samochód. Koniec.
Żal jej było tego głupca, płakała za trumną. I córki płakały, bo to jednak tata
Teraz wychodzi na jaw, iż miał dziecko poza domem
Do domu weszła starsza córka Waleria. Wysoka, szczupła jak matka i ruda jak ojciec.
Mamo, co można zjeść? Idę z dziewczynami do kina, a umieram z głodu! Czemu taka smutna jesteś?
Siedzę i trawię nowinę. Powiedziano mi, iż twój tata ma syna gdzieś na boku, dziecko ma trzy lata. Matka zmarła, chłopczyka chcą oddać do domu dziecka. Proponowali, żebym go zabrała
No nieźle A matka to kto? Znasz ją?
Nie, przyjezdna. Katarzyna chyba, nazwiska nie znam
I co zamierzasz? Chłopiec nie ma rodziny?
Podobno nie. Jest teraz w szpitalu, szykują go do domu dziecka. Rudzielczyk, mówią, wykapany tata Weź ziemniaki z parówkami, masz ciepłe.
Waleria rzuciła się na jedzenie, przyszła Ola i dołączyła. Tosia patrzyła na córki i uśmiechała się obie rude po ojcu Te geny
Następnego dnia Waleria powiedziała:
Mamo, byłyśmy z Olą w szpitalu Popatrzeć na braciszka. Ale śmieszny i pucołowaty. Bardzo do nas podobny rudy jak słońce Strasznie płakał, za mamą tęsknił.
Przyniosłyśmy mu jabłko i pomarańczę. Trzyma się łóżeczka, wyciąga rączki Siostra pozwoliła pobawić się z nim chwilę. Mamo Zabierzmy go To przecież nasz brat
Tosia się zirytowała.
To jeszcze tego brakowało! Ojciec rozrabiał, a ja mam to wszystko sprzątać? Mam własnych zmartwień dość Tobie łatwo powiedzieć zabierz
Ludzie biorą obce dzieci, a ten nasz z krwi i kości On nie zawinił, iż tak wyszło. Znasz powiedzenie: dzieci nie odpowiadają za rodziców!
Ale gdzie jeszcze jeden talerz przy stole? Haruję jak wół, z ogródka sprzedaję warzywa, a ty mi chcesz dorzucić na kark kolejnego.
Za rok ci studia, potrzeba na to złotówek, Ola też rośnie, a potrzeby tylko rosną
Mamo, jakbyś została opiekunem, to przysługuje zasiłek Jesteś dobrą kobietą, naprawdę nie żal ci tego dziecka? Tata źle zrobił, to jasne, ale on jest naszym braciszkiem
Tosia była zła na męża i na córkę. Dobrze to sobie wymyśliła, żeby zaproponować cudze dziecko na głowę
Postanowiła zobaczyć tego chłopca. Następnego dnia poszła do szpitala.
Dzień dobry. Gdzie tu leży Michaś, trzy lata, przygotowują go do domu dziecka? zapytała pielęgniarki.
A kim pani dla niego jest, proszę pani? Po co przyszła?
Chcę zobaczyć. To dziecko mojego męża. Z inną kobietą Tak wyszło
Proszę spojrzeć, i co dalej? Wczoraj pani córki były, bawiły się z nim, chociaż nie wolno, ale pozwoliłam Potem płakał, za mamą wołał
Tylko na chwilę zerknę, na ręce choćby nie będę brała
No dobrze, już
Tosia otworzyła drzwi i stanęła jak wryta. Mały Jurek, cała kopia
Rude loki, niebieskie oczka. Piękny dziecko. Siedział w łóżeczku i bawił się klockami. Kiedy ją zobaczył, uśmiechnął się.
Ciociu A gdzie mama? Ma-ma?
Mamusia nie żyje, Michaś
Chcę do domu
I zawył płaczem. Serce Tosi ścisnęło się. Podeszła do łóżeczka i wzięła chłopca na ręce.
Proszę pani! Wyjdzie pani, a ja będę go uspokajać! Proszę go odłożyć! krzyknęła pielęgniarka.
Michaś, nie płacz, kochanie
Tosia głaskała go po głowie i ocierała łzy.
Zabierz mnie Jestem głodny, nie mam się z kim bawić
Dobrze, Michaś Obiecuję, wrócę. Nie płacz, dobrze?
Tosia wracała do domu pewna, iż zabierze chłopca. Cała złość zniknęła, gdy zobaczyła smutnego i bezbronnego malca. Tak bardzo podobnego do jej córek
***
Minęło piętnaście lat.
Michałek szykował się do wyjazdu na studia do miasta. Syn już taki duży Jak to gwałtownie zleciało.
Dzwoń, synku, przyjeżdżaj często Sercu ciężko Czasy niełatwe.
Mamo, wszystko będzie dobrze! Nie zawiodę cię, obiecuję! Dwa lata technikum miną jak z bicza strzelił!
Później pójdę do pracy. Leszek Sidorczuk mówi, iż u wujka na warsztacie można uczciwie zarobić, a ja znam się na naprawie samochodów, będę miał dyplom mechanika.
Mój zdolniacha Tosia pogłaskała go po rudych, niesfornych włosach
***
Życie to jak wąska ścieżka w lesie, czasem prowadzi w niespodziewane miejsca.
Tosia myślała, iż los zesłał jej kolejną próbę, kolejny ciężar po zdradzie męża.
A okazało się, iż gdzieś wśród kolczastych krzaków krzywdy schował się kruche źdźbło chłopiec, który nie zawinił niczym, poza tym, iż się urodził.
Czasem serce widzi to, czego nie dostrzegają oczy.
Serce zobaczyło w Michale nie obcą krew, ale samotną duszę spragnioną czułości.
Usłyszało nie krzyk obcego dziecka, ale cichy szept: Mamo.
I Tosia, wbrew rozsądkowi, zmęczeniu, lękom, wyciągnęła ręce.
Lata pokazały, iż dobroć to nie ofiara, ale dar. Michaś nie był dodatkowym talerzem, był tym, który nosił wodę ze studni do podlewania, gdy Tosia zajmowała się grządkami.
Tym, który rozśmieszał siostry, kiedy miały zły dzień. Tym, który dorastając powtarzał: Dziękuję, mamo, a w tych słowach mieścił się cały wszechświatA gdy przyszedł dzień wyjazdu Michała, Tosia stała na progu, żegnając go jak matka matkę, jak serce sercu. Przez chwilę patrzyła, jak odjeżdża, i zrozumiała dawno już zapomniała wyliczać, kto się czego narobił i kto komu coś był winien. Rodzina to nie rachunek krzywd, ale miejsce, gdzie choćby cieniutki, niewinny głosik może zostać usłyszany.
Wieczorem, gdy dom ucichł, Tosia usiadła pod jabłonią na ganku, z parującą herbatą w dłoni. Z daleka dobiegł śmiech córek już dorosłych, wracających z pracy. Kot przyplątał się pod nogi. Gdzieś pod płotem zaraz zakwilił ptak. Przez chwilę wydawało się jej, iż usłyszała wśród letniego wiatru echo cichego, dziecięcego Mamo.
Uśmiechnęła się do siebie, wiedząc, iż życie nie zawsze wybiera proste ścieżki, ale często prowadzi do miejsc, w których można odnaleźć prawdziwe szczęście niespodziewane, wymarzone, wychodzone sercem. I choćby jutro miało niepewności i trudu przynieść co niemiara dziś wiedziała jedno: wszystko, co dała z miłości, wróciło do niej stokrotnie.









