„Nie patrz tak na mnie! Nie chcę tego dziecka, zabierz je!” – obca kobieta wrzuciła mi w ręce nosidełko. Byłam w totalnym szoku!

polregion.pl 8 godzin temu

Nie gap się tak na mnie! Nie potrzebuję tego dziecka. Zabierz je! obca kobieta po prostu wcisnęła mi w ręce nosidełko. Stałem jak wryty, nie pojmując, co się dzieje.

Z żoną, Martą, zawsze żyliśmy w zgodzie. Rzadko się kłóciliśmy. Była wzorową żoną i gospodynią. Pobraliśmy się jeszcze na studiach w Poznaniu. Potem przyszły na świat nasze bliźniaczki Zosia i Hania. Gdy dziewczynki podrosły, założyliśmy małą firmę meblową w Łodzi. Marta pomagała mi tylko okazyjnie, bo większość czasu zajmowały jej córki i dom. Uwielbiała gotować każdego weekendu wymyślała nowe dania, a ja z euforią je próbowałem. Dzieci też zawsze czekały na jej kulinarne eksperymenty.

Przez te wszystkie lata między domem, dziećmi i pracą nie zwracałem uwagi na to, co robię poza domem. Nigdy bym nie pomyślał, iż mogę zdradzić Martę. Ale ostatni rok był ciężki firma ledwo zipiała, oszczędzaliśmy, gdzie się dało. Jeździłem po całej Polsce, szukając klientów. Dziewczynki poszły do pierwszej klasy, więc Marta została z nimi w domu.

Pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z pracy do naszego mieszkania w Warszawie, nagle stanęła przed nami obca kobieta. Zanim zdążyliśmy zareagować, wcisnęła Marcie nosidełko do rąk.

Nie patrz na mnie jak na wariatkę! Nie chcę tego dziecka, skoro on nie chce mnie! wrzeszczała, wskazując na mnie.

Stałem jak sparaliżowany.

Obiecałeś, iż zostawisz ją dla mnie! jeżeli nie, to zabieraj swojego syna! rzuciła, plując nam pod nogi, po czym odwróciła się i odeszła.

Minęło kilka minut, zanim otrząsnęliśmy się z szoku. Nie musiałem nic tłumaczyć spojrzenie Marty mówiło wszystko. W milczeniu weszliśmy do domu. W nosidełku spał może dwutygodniowy chłopiec.

Odbierzesz dziewczynki ze szkoły i kupisz wszystko, co napiszę dla dziecka powiedziała cicho. Skinąłem głową.

Minęło osiemnaście lat. Wielu znajomych nie rozumiało, dlaczego wychowujemy nie swoje dziecko. Ale Marta nigdy nie pytała o tamtą kobietę. Traktowała chłopca jak własnego syna. Dziewczynki uwielbiały się nim opiekować. Gdy podrósł, wyjaśniliśmy mu prawdę. Przyjął to spokojnie, choćby nie pytał o biologiczną matkę.

Byliśmy szczęśliwi. Mieliśmy trójkę wspaniałych dzieci. Choć między mną a Martą coś się popsuło, starałem się to naprawiać.

W dniu osiemnastych urodzin naszego syna, Krzysia, mieliśmy rodzinne święto. Zosia i Hania, już zamężne, miały przyjechać z mężami. Gdy zasiedliśmy do stołu, zadzwonił dzwonek. Przez cały dzień coś mi nie dawało spokoju i niestety, miałem rację.

Na progu stała wychudzona kobieta, której twarz przypomniała mi tamtą sprzed lat.

Chcę zobaczyć mojego syna! powiedziała ostro.

Nie ma tu pani syna odpowiedzieliśmy razem z Krzysiem.

Zamknął drzwi i wróciliśmy do stołu. W oczach Marty widziałem łzy. Byłem dumny z tego, kim stał się nasz syn choć nie był z mojej krwi.

Dzisiaj wiem jedno: czasem najtrudniejsze wybory okazują się tymi najlepszymi. Rodzina to nie tylko więzy krwi, ale miłość, którą dajemy każdego dnia.

Idź do oryginalnego materiału