Nie jestem po prostu opiekunką
Wiesz, pamiętam ten wieczór jakby to było wczoraj. Siedziałam w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, zanurzona w stertach podręczników, zeszytów i notatek. Palce automatycznie przewracały strony, a wzrok ślizgał się po równych rządkach tekstu próbowałam wchłonąć jak najwięcej, bo lada dzień miała być ważna kartkówka. A nasza wykładowczyni z dydaktyki była znana z żelaznych zasad kto zawali, ten nie ma co liczyć na taryfę ulgową i czeka go poprawka. A mi na pewno nie uśmiechało się jeszcze bardziej zawalać już i tak napakowanego semestru.
I wtedy do mojego stolika podeszła Magda, koleżanka z roku. Przysiadła bokiem na krześle, lekko nachylona, i rzuciła półgłosem:
Ty chyba dalej szukasz jakiejś fuchy, co?
Oderwałam wzrok od notatek, kiwnęłam głową, ale choćby nie otworzyłam ust, żeby odpowiedzieć szkoda czasu, przecież materiał sam się nie wleje do głowy.
Mhm, wyjęczałam w końcu, próbując utrzymać myśli na torach. Tylko chodzi o czas, sama wiesz, mamy zajęcia do czternastej codziennie, a opuszczać nie bardzo jest jak.
Magda uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Powiedziałabym, iż zawsze wiedziała, jak bardzo zależy mi na studiach. Chwilę milczała, po czym z entuzjazmem kontynuowała:
Znalazłam coś idealnego dla ciebie. Mój sąsiad z klatki, Wojtek, jest samotnym ojcem jego żona chyba zmarła, ale nie jestem pewna, zmarszczyła lekko nosek, jakby chciała już ten temat pominąć. Taka typowo polska powściągliwość w plotkach, serio. No, ale jest zawalony robotą i pilnie potrzebuje kogoś do dziewczynek na popołudnia. Od czwartej do ósmej.
Tym razem oderwałam się całkiem od notatek i popatrzyłam na nią uważniej. Magda poczuła, iż trafiła w sedno:
Ty dzieci lubisz, studiujesz pedagogikę, doświadczenie masz większe niż niejedna ciocia z przedszkola. Czwórka młodszych braci to już coś.
Serio, aż mi się ciepło zrobiło na sercu. Pomagałam mamie przy moich braciach, chociaż wiem, iż nie było lekko czasem człowiek padał na nos, ale gdy maluchy się śmiały No bezcenne.
A ile mają lat te dzieciaki? zapytałam, bo w głosie sama się wyczułam taki ciepły ton troski.
Zamyśliłam się, obracając długopis w palcach. Taka praca kusiła i straszyła jednocześnie: czy poradzę sobie z dziećmi obcymi, po przejściach?
Bliźniaczki, około sześciu lat. Wojtek ma jeszcze syna, ale on jest starszy, trzynastolatek Bartek, sportowiec, wiecznie na treningach, nie ma czasu dla sióstr.
Myślisz, iż mnie wezmą? podpytałam niepewnie, stukając w stół. W końcu ja dalej tylko studentka na czwartym roku
Tak, doświadczenie jakieś mam, praktyki w przedszkolu też, braci przyuczałam do życia i kocham dzieci Ale to co innego tu jestem odpowiedzialna przed kimś obcym.
Magda machnęła ręką, jakby odganiała wszystkie wątpliwości:
Jasne, iż tak! Wojtek wczoraj mnie podpytywał, czy kogoś nie znam. To dać mu twój numer?
Powiedziała to z takim spokojem i pewnością, iż aż mnie na chwilę zamurowało. Rzut oka na zegarek mam jeszcze pół godziny do wykładu I nagle przyszło olśnienie przecież to idealne rozwiązanie: blisko uczelni, coś co lubię, elastyczny grafik. A dzieci pewnie są przesłodkie.
Serducho aż przyspieszyło z wrażenia, ale w końcu wzięłam oddech i powiedziałam zdecydowanie:
Dawaj!
********************
Aż brzuch mnie bolał z nerwów w ten pierwszy dzień. Niby nie raz zostawałam z braciakami, ale teraz no to już praca! Czułam, jak bardzo nie chcę zawieść i cały ranek układałam sobie w głowie co i jak. Kilka razy sprawdzałam, czy mam wszystko: klucze, telefon, notatnik, kanapki dla dziewczynek, chusteczki.
Poznanie z Wojtkiem i dzieciakami przeszło lepiej niż sądziłam. On spokojny, serdeczny facet od razu przedstawił cały plan dnia, spisał zgody dla przedszkola, wszystko na tip-top. Bliźniaczki Ania i Zosia początkowo chowały się za tatą, ale po chwili już mi pokazywały rysunki, paplały o wszystkim. I wydawało się, iż mnie polubiły. A mi aż serce miękło patrząc na ich śmieszne miny.
Ale wiesz co mnie najbardziej uderzyło? Sam Wojtek. Magda przemilczała, jaki to miły typ wysoki, z ciepłym spojrzeniem, taka łagodna energia. Trochę się wkurzyłam na koleżankę, bo trudno teraz nie rumienić się na myśl o nim.
Nie zakochaj się, dziewczyno, to tylko praca powtarzałam sobie jak mantrę.
Wreszcie dotarłam pod przedszkole takie przytulne, kolorowe, z placem zabaw. Wojtek jeszcze rano zadzwonił, iż zgłosił opiekunce, iż dzieci dziś odbiera opiekunka, wypisał mi choćby upoważnienie. Odetchnęłam, przejechałam dłonią po włosach i weszłam.
Na placu gwar typowo dziecięcy piski, śmiechy, piasek wszędzie. Zobaczyłam Anię i Zosię przy huśtawkach gadały o czymś żywo. Spojrzały na mnie i lekki niepokój, ale już po sekundzie nieśmiałe uśmieszki.
Podeszłam powoli, uklękłam, patrząc im w oczy i zażartowałam ciepło:
No to, dziewczyny, wracamy do domu? A wiecie coś dobrego upiekę.
Ania spojrzała podejrzliwie:
Ale co?
Udawałam, iż myślę:
Może racuszki z dżemem? A może ciastka z kawałkami czekolady?
Zosia się ożywiła od razu:
Ciastka! Lubię te z czekoladą!
To nie ma sprawy, uśmiechnęłam się, wyciągając do nich ręce. Chodźcie!
Złapały mnie za dłoń, trochę jeszcze onieśmielone. I wtedy poczułam, jak wszelki stres schodzi i robi się po prostu ciepło.
Patrzyłam na te dwie dziewczynki i przypomniało mi się, co wieczorem powiedział mi Bartek. Dzień wcześniej odciągnął mnie do kuchni, żeby pogadać na poważnie:
One kiedyś były zupełnie inne, powiedział cicho, szarpiąc za rękaw bluzy. Wszędzie się przytulały, były radosne. Ale po śmierci mamy zupełnie się zmieniły adekwatnie do końca nie wiedzą, co się stało. Są przekonane, iż coś zrobiły nie tak.
Zawiesił głos, potem już pewniej:
Płakały i pytały: Czy to przez nas mama odeszła? Tłumaczyliśmy z tatą, iż nie, iż zawsze je kochała Ale zamknęły się w sobie i prawie przestały się śmiać. Babcia pomagała, ale teraz jest chora i tata musiał kogoś znaleźć do pomocy.
Bartek był bardzo dojrzały jak na swój wiek, pełen odpowiedzialności za siostry. Wtedy tylko przytaknęłam, a w gardle aż ściskało.
Na szczęście już podczas pierwszego wspólnego popołudnia dziewczynki się otworzyły zabawy, trochę moich sztuczek z chustką, dużo śmiechu. Bartek zauważył, iż zyskałam ich zaufanie choćby powiedział mi potem półżartem:
Ojciec od razu zauważył, iż je rozbawiłaś. Obyś nas nie zawiodła, okej?
Uśmiechnęłam się i zapewniłam go ze spokojem:
Zrobię wszystko, żeby znów zaczęły się śmiać.
Bartek trochę się rozluźnił, aż się uśmiechnął. A potem napomknął, iż w wolnej chwili sam chętnie poczyta im bajki i pobawi się z nimi.
****************
Już dwa miesiące minęły, a ja poczułam się częścią tej rodzinki. Dziewczynki przybiegały do drzwi, rzucały się na szyję, wołały Ala, zobacz co namalowałyśmy! i chciały, żebym została do wieczora. Rozrzucałyśmy zabawki, piekłyśmy ciasteczka, śmiałyśmy się do łez.
Zwykle wieczorem zbierałam swoje rzeczy, zagarniałam zabawki do pudeł i cicho nuciłam im ulubione piosenki. Ania i Zosia spoglądały smutnawo.
Zostań u nas! wykrzyknęła Ania, ściskając mnie w pasie. Po co ci wracać do siebie?
Przytuliłam ją delikatnie i uspokajająco tłumaczyłam:
Muszę powtórzyć materiał przed jutrem. Ale będę już rano, nie zdążycie się choćby stęsknić!
Zosia nie dała za wygraną natychmiast dobiegła, wpinając się do naszego uścisku.
My już tęsknimy! stwierdziła dziecięco szczerze.
Popatrzyłam na nie, na te rozpromienione buzie i znów poczułam, jak w sercu rośnie ciepło. Kucnęłam przy nich.
Ale gdzie miałabym spać? W waszym pokoju się nie pomieszczę!
Ania skrzywiła się i nagle wpadła na pomysł:
Łóżko taty jest wielkie! Tam się zmieścisz!
A Zosia dorzuciła z ekscytacją:
Tak, tata wraca późno z pracy i nie będzie miał nic przeciwko!
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wiedziałam, iż dzieciakom po prostu zależy, żeby nie musieć się ze mną żegnać, i było to naprawdę wzruszające.
Dzięki za zaproszenie, moje drogie, ale muszę wracać. Jutro upieczemy podwójną porcję ciastek i będziemy miały więcej czasu w zabawę!
Dziewczynki lekko posmutniały, ale kiwnęły głową.
Obiecujesz, iż przyjdziesz? upewniła się Ania.
Obiecuję, zapewniłam ciepło. Zawsze przychodzę do moich ulubionych dziewczynek.
Jeszcze chwilę siedziałyśmy razem, potem pomogłam im ogarnąć zabawki i umyć zęby, zanim wrócił tata. Zosia i Ania z łagodną rezygnacją pomaszerowały do pokoju.
Prawda jest taka, iż kiedy padło to hasło o spaniu w łóżku Wojtka, aż mi się zrobiło gorąco. Rozumiałam, iż dla dzieci to niewinne pragnienie, by nie rozstawać się z opiekunką. Ale ja… no cóż, wyobraźnia zaczęła gnać w dziwną stronę. Gdyby tak po prostu posiedzieć razem w kuchni, poplotkować z Wojtkiem przy herbacie o tym, jak minął dzień, poczuć ciepło rodzinnego domu… Prędko się opamiętałam. To robota, Alo. Jesteś opiekunką, nie gościem.
Sprawnie więc zwiałam do siebie, a na klatce musiałam uspokoić rozgrzane do czerwoności policzki, poprawiając włosy i przewracając w rękach pasek torebki.
W tym czasie Bartek cicho obserwował mnie zza kąta w przedpokoju i miał na twarzy taki mądry uśmieszek. Już dawno zauważył, jak powietrze w ich domu zmienia się, kiedy przychodzę. Jak jego tata patrzy na mnie trochę dłużej, ton ma miękki i spokojny, a ja coraz mniej się kryguję i rumienię.
Chyba tata dostał drugą szansę pomyślał Bartek z zadowoleniem. Bo przecież wiedział, iż potrzeba im nie tylko dobrej opiekunki dla dziewczynek. Marzył, żeby w ich domu wróciło ciepło i radość, a ja… pasowałam tam idealnie.
Czemu oni nie mogą po prostu zrobić pierwszego kroku? rozmyślał nastolatek. A dorośli to wszystko komplikują
Kiedy wieczorem Wojtek wrócił zmęczony z pracy, Bartek złapał go w salonie i rzucił prosto z mostu:
Tato, a czego ty się w ogóle boisz?
Wojtek aż się zdziwił:
O co ci chodzi?
No przecież widać, iż podoba ci się Alicja! I jej też na tobie zależy. Zaproś ją na randkę, cokolwiek!
Wojtek się zająknął i zmieszał:
Synu, ona jest opiekunką, wiesz chodzi o dziewczynki, o nasz dom
Daj spokój! Bartek przewrócił oczami. Każdy widzi, jak na siebie patrzycie. Przecież to proste zabierz ją gdzieś, choćby na spacer. Może razem z nami dla nieśmiałych!
Wojtek chwycił się za głowę i westchnął:
Bartek, to nie takie łatwe. Nie chcę popsuć tego, co mamy. jeżeli wykroczyłbym poza granicę, a ona by odeszła dziewczynki by tego nie zniosły.
Bartek jednak nie zamierzał odpuszczać:
Ona na serio jest w tobie zadurzona. Udaje profesjonalistkę, ale jak patrzysz na nią z uśmiechem, to się zarumienia! Po prostu ją zaproś, choćby całą naszą bandę do parku.
Wojtek zamyślił się. W sumie, dlaczego nie Park, lody, fontanna, trochę śmiechu nic nienaturalnego. Może faktycznie warto spróbować, powoli oswoić się ze zmianą.
Myślisz, iż się uda? spytał niepewnie.
Pewnie! Tylko spróbuj.
Wojtek przejrzał w oknie ulicę, już miał w głowie kilka pomysłów. A jak nie wyjdzie? Przynajmniej wiem, iż próbowałem pomyślał.
Dobra a jak coś pójdzie nie tak?
Nie martw się, potrzymam język za zębami! Bartek puścił mu oko.
Roześmiali się obaj, a z pokoju obok dobiegał właśnie dziecięcy pisk Ani i Zosi, które bawiły się ze mną.
***********************
Wojtek jeszcze długo wspominał słowa Bartka iż niby Ala od ciebie szaleje, iż to wszystko takie oczywiste. Zaczął się przyglądać i naprawdę coraz częściej łapał te ciepłe spojrzenia, uśmiech, to zawstydzenie, gdy coś dobrego o niej mówił.
Czy ja naprawdę nic nie widziałem wcześniej? myślał, przekręcając klucz w drzwiach.
Usłyszał śmiech, ten prawdziwy, którego od dawna brakowało w ich mieszkaniu. Po cichu wszedł do pokoju.
Ala, przyznaj, nasz tata jest najlepszy na świecie! śmiała się Ania, a Zosia i Bartek jej wtórowali.
Jasne, iż najlepszy, odpowiedziałam, zaplatając fryzurę Ani. Opiekuńczy, cudowny
I przystojny, prawda? spytała Zosia zerkając ukradkiem na mnie.
Bardzo wyrwało mi się, zanim się zorientowałam, co mówię. Rumieniec mi podpłynął pod samą grzywkę.
Szybko próbowałam zmienić temat:
Najważniejsze, iż was kocha!
A ty, lubisz go? dopytywała Zosia, patrząc przenikliwie.
Zrobiło się cicho, a wszyscy czekali na odpowiedź.
Ja ja ach, czas na kolację! poderwałam się z miejsca, lecąc do kuchni. Kto mi pomoże?
Dziewczynki już zapomniały o trudnych pytaniach i przyleciały mi pomóc.
Wojtek wszedł do środka i z uśmiechem zaproponował:
A może dziś zjemy kolację na mieście, całą rodziną?
Krzyk euforii zagłuszył wszystko:
Lody!
Park!
Mamusiu (tu się zakrztusiły, bo jeszcze nie zdążyły się przyzwyczaić, iż jestem po prostu Ala)!
Stanęłam lekko za nimi, bardzo różowa na twarzy, a Wojtek tylko szepnął:
Co pani na to? Myślę, iż dzieciom przyda się odrobina odmiany.
Przytaknęłam, a w środku poczułam miękkość. Może faktycznie to dobry moment. Po prostu być razem.
************************
Lato minęło szybko, a nasza wspólna rodzina zrobiła się zupełnie naturalna. Wspólne obiady, wypady do parku, gry planszowe wciągnęli mnie na dobre. Wieczorami siadałam z Wojtkiem przy kubku herbaty, luźne rozmowy coraz mniej były formalne, coraz częściej szczere i ciepłe.
Bartka nie dziwiło już nic jego plan działał: tata uśmiechał się coraz częściej, dziewczynki rozkwitały, a ja Powoli czułam, jak staję się daleko więcej niż tylko opiekunką.
Pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, siedzieliśmy z Wojtkiem w salonie przy lampce światła, popijając zimną już herbatę.
Ala, wiesz zaczął, patrząc przez okno na nocne światła Warszawy od dawna chciałem ci coś powiedzieć
Zadrżałam, spojrzałam mu w oczy i już wiedziałam, co chce powiedzieć.
Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Bez twojego uśmiechu, bez tej czułości, którą wniosłaś Kocham cię. Chcę, żebyś była częścią naszej rodziny, tak naprawdę.
Aż mi zabrakło tchu. Łzy mi napłynęły do oczu, a potem powiedziałam cicho:
Ja też cię kocham. I chcę być z tobą już zawsze.
*************************
Przygotowania do ślubu poszły gwałtownie po polsku, bez zbędnego rozmachu. Najważniejsze, żeby byli najbliżsi, śmiech i ta ekscytacja: robimy to razem.
Ślub odbył się w małej restauracji pod Warszawą, przystrojonej kolorowymi balonami i kwiatami. Byli rodzice, najbliżsi znajomi, kilku kolegów z pracy ale najważniejsze były dzieci. Ania i Zosia w identycznych, pudrowych sukienkach z kokardami wyglądały jak rodem z bajki i rozrzucały płatki róż przed nami. Bartek, dumnie wyprostowany, dzierżył obrączki.
Tato, wyglądasz super, podszepnęła Ania, przytulając się.
A Ala to prawdziwa księżniczka! zachwycała się Zosia.
Bartek ujął mnie za rękę:
Mówiłem ci, tato, iż się uda.
Wojtek uśmiechnął się i szeptał mi do ucha:
Razem jesteśmy rodziną, prawdziwą.
Po przysiędze był pyszny obiad, zabawy, śmiech dzieci. Tarta urodzinowa (bo Zosia próbowała upchnąć w nią 10 świeczek!), wspólne tańce, zdjęcia. Wieczorem, gdy goście się rozeszli, staliśmy z Wojtkiem na tarasie. Nad nami gwiazdy, w powietrzu woń lata.
To był najpiękniejszy dzień życia, przytuliłam się do niego.
I pierwszy z wielu odpowiedział cicho. Bo przed nami całe życie, razem.
Wiedziałam już, iż wszelki lęk, niepewność i tęsknota zostały za mną. Dostałam prawdziwy dom, rodzinę, miłość. I z tą myślą zasnęłam tej nocy spokojnie jak nigdy.














