Niechciane dziecko
– Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? Starszy lekarz, z profesjonalnym uśmiechem, spojrzał na swoją młodą pacjentkę.
– Jeszcze nie mamy wybranego imienia wtrąciła się Katarzyna, siedząca na krześle obok łóżka. To ważna sprawa, Wera musi się nad tym dobrze zastanowić.
– W ogóle nie chcę jej nazywać. Niespodziewanie dla wszystkich odezwała się sama młoda mama. choćby nie zamierzam jej zabierać. Napiszę zrzeczenie.
– Co ty wygadujesz? Katarzyna aż podskoczyła i rzuciwszy gniewne spojrzenie dziewczynie, zwróciła się do lekarza. Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż zabierzemy dziecko do domu.
– Wrócę później, proszę odpocząć. Lekarz nie zamierzał być świadkiem rodzinnej kłótni.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, matka rzuciła się na Werę z pretensjami.
– Jak możesz mówić takie rzeczy? Co ludzie o nas pomyślą? Przecież już musiałyśmy wyjechać do tego miasta, żeby wszystko było cicho. To dziecko musi zostać w naszej rodzinie.
– A czyja to wina? Wera patrzyła na kobietę bez strachu. Gdybyś mnie wtedy posłuchała, nic by się nie wydarzyło. Skończyłabym spokojnie szkołę, dostałabym się na studia. Skoro ten dzieciak jest ci taki potrzebny, to sama go sobie zabierz.
Odwróciła się twarzą do ściany, dając jasno do zrozumienia, iż nie chce już rozmawiać. Katarzyna jeszcze przez chwilę próbowała przemówić córce do rozsądku, ale wtedy weszła pielęgniarka i poprosiła, by matka wyszła pacjentka potrzebuje spokoju.
Wera została sama w sali. Cicho chlipała w poduszkę, w duchu modląc się, by to wszystko jak najszybciej się skończyło.
Nieśmiałe pukanie do drzwi zmusiło ją do szybkiego wytarcia łez. Wzięła głęboki oddech i powiedziała:
– Proszę.
Spodziewała się kogoś z personelu albo ewentualnie ojca, ale do środka weszła zupełnie obca kobieta.
– Mogę jakoś pomóc? Wera musiała się bardzo starać, by zachować opanowanie.
– Usłyszałam Przypadkiem! Lekarze rozmawiali obok mojej sali… Kobieta nie mogła zdobyć się na zadanie pytania wprost.
– Tak, chcę oddać dziecko. To prawda. Przecież o to pani chodzi, prawda?
– Widziałam twoją mamę
– Ona nie jest moją mamą Wera powiedziała oschle, zrywając resztki spokoju. To tylko macocha, która uważa się za nie wiadomo kogo. Mama pracuje za granicą.
– Przepraszam, nie chciałam cię urazić kobieta zupełnie się pogubiła. Po prostu mam troje dzieci i nie rozumiem twojej decyzji. Sama wychowałam się w domu dziecka i strasznie mi żal twojej córeczki. Przecież ona niczemu nie zawiniła!
– Takie maleństwa gwałtownie adoptują, słyszałam tak przynajmniej wzruszyła ramionami Wera. Ja nie mogę się zmusić choćby żeby ją wziąć na ręce, a co dopiero Gdyby wtedy Katarzyna się nie wtrąciła, to by mnie tu nie było.
– Przecież jesteś już dorosła, sama mogłaś decydować. Masz już ponad piętnaście lat?
– Wstyd na całą wieś! odezwała się Wera, ironizując głos swojej macochy. Jak ja mam ludziom w oczy patrzeć?!
– Nie rozumiem
– Opowiem, dziewczyna skrzywiła się w smutnym uśmiechu. Może wtedy przestanie mnie pani oceniać.
*********************************************
Ostatni rok liceum był dla Wery wyjątkowo pechowy. Najpierw zabrano Pawła, jej pierwszą miłość, do wojska, a potem do klasy dołączył nowy chłopak. Warszawski banan, którego ojciec w ramach kary zesłał na prowincję, podrywał wszystkie dziewczyny, szukał tylko kolejnych przygód. To zresztą za swoje wybryki został tu przysłany.
Marek obdarowywał prezentami, zabierał do klubów i restauracji. Jedna dziewczyna po drugiej ulegała mu, każda łudząc się, iż zostanie jego wybranką.
Tylko Wera pozostała niewzruszona. Była zakochana i nie potrzebowała nikogo innego, poza Pawłem. W którymś momencie wydawało się, iż Marek odpuścił i znalazł nową ofiarę. Tak jej się przynajmniej wydawało.
Ale jak bardzo się myliła!
Pod koniec grudnia jedna z koleżanek Wery miała urodziny. Przyszła cała klasa, Marek również zaszczycił swoją obecnością. Ale jego celem nie były życzenia.
W trakcie imprezy Werze zadzwonił telefon. Wyszła do korytarza, a gdy wróciła, obok jej miejsca siedział Marek. Najpierw nie zwróciła na to uwagi, potem zaczęła się dziwnie czuć
Rano z trudem otworzyła oczy. Obok leżał Marek, uśmiechając się zadowolony.
– No widzisz, a taka niedostępna byłaś rzucił beztrosko. To taka twoja rekompensata. Szczerze, zaskoczyłaś mnie. Twój Paweł to frajer.
Powrót do domu kosztował Werę wiele sił. Słaniała się na nogach, świat wirował jej przed oczami. Przechodnie patrzyli z niechęcią.
Nawet nie szukała kluczy, tylko zadzwoniła do drzwi. Wiedziała, iż macocha jest w domu.
– Gdzie się szlajałaś? wściekła Katarzyna, widząc ją w progu. Nie wróciłaś na noc, na telefon nie odpowiadałaś, a co to za stan? Gdyby ojciec cię taką zobaczył
– Zadzwoń po lekarza i na policję Wera przerwała jej cicho. Chcę złożyć zawiadomienie. Niech go zamkną.
Katarzyna zmarszczyła brwi. Skojarzywszy jej wygląd ze słowami, gwałtownie doszła do wniosków.
– Kto?
– Marek, a kto inny Werze język ledwo się plątał. Nikt inny by się nie odważył. Dzwoń albo sama to zrobię.
– Poczekaj z tym Katarzyna zaczęła kalkulować. I tak go wybronią. Będzie lepiej, jeżeli sama pogadam z jego ojcem. Dostaniemy odszkodowanie.
– Zwariowałaś? Wera nie mogła uwierzyć. Jakie odszkodowanie? Idę na policję!
– Nigdzie nie pójdziesz! Katarzyna chwyciła ją za rękę i zaciągnęła do pokoju. Wera nie miała siły się bronić. Sama winna zostaniesz, cała wieś będzie cię wytykać. Ja wszystko załatwię.
Telefon zaginął gdzieś w drodze, może zostawiła go u przyjaciółki. I nie mogła wyjść macocha zamknęła ją w domu. Głowa bolała coraz mocniej, łóżko przyciągało.
Po paru dniach pojechała do babci sto kilometrów od rodzinnej miejscowości. Babcia była już wiekowa, więc ukrywała przed nią prawdę.
Za miesiąc nadeszła wiadomość była w ciąży.
Katarzyna aż skakała z radości. Ten bachor zapewni im wszystkim wygodne życie! Dziadek zapłaci sowicie, broniąc honoru rodziny. Byle tylko się wygadać za wcześnie. Lepiej milczeć do piątego miesiąca.
Wery nikt nie pytał, czego chce. Gdy tylko oznajmiła, iż nie chce dziecka, Katarzyna zrobiła awanturę i pilnowała jej na każdym kroku.
Przyszły dziadek nie był zadowolony z sytuacji, ale pieniądze dał. I obiecał utrzymywać dalej.
**********************************************
– Teraz już rozumie pani? Przez to dziecko przeżyłam koszmar. Paweł mnie zostawił, nie wierzył, koleżanki się odwróciły, musiałyśmy się przeprowadzić. choćby matury nie zdałam!
– Przepraszam, oceniałam cię, nie znając prawdziwych powodów kobiecie zrobiło się głupio. Ale twoja córeczka naprawdę nie jest niczemu winna.
– Wera, musimy poważnie porozmawiać! Do sali pewnym krokiem weszła Katarzyna, wlokąc za sobą męża. Poproszę panią o wyjście, to sprawa rodzinna!
Kobieta rzuciła Werze współczujące spojrzenie i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
– Nie pozwolę ci zniszczyć mojego planu. jeżeli tu zostawisz dziecko, do domu nie wracaj. I gdzie ty pójdziesz? Babcia umarła, mieszkanie przypadło twojemu wujkowi. Na ulicy będziesz?
– Nie, ona pojedzie ze mną do sali weszła elegancko ubrana kobieta. Oczy Wery rozbłysły radością.
– Mamo! Przyjechałaś!
– Jasne, przecież nie zostawię cię w biedzie mocno ją przytuliła. Gdybyś wcześniej wszystko mi powiedziała, już dawno byś była ze mną. Myślałam, iż tutaj łatwiej ci będzie skończyć szkołę.
– Myślałam, iż mnie nie chcesz zaszlochała Wera. Pomimo wszystkiego wciąż była dzieckiem.
– Pewna osoba wmawiała mi, iż nie chcesz ze mną kontaktu. Moje paczki wracały nierozpakowane, nie mogłam się do ciebie dodzwonić. Myślałam, iż mi nie wybaczyłaś. Ale nic, kobieta otarła jej łzy. Wyjedziemy i wszystko minie.
**********************************************************
Wera wyjechała. Katarzyna zabrała dziecko, licząc na łatwe życie. Ale gdy wpływowy dziadek się o tym dowiedział, przyjechał i zabrał maleństwo do siebie. Marek został zmuszony do uznania dziecka, chociaż się bronił.
Wera jest szczęśliwa. Jest blisko najważniejszej osoby, która nigdy jej nie zawiedzie i zawsze pomożeZ czasem życie Wery zaczęło się układać. U mamy odnalazła ciepło i bezpieczeństwo, jakiego tak jej brakowało. Skończyła szkołę wieczorową, powoli wracała wiara w siebie i w ludzi. Czasem śniła o swojej córeczce, o tym, czy jej wybaczy, czy pokocha ją, gdy kiedyś się spotkają. Nie płakała już jednak w poduszkę teraz pozwalała sobie wierzyć, iż jeszcze wszystko może się zdarzyć.
Pewnego popołudnia, siedząc w kawiarni z kubkiem gorącej czekolady, napisała pierwszy list do córki, której choćby nie nadała imienia. Pisała o strachu, żalu, przemocy i niezawinionej winie. Ale pisała też o sile, która rodzi się, kiedy najbliżsi cię nie zawiedli, a ktoś wreszcie podał ci rękę.
Nie wiedziała, czy odpowiedź kiedyś przyjdzie. Ale tym razem nie bała się już swojej historii ani własnych wyborów. Spojrzała przez okno, na migające światła miasta, i po raz pierwszy od dawna pomyślała o przyszłości z nadzieją.
Bo chociaż nie da się cofnąć czasu ani odwrócić bólu, Wera wiedziała już jedno: niechciane dziecko nie znaczy nielubiane. I nie znaczy złamane.
Czasem zaczynasz od zera, by dostać szansę, której nigdy się nie spodziewałaś. I wtedy wszystko choćby to, co bolało najbardziej zmienia się w początek czegoś zupełnie nowego.











