Niecodzienne przygody rodziny Oleńki Krasawskiej

newskey24.com 7 godzin temu

Niektóre dziwactwa rodziny Oli Ligockiej

– Ola wyszła na spacer z psem

– O rany, co ona znowu wymyśliła z tym biednym stworzeniem? Zobacz, zobacz! Teraz ogon Luny już nie fioletowy, tylko różowy! A jaki ma wachlarz! O, macha nim jak wariatka!

– No cóż, dziewczyna trochę zakręcona, ale za to ma serce jak dzwon i porządna jest. Znajdź mi teraz taką, to cię na pierogi z grzybami zaproszę! Jak babcia jej była chora, Ola z przychodni nie wychodziła, kręciła się jak frykas wokół, a o sobie zapomniała.

– Ooo, chyba coś w tym jest! Wczoraj widziałam ją pod blokiem wysiadała z jakiegoś wypasionego auta, a wysoki pan taki przystojny, iż aż mi się flaga w oku pojawiła!

– Pewnie taksówkarz!

– No jasne, bo przecież nasi taksówkarze teraz całują dziewczętom rączki, jak na dworze szlacheckim!

– Serio, aż tak?

– No właśnie! Mówię ci, Ola niedługo wyjdzie za mąż. Babcia się rozpłacze ze szczęścia! Taka dobra, mądra i jeszcze ładna, prawdziwy ideał! Jakby tylko nie ta jej robota, to w ogóle cud, miód i orzeszki.

– A co ci przeszkadza w tym, iż Ola jest śledczym?

– Śledcza?! Toż to praca dla chłopa, nie dla dziewczyny!

– Oj, nie mów tak! Teraz już każda babcia by chciała, żeby jej wnuczka tak prawa była. A śledcza z niej w dechę! Pisali choćby o niej w Gazecie Wyborczej, a w telewizorni był reportaż wszyscy chwalili. A ty swoje.

– Co ja? Nic nie mówię! Niech jej Bóg błogosławi, jak to się mówi. Już od dziecka dobrze było widać, iż jeszcze wszystkim pokaże! Pamiętasz, jaka była?

– Pewnie! Czysta babcia ogień w spódnicy!

Ta, o której sąsiadki plotkowały pod blokiem, przeszła obok, grzecznie się ukłoniła, po czym rzuciła się truchtem za energicznie podskakującą po posypanych piaskiem lodowych ścieżkach Luną z ogonem w kolorze pastelowego świtu.

– No! Poleciała! Dokąd to ona śmiga?

– Gdzie, gdzie po siostrę na dworzec! Katarzynka dzisiaj przyjeżdża.

– A skąd to wiesz?

– Bo sama mi Ola mówiła. Popatrz, taxi już podjechało!

Z samochodu wysiadła wysoka dziewczyna, choćby się nie odzywając, od razu rzuciła się do uścisków z Olą, potem zagwizdała na psiaka przy nodze.

– Ola! Coś ty znowu z psem zrobiła?!

– No daj spokój, czy nie ładnie? Babci ulubiony kolor! śmiała się Ola, przytulając siostrę.

W całym osiedlu wiedzieli, iż Ola Ligocka jest dziewczyną, hm specyficzną. Objawy zaczęły się już bardzo wcześnie adekwatnie z momentem, kiedy małą Olkę odwiozła ze szpitala babcia. Słodka istotka z cienkimi warkoczykami, na których lśniły kokardy jak z PRL-u, zawsze uśmiechnięta (choć z ząbkami trochę pokrzywionymi, póki nie poprawił ich przybrany dziadek). Do sąsiadów zawsze grzecznie: Dzień dobry Państwu, jak się mamy?

Ale ten jej wylew głosowy działał ludziom na nerwy. I choćby ci, którzy nie mieli trupów w szafie, zaczęli ją z czasem unikać. Bo Ola była strasznie wygadana.

A co gorsza miała głowę jak komputer: wszystko zapamiętała i odpowiednie informacje zawsze podrzucała osobom, które by o tym wolały zapomnieć.

– Ciociu Tereniu, jak cię nie było, to wujek Henio był u pani Izy, z kwiatami! Takimi żółtymi, jak tobie dał na urodziny. Poprosiłam, żeby dał powąchać, ale powiedział, iż nie można i poszedł do pani Izy. A czemu jej można, a mnie nie?

Terenia, która dotąd pozwalała mężowi wciskać kit o pracy po godzinach, zaczęła się nerwowo oglądać, czy jej plotek Ola nie produkuje także przy sąsiadkach potem gnała dalej, nie mówiąc już choćby dzień dobry babci dziewczynki.

– Po co ty te plotki, Olka, powtarzasz? Przecież pani Tereska cię o nic nie pytała! złościła się babcia, ale nie zamierzała tłumaczyć, o co chodzi.

Ola była obrażona. Co ona takiego zrobiła? Przecież nie skłamała. Dla niej to było wielkie nieporozumienie. Gdyby babcia wyjaśniła, iż nie należy zdradzać, komu kto nosi kwiatki, to może Ola by i się powstrzymała. Ale babcia wtedy zamieniała się w posąg jak ten z Placu Piłsudskiego, gdzie Ola lubiła biegać w weekendy. Poza tym babcia nigdy nie miała gołębi na głowie i jej fryzura zawsze była nienaganna, a nie jak łysa pała tamtego wodza proletariatu.

O przywódcy opowiadał przybrany dziadek, zawsze skłonny do żartów.

– Dlaczego on taki łysy? pytała Ola, mrużąc oczy od słońca, patrząc na pomnik.

– Bo się denerwował za często! dziadek zawsze miał gotową odpowiedź.

– Bał się? Pewnie miał ciężką pracę, nie?

– Oj tak.

– Też był dentystą jak ty? już sobie wyobrażała granitowy pomnik zaklinowany w dziadkowym gabinecie, a przez uchylone drzwi słychać dzieciaków piski na widok łysiny umazanej gołębiami.

Dziadek tylko się śmiał.

– Gdyby tak było! Może i świat byłby lepszy. Ale on był wodzem!

– Jakim wodzem?! Gdyby był wodzem, miałby pióropusz! Oddaj głos rozsądkowi! On biedny i łysy, a głupie gołębie robią mu na głowę. Może pióra by mu się przydały do czego to tam jest?

– No, do nakrycia głowy.

– Ale orła ci żal, prawda? Orzeł taki piękny! A babcia mówi, iż przyzwoitość najważniejsza, żeby robić, gdzie trzeba pamiętasz, jak byliśmy na rybach i ci się zachciało do krzaków? Wtedy tak powiedziała!

Przybrany dziadek śmiał się do łez, aż ludzie się oglądali, a Ola się tylko marszczyła. Co tu śmiesznego? Dorosły facet i chichocze.

Potem Ola stroszyła brwi na niego.

– Co ty wyprawiasz? Zachowuj się jak człowiek, a nie jak koń Budionnego! Skromność zdobi! Ile razy to babcia powtarza, a ty w kółko swoje.

Na zgodę dostawała tajne lody tajne, bo babcia słodyczy przed obiadem zakazywała, ale dziadek miał regulamin w nosie, więc Ola nigdy się nie wygadała. Przecież się obiecało!

– Powiesz babci o lodach, to mnie zamknie w spiżarce!

– Będzie awantura?

– I to jaka! Wiesz, babcia to kobieta władcza i przywykła, iż wszyscy się jej słuchają.

– Ty się nie słuchasz.

– Bo jestem facetem! Nie ma facetów, co się żon słuchają! To byłby obciach!

– To może jej powiesz o lodach?

– Nie! Grzeczność grzecznością, ale prowokować babki nie wolno. Z babą trzeba na kompromis!

– To ty tchórz jesteś?

– Ja po prostu doświadczenie swoje szanuję! Wolę mieć święty spokój niż wojować tak mądrzy ludzie mówią.

– Aaaa, no dobra. To kupmy babci kwiaty, żeby nie zauważyła, iż mam lody na policzkach.

Ola dziadka szanowała i kochała jak mało kogo.

W jej życiu pojawił się nagle na Nowy Rok. Babcia, prawniczka z wieloletnim doświadczeniem, ożeniła się drugi raz ze swoim wieloletnim adoratorem. Serio podchodziła do wszystkiego, więc sentymenty za oknem, oprócz dwóch wyjątków: wnuczki i przyszywanego dziadka.

Ich różnica była nie tyle w wzroście (babcia rosła, dziadek pyzaty, jak grzybek), ale w tym, iż on choćby z kłopotami radził sobie spokojnie a tych w rodzinie prawniczki nigdy nie brakowało. Ale coś ich łączyło i ani Ola, ani nikt z sąsiadów nie mógł sobie wyobrazić, jak żyli osobno: ona zamknięta i poważna, on dowcipny i spolegliwy, a razem komplet.

Bo mimo swojego zorganizowania i twardego charakteru, babcia była skrytą romantyczką marzyła o wierszach pod oknem działki i serenadzie na zapleczach ogródka. Pierwszy mąż, historyk-malkontent, szanował jej rozum, ale kwiaty dawał co łaska i tylko czasem Majakowskiego przemycał, bo się bał sentymentalizmów.

Babcia stawała się coraz bardziej zgorzkniała, aż w końcu pierwszy dziadek umknął przy pierwszej możliwej okazji.

Wtedy babcia skupiała się na pracy, synu i wnuczce a Ola była tym światełkiem, które rozproszyło szarość. Rodzice archeolodzy, wiecznie w trasie, zostawili Olę pod jej opieką dziecko miało być bezpieczne, zadbane.

Ola bąblała, patrzyła i darła się tak, iż sąsiedzi oddali swojego pudelka, bo duet z Olą okazał się nie do wytrzymania.

Babcia wychodziła z siebie, a jak dziewczynka skończyła rok, w pole widzenia wszedł przybrany dziadek. Babcia wyznawała zasadę: im więcej dziadków, tym lepiej. Dziecku to wyjaśniła jasno jest dziadek, co był zawsze, i dziadek, co jest tylko twój. Dziecko zaakceptuje, potem samo oceni, kto mu milszy.

I faktycznie Ola zwykle chętniej przesiadywała z nowym dziadkiem, gotowym lodem zaskoczyć czy z kwiatami do babci polecieć.

Sama historia jak się poznali legenda rodzinna. O tym choćby były wersy specjalne w szkolnym przedstawieniu, bo Ola nie odpuszczała rodzinnych sensacji.

Z czasem Ola poważnie chorowała, babcia biegała do lekarzy. Jedna sąsiadka rzuciła:

– Pani Mario (babcia Marianna), weźcie ją do doktora Piotra, pół osiedla dzieci mu zawdzięcza zdrowie! Tyle się nacierpi, choruje biedactwo!

Tyle iż Piotr to ten chłopak, za którym Marianna wzdychała w liceum. Oczy mu się zapaliły, a Marianna złapała się na tym, iż znów jest roztrzepana jak w czasach młodości.

Spotkanie… I już, nagle znów była zamężna, a Ola dostała przybranego dziadka.

Syn babci przyjął nowego tatę numer dwa spokojnie: Możemy zostawiać Olę na noc? Będę wdzięczny. I wszystko grało.

Ola rosła rozpieszczona, bezpieczna, otoczona miłością co oczywiście spadło na babcię rykoszetem, gdy chodziło o przedszkole. Kilka prób zaraz angina, zapalenie gardła i całe osiedle na głowie.

– Niech to licho, niech sobie to przedszkole idzie w cholerę! burczał dziadek. Najważniejsze, żeby była zdrowa! Z dzieciakami pobawi się na działce.

Latem do rodzinnego domku wybywała praktycznie cała śmietanka międzypokoleniowy park rozrywki. Całe stadko dzieciarni i babć na wiecznych ploteczkach. Ola miała całą paczkę: Swetka z klatki obok, bliźniaki Stanisław i Michał co zawsze gryźli się o pierwszeństwo na huśtawce, Zosia baletnica choćby w piżamie piruety ćwiczyła. A jak Ola skończyła sześć lat, doszła do tego Katka.

Katka brudna, szczera, zadziorna, zawsze wiedziała czego chce i którą ścieżką idzie. I od razu zawładnęła sercem Oli, choć poznanie nie było sztampowe: Ola, w altance z książką i pierwszymi truskawkami, nagle krzyczy jak alarm przeciwlotniczy, bo spod stołu łapy wyciąga ktoś po jagody.

Babcia Marianna wylatuje z kuchni z łyżką w ręku, a koty z dachu się zwijają. A tu pod stołem Katka, myk-myk, jagoda za jagodą znika.

– Czego się drzesz? Nie ciekawi cię, po co tu jestem? Dawaj, bo nie zdążysz!

I Ola, połykając strach, wczołgała się pod stół. Katka wyciąga największą truskawkę.

– Masz, tylko ręce masz okropne

– A kto tu myje na działce? Brudne ręce jak odznaka harcerza!

Babcia wcale się nie zdziwiła, zobaczywszy, kto jest Olkową towarzyszką Katka była wnuczką dawnego znajomego z pracy, którego sama zaprosiła na letni odpoczynek. Dziadka Katki los nie oszczędził został z wnuczką sam po rodzinnej tragedii, córka i zięć zginęli w katastrofie lotniczej, a on z dnia na dzień sam musiał się wszystkim zająć. Babcia Marianna przyjęła Katkę pod swoje skrzydła, bo serce jej nie pozwoliło zostawić dziecka bez pomocy.

Szybko cała rodzina się zintegrowała Marianna z Piotrem, Ola, Katka; każdy wiedział, kto jest kim, ale wszyscy byli domowi. Siedzieli razem na ganku, pilnowali się wzajemnie, śmiali, kłócili i zawsze jedli razem obiad.

Obie dziewczyny różniły się jak woda i ogień, ale to tylko je wzmocniło. I to Katka nauczyła Olę, kiedy szczerość ma sens, a kiedy lepiej się ugryźć w język. To ona skierowała talenty dedukcyjne Oli na dobre tory, choć stwierdziła z przekąsem:

– Ty byś się do śledztw nadawała! Dziadek by się załamał, zawsze powtarzał, iż praca policjantki to psia dola i do tego jeszcze zależy od kaprysów prokuratora.

– To będę prokuratorem! I przynajmniej jednemu śledczemu popsuję dzień!

Oczywiście, na początku wszyscy traktowali Olę z dystansem, kręcili palcem przy skroni, mówili pół żartem, pół serio, iż dziwna ta Ligocka. Ale ona wiedziała jedno ma cel i bliskich, na których zawsze mogła liczyć. A kto ma w domu dziadków, rodzeństwo i babcię z groźną miną i tłuczkiem w ręku temu się przecież w życiu nie może nie udać.

Bo na końcu obiadu z kuchni dobiega najważniejsze pytanie:

– Ola, jadłaś coś dzisiaj? Jak nie? Skandal! A ty co się śmiejesz, Katka? Przecież sama od rana nic nie tknęłaś! Chodźcie obie do stołu, petarda będzie! Piotruś, ręce umyte! I zostawcie tę biedną Lunę w spokoju! Co wam przeszkadzał jej naturalny ogon?! No bo co, tak ładniej? Serio? Nie żartujcie sobie ze mnie! Zupa stygnie! Siadać!

©Katka i Ola spojrzały na siebie. W oczach obu dziewczyn najpierw błysnęło przekorne porozumienie, potem rodzinna czułość, której żadne dziwactwa nie mogły rozpuścić. Luna, nieświadoma, iż to jej ogon stał się powodem całego zamieszania, sprawdziła czy pod stołem nie zapomniano przypadkiem o jakiejś kanapce. Dziadek Piotr dyskretnie mrugnął do wnuczek i ustawił talerze, a babcia Marianna, przez chwilę udając groźną, wybuchnęła w końcu śmiechem.

Już po chwili cała rodzina, pełna radosnego harmidru, zajęła swoje miejsca naokoło starego stołu, przy którym zawsze starczało miejsc choćby dla niespodziewanych gości. Zupa pachniała czosnkiem, koperkiem i czymś, co chyba każdy od dziecka znał najlepiej spokojem.

Nad tym koncertem codziennych głosów, podniesionych od śmiechu, złośliwych docinków i cichych żartów, zawisła na moment cisza. Ola spojrzała na przytuloną do niej Katkę, potem na babcię, dziadka, i Lunę, która oparła pysk o jej kolana.

Zrozumiała wtedy coś prostego i wielkiego zarazem iż najdziwniejsza rodzina, zawsze gotowa na aferę przez różowy ogon psa, kuchenne spory czy zbytnią szczerość, jest jednak idealna. Bo dziwactwa to po prostu inne słowo na własną legendę a w rodzinie Ligockich legend nie brakowało i jeszcze wiele miało się wydarzyć.

Może to właśnie dlatego, kiedy tego wieczoru, już po kolacji, usiadła z Katką pod kwitnącą czereśnią i patrzyła na gwiazdy, wyszeptała prawie do siebie:

Najfajniejsze historie to te, do których zawsze się wraca. Bo dzięki nim wiadomo, gdzie jest dom.

Katka milcząco podała jej rękę, a pies Luna machnął ostatni raz ogonem i świat na moment stał się zupełnie zwyczajnie, cudownie dziwny. Jak zawsze u Ligockich.

Idź do oryginalnego materiału