„Nieprzygotowani na narodziny dziecka: Jak bałagan w domu, brak wyprawki i mąż zapracowany do ostatniego dnia zamieniły powrót ze szpitala w koszmar – Historia trzydziestoletniej Reni i rodzinne napięcia wokół pierwszego dziecka”

polregion.pl 1 dzień temu

Trzeba było wcześniej pomyśleć o przygotowaniach do narodzin dziecka!

Moje wyjście ze szpitala to był naprawdę wyjątkowy moment. Mój mąż, Piotr, był wtedy w pracy i odebrał mnie prosto z biura. Prosiłam go o kilka dni urlopu albo chociaż wolne popołudnie, ale kierownik się nie zgodził. Prosiłam, żeby wszystko przygotował na przyjście dziecka na świat zapewniał, iż się wszystkim zajmie. Gdybyśmy zrobili to razem wcześniej, zdążylibyśmy zrobić pranie, kupić potrzebne rzeczy i posprzątać mieszkanie. Ale jak zwykle, rzeczywistość była inna… żali się trzydziestoletnia Gosia.

Nie dotrzymał słowa?

Poszłam do szpitala zupełnie nieprzygotowana. A kiedy wróciłam do domu, zastałam tam prawdziwy chaos. Wstydziłam się, kiedy przyszli bliscy. Na półkach leżała gruba warstwa kurzu, można było na niej rysować palcem. Wózek się nie pojawił, komoda też nie. choćby nie kupił ciuszków dla malucha! Na szczęście przyjaciółki obdarowały mnie pieluszkami opowiada dalej młoda mama.

Gosia wyszła za Piotra sześć lat temu. Teraz razem cieszą się z narodzin synka. Długo zwlekali z dzieckiem, chcąc najpierw stanąć na nogi. Gdy ich sytuacja się ustabilizowała, dopiero wtedy zdecydowali się na powiększenie rodziny.

Od razu powiedziałam szefowi, iż jestem w ciąży. Podziękował mi za współpracę. Może ktoś inny by walczył o swoje prawa, ale ja uznałam, iż widocznie tak miało być. Na spokojnie przygotowywałam się do nowej roli haftowałam, czytałam, korzystałam z wolnego czasu. O pieniądze się nie martwiłam, bo Piotr właśnie awansował tłumaczy Gosia.

Ciąża przebiegała prawidłowo długie spacery, dużo książek, spokojne wybieranie rzeczy do wyprawki.

Piotr nie pozwolił mi nic kupić przed porodem. Tłumaczył, iż lepiej po wszystkim, bo tak zawsze mówiono w naszej rodzinie. Moja siostra obiecała nam komodę i łóżeczko po swoich dzieciach oraz parę innych drobiazgów. Prosiła, żebym odebrała je wcześniej, wyprała i przygotowała. Spakowałam tylko torbę do szpitala więcej mi nie wolno było robić wzdycha Gosia.

Ale kiedy zaczęła się akcja porodowa, Piotr zorientował się, jak duże są potrzeby. Gosia, leżąc na porodówce, martwiła się choćby o to, iż pranie cały czas siedzi w pralce i nie zdążyła go rozwiesić. Po jej powrocie ubranka dalej czekały.

Na szczęście przyjaciółki pożyczyły mi trochę ciuszków i pieluszek, więc miałam w co ubrać dziecko. Mąż biegał po całym Krakowie, szukając rzeczy ale wszystko było albo brudne, albo poplamione, albo zakurzone. Musiałam prać i czekać, aż rzeczy wyschną. W tamtym momencie miałam ochotę wszystkich powyganiać i rzucić to wszystko mówi Gosia z łzami w oczach.

Przez następne dni Gosia ogarniała cały dom. Od narodzin syna minęły już dwa miesiące, a ona ciągle nie chce przyjmować gości.

Krewni uznali, iż skoro już trochę minęło, mogą wpaść z wizytą. Już wyznaczyli mnie do zrobienia rodzinnego obiadu… Tak, jasne! Zaraz już będzie po mojej stronie mówi z irytacją.

Mama Gosi nie rozumie, co się dzieje, czemu córka nie jest szczęśliwa. Przecież sama powinna była o wszystkim pomyśleć dziewięć miesięcy w domu! Mogła poprosić Piotra o wniesienie mebli, sprzątanie i zakupy. Może dałoby się go przekonać. O wszystko trzeba zadbać samemu. Kto polega na facetach?

Jak wy uważacie, czy Gosia ma prawo mieć żal do rodziny, czy to tylko jej niedopatrzenie? Czy naprawdę powinna była sama przygotować się na narodziny dziecka? Jak wy byście postąpili na jej miejscu?

Idź do oryginalnego materiału