Niezwykłe życie – fascynująca opowieść pełna polskich inspiracji

polregion.pl 15 godzin temu

NIESAMOWITE ŻYCIE

Na weselu mojej przyjaciółki Agaty bawiliśmy się przez dwa dni: hucznie, syto, z mnóstwem śmiechu. Jej narzeczony był niczym polski filmowy amant przystojny jak Zbigniew Cybulski, a do tego zaskakująco skromny, choć jego uroda wykraczała poza wszelkie wyobrażenia. Cała weselna ekipa po cichu podglądała Bartka: oczy błękitne jak chabry, rzęsy tak gęste i długie, iż aż nieprzyzwoite dla mężczyzny (cholera, dlaczego takim darem obdarza natura facetów?!), wyrazisty podbródek, szlachetny nos i idealnie gładka, lekko oliwkowa skóra. Do tego prawie dwa metry wzrostu i szerokie barki jak po mistrzu z siłowni. Gdybyśmy nie kochali Agaty, poszlibyśmy o niego w bój wprost na ślubnym stole. Bartek był naprawdę znakomity.

No popatrz, jakiego sobie przystojniaka upolowałaś! rzuciłyśmy do Agaty. Każda z nas starała się zrobić jak najbardziej biedną, samotną minę, na wypadek gdyby Bartek miał równie atrakcyjnych kawalerów w rodzinie.

Dziewczyny, przecież ja pokochałam Bartka za jego prostotę. Bartek pochodzi ze wsi, dorastał z babcią, gospodaruje, jest bardzo zaradny. Poznaliśmy się przez przypadek, kiedy rodzice kupili działkę w jego okolicach. Jest czuły, dobry i niezawodny. Gospodarstwo prowadził tak dobrze, iż aż trudno uwierzyć. Prawdziwy facet, dziewczyny! Ledwo namówiłam go na przeprowadzkę do miasta zanim się zgodził, wylałam morze łez śmiała się Agata.

Bartek okazał się skuteczny zarówno w pracy, jak i w kontaktach z nową rodziną. W ciągu kilku lat nauczył się odróżniać dobre alkohole, perfumy, rozmawiać o polityce, sztuce, podróżach, indeksie WIG, sporcie; przy tym pozbył się swojego charakterystycznego, regionalnego akcentu. Wsiadł za kierownicę komfortowego auta (podarowanego przez teścia młodym), a następnie zdobył bardzo dobrą posadę w firmie teścia. Kto podarował im mieszkanie, domyślcie się sami.

W drugim roku małżeństwa Bartek ujawnił słabość do białych skarpetek nosił je wyłącznie, zarówno w domu, jak i w gościnie, bez kapci. Zakładał białe skarpetki do kaloszy, śmiało chodził bez butów po brudnej podłodze przymierzalni.

Agata tej miłości nie podzielała, ale pokornie myła podłogi dwa razy dziennie i zaopatrywała się w wybielacze. Tak Bartek zyskał przydomek Skarpetka.

O tym, iż Bartek ma kochankę, Agata dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. Kochanka była w podobnej sytuacji. Skarpetka został wyrzucony z domu, zwolniony, przeklęty i opłakiwany przez Agatę w ciągu jednego dnia. Potem nastały ciężkie, lepkie, szare dni jesieni. Agata nieustannie leżała na wielkim łóżku, patrząc w sufit suchymi oczami.

Płakać będę potem. Teraz dziecku szkodzi powtarzała.

Jak Lenin na katafalku, Agata milczała na swoim łóżku, a my, jak strażnicy, zmienialiśmy się przy niej, żeby wspierać ją bez słów.

Chciało się płakać, przewracać książkę losów i drzeć strony zdrajców. Ale trzeba było milczeć i czekać.

Podczas wyjścia ze szpitala robiliśmy mnóstwo hałasu, trzęśliśmy balonami, błagaliśmy personel, żeby przepuścił kieliszek herbaty i poszedł z nami w szalony świat, życząc wszystkim szczęścia i zdrowia. Świeżo upieczony dziadek dwoił się i troił dzień wcześniej, wzruszony i obiecując sanitariuszkom posprzątać po sobie, najpierw kredą wypisał olbrzymi, krzywy napis pod oknem Agaty: Dziękuję za wnuka!, potem próbował zaśpiewać coś, ale został powstrzymany przez ochronę. Ochroniarz grzecznie zaprosił szczęśliwego dziadka do swojej kanciapki na kieliszek koniaku, bez szkody dla porządku.

W dzień wyjścia dziadek był pełen energii, tryskał świeżością i, jak pamiętam, miał łzy w oczach z dumy i szczęścia. Płakał z umiarem i szczerze. My też płakaliśmy całą delegacją, śmialiśmy się, całowaliśmy Agatę, nieśmiało zaglądaliśmy do niebieskiego rożka i silnie przemilczali ojcowski grecki nosek u małego Michałka. Tylko Agata nie płakała choćby w tej radości:

Potem. Jeszcze mleko się zgubi mówiła.

Agata milczała z nami przez dwa miesiące, a potem zebrała się i poszła odwiedzić Bartka. Bez zapałek i jadu, ale z wielką potrzebą krzyczeć, rozrywać łzy. Wyrzucać, stukać w ściany zaciśniętymi pięściami, wstydzić, żądać próbować wyrzucić skumulowany ból, który przykuł ją do łóżka, obciążając go, zdrajcę. Do niszczyciela jej nadziei i ich świata z malutkim synkiem, w którym Agata chciała zobaczyć siebie, dziergającą skarpetki swoim ukochanym mężczyznom, śmiejącego się Michałka trzymającego ją i Bartka za ręce podczas spacerów, samego Bartka tak bardzo potrzebnego, tak bliskiego z synem.

A jeszcze chciała spojrzeć w oczy tej bezwstydnej kobiecie, która spała z cudzym mężem. Oczy będą oczywiście bezczelne i pewnie bardzo ładne. W te oczy Agata miała zamiar splunąć. Tak postanowiła. A gdy będzie trzeba, to i podrapie.

Gdzie dokładnie iść się kłócić, Agata dowiedziała się przypadkiem podczas spaceru z dzieckiem od aktywnych babć z klatki. Dobre babcie zatrzymały Agatę, przypomniały jej, iż Bartek jednak jest no, nie najlepszy, dokładnie opisały trasę do miejsca gniazdowania kochanków i warianty zemsty. Agata wpadła w otępienie, wewnętrznie się rozpłakała, chciała odejść, nie słysząc numeru domu, ale z jakiegoś powodu nie odeszła.

I oto stoi, Agata, przed adekwatną klatką starego bloku, wystarczy wejść na piąte piętro, a tam można pluć, można krzyczeć.

Na pierwszym piętrze Agata pomyślała, iż z jej obecnym szczęściem wcale nikogo nie zastanie i czas zmarnowany. Na drugim piętrze wpadła na myśl, iż byłoby choćby dobrze, gdyby nikogo nie było. Na trzecim piętrze usłyszała rozpaczliwy dziecięcy płacz z piątego piętra.

Drzwi otworzyła jej chuda, zapłakana dziewczyna wyglądająca zupełnie nie jak wyobrażona rywalka, która uwiodła jej męża-anioła.
Agata patrzyła zdumiona na konkurentkę, a dziecko krzyczało głębokim głosem z wnętrza mieszkania.

Dzień dobry, Agato. Bartka nie ma, odszedł dwa tygodnie temu. Nie wiem gdzie jest wyszeptała dziewczyna i usiadła na podłodze, płacząc.

Agacie odechciało się kłócić. Miała ochotę wejść do pokoju i uspokoić tę niezaradną mamę. A potem rzucić frazą: Jak lubisz się bujać, to lub też ciągnąć saneczki, psiaku!. Tak, trzeba będzie koniecznie wstawić psiaka. I przy tym spojrzeć z pogardą, z wyższością. Ma prawo, w końcu została oszukana.

Niemowlę było suche. Powieki opuchnięte, na czole żyłka, głos zachrypnięty. Dziecko chciało jeść. Chłopczyk krzyczał z głodu na granicy swoich możliwości, a jego dziwna matka leżała w przedpokoju i wyła.

Jak otwierała puste szafki na kuchni w poszukiwaniu mieszanki, jak macała pustą lodówkę Agata pamiętała potem tylko z trudem.

Jak na blacie znalazła kartkę ze straszną, niedokończoną frazą: Proszę w moim śmi z przerażeniem.

Dziewczyna na podłodze płakała, opowiadając Agacie, jak najbliższej przyjaciółce, iż nie ma dokąd iść z tym wynajmowanym mieszkaniem, a trzeba wyprowadzić się dosłownie za kilka dni. Mleko się skończyło, Bartek przepadł, a pieniędzy adekwatnie nigdy nie było. Jest jej bardzo żal i wstyd. I za późno. Nie wiedziała. Prosi o wybaczenie. Można ją uderzyć, choćby trzeba. A chłopczyk ma na imię Pawełek, Agata powinna to zapamiętać na wszelki wypadek. Pawełek był starszy od Michałka tylko o dziewięć dni.

Agata pędziła do domu ekspresowo za 20 minut Michałek będzie wołał o pierś. Biegła, mimo iż dwie ciężkie torby Iwony ciągnęły jej ręce, a sama rozpłakana Iwona biegła obok, niosąc sytego Pawełka. Agata biegła i zastanawiała się, gdzie postawić dwie nowe łóżka.

Za trzy lata świętowaliśmy wesela Iwony, a za cztery Agaty. Mąż Agaty nienawidzi białych skarpetek, uważa, iż życie trzeba mieć kolorowe i uwielbia żonę, syna i dwie córeczki. Iwona jest mamą czterech chłopców, jej mąż nie traci nadziei na córeczkę…

Idź do oryginalnego materiału