Nigdy cię nie oddam. Opowiadanie.

newskey24.com 1 dzień temu

Nikomu nie oddam

Ojczym nigdy ich nie krzywdził. Przynajmniej nigdy nie wypominał kromki chleba, nie złościł się za naukę, choć czasem, gdy Anka wracała później, niż powinna, potrafił podnieść głos.

Obiecałem twojej matce, iż będę miał cię na oku! krzyczał na jej nieśmiałe tłumaczenia, iż przecież jest już dorosła. Wiem lepiej, co ci wolno, a czego nie! Myśli, dorosła! Matura i już wszystko wolno? Najpierw znajdź porządną pracę, a potem udawaj dorosłą!

Potem, gdy trochę się uspokoił, mówił już ciszej.

I tak cię porzuci, co, nie widziałem, kto cię odwozi? Samochód drogi, twarz urodziwa, po co mu prosta dziewczyna jak ty, Anka? Będziesz płakać, zobaczysz.

Anka mu nie wierzyła. Oczywiście, Olek był przystojny, studiował na trzecim roku uniwersytetu, co prawda za pieniądze, ale ona też chciałaby studiować na płatnych. W rekrutacji nie przeszła, w technikum jej się nie podobało, więc rozdawała ulotki, roznosiła gazety, a głównie przygotowywała się do egzaminów na kolejny rok. Tak poznała Olka podała mu ulotkę, a on wziął jedną, drugą, trzecią i rzucił:

Pani, może tak biorę wszystkie ulotki, a pani idzie z nami do kawiarni?

Nie wiadomo, co ją wtedy naszło, zgodziła się. Już z doświadczeniem ulotek w tej okolicy nie wyrzucała, upchnęła je w plecak i w drodze powrotnej wrzuciła do zsypu mieszkania.

W kawiarni Olek przedstawił ją swoim znajomym, zamówił pizzę i lody. Ona i siostra smakowali takie rzeczy tylko w urodziny pieniędzy im brakowało, a emerytury ojczym nie pozwalał ruszać, odkładał na czarną godzinę, gdyby coś mu się stało.

Tak naprawdę zarabiał nieźle, ale połowę wydawał na samochód, który ciągle się psuł, a resztę przepuszczał w grach. Anka nie narzekała ważne, iż nie wygnał jej i Aliny z domu, bo mieszkanie było jego, mamina trzeba było sprzedać, gdy zachorowała. Oczywiście marzyła o czekoladach, pizzy, słodkich napojach, ale jak już się coś trafiło, oddawała wszystko siostrze. W kawiarni też spytała Olka, czy może wziąć kawałek pizzy dla siostry. Spojrzał na nią zdziwiony, a potem kupił jej całą dużą pizzę na wynos oraz wielką czekoladę z orzechami.

Ojczym niesłusznie myślał, iż Olek ją skrzywdzi. Był naprawdę dobry. A przy nim Anka jeszcze mocniej poczuła własną nieporadność, zabrała się do nauki, znalazła pracę kasjerka w sklepie. Płacili dobrze, więc mogła wreszcie kupić porządne jeansy i pójść do prawdziwego fryzjera, żeby Olek był z niej dumny.

Gdy zaprosił ją na działkę, od razu wiedziała, co się wydarzy, i wcale się nie przestraszyła przecież nie była dzieckiem. Szczególnie, iż i ona go kochała, i on ją. Trochę tylko martwiła się, iż ojczym nie pozwoli jej jechać, ale ten sam zaczął wracać późno do domu, a czasem nie wracał wcale. Wiedziała, gdzie nocuje u cioci Luby, pielęgniarki z osiedla, od dawna się do niej uśmiechał, choć ona wcześniej nie chciała się związać z mężczyzną z dwoma córkami z pierwszego małżeństwa, chociaż sama była już rozwiedziona, w końcu nie oparła się jego niezdarnym zalotom.

To wyszło Ance na rękę, choć Alina płakała, gdy dowiedziała się, iż zostanie sama na noc. Anka kupiła jej czekoladę, chipsy i oranżadę, więc siostra w końcu się pogodziła.

O tym, iż jest w ciąży, dowiedziała się późno. Okresy miała nieregularne, nie zwracała uwagi, nikt jej nie uczył. Dopiero druga kasjerka, Weronika, zapytała żartem:

Ty się cała promieniejesz i zaokrąglasz nie w ciąży czasem?

Pośmiały się, ale wieczorem Anka kupiła test. Dwie kreski! Nie wierzyła, iż to możliwe.

Olek nie bardzo się ucieszył. Powiedział, iż to nie czas i wcisnął jej pieniądze na lekarza. Anka przepłakała noc i poszła do lekarza. Okazało się, iż już szesnaście tygodni za późno na zabieg. Wtedy na działce wszystko się zaczęło, a ona myślała, iż pierwszym razem nie zachodzi się w ciążę.

Do czasu ukrywała brzuch przed ojczymem, ale rósł jak po drożdżach i trzeba było się przyznać.

Ależ on krzyczał!

Gdzie ten twój chłopak? Żenić się zamierza?

Anka spuściła wzrok. Olka nie widziała już miesiąc, gdy dowiedział się, iż dziecka nie da się zostawić, zniknął.

No tak mruknął ojczym. Przecież mówiłem, Anka

Nie od razu się odezwał, pewnie radził się cioci Luby.

Skoro już tak wyszło rodź. Ale musisz go zostawić w szpitalu, nie potrzebny mi dodatkowy gąb do wyżywienia. Bo sprawa Żenię się, Anka. Luba też w ciąży. Bliźnięta. Sama rozumiesz troje niemowląt w jednym mieszkaniu to za dużo.

Ona tu zamieszka? zdziwiła się Anka.

A gdzie? Żona przecież.

Wyglądało na żart, ale ojczym nie żartował. Powtarzał to codziennie, obiecywał wyrzucić ją z siostrą, jeżeli przyjdzie z dzieckiem. Anka wiedziała, iż papuguje ciocię Lubę. Ale to niczego nie zmieniało nie mogła zostawić dziecka.

Nie martw się powiedziała Luba. Takie niemowlaki rozchodzą się od razu, gwałtownie je adoptują i pokocha jak swoje.

Anka płakała, dzwoniła do Olka, próbowała wymyślić, gdzie zamieszka z siostrą i dzieckiem, ale nic nie przychodziło do głowy. W końcu, któregoś dnia Weronika wskazała na małżeństwo w sklepie:

Patrz, ile lat minęło, a oni wciąż chodzą w czerni. Całe życie w żałobie Mogliby przecież mieć drugie dziecko. Albo adoptować.

Tę parę Anka widywała często razem i osobno. Kulturalni, uprzejmi, tylko zawsze smutni. Nie wiedziała, co ich spotkało.

Ich córka zginęła, nie słyszałaś? Wypadek w drodze na wycieczkę do innego miasta, kierowca usnął, ona zginęła, żal straszny. Dobry człowiek on lekarz, ona anglistka. Mieszkałam kiedyś obok nich, jak byłam mężatką. Wszyscy chodzili do nich z aniołkami córka kupiła na wycieczce figurkę aniołka i ściskała ją mocno, wydobyli ją z ręki. Potem ludzie przynosili kolejne aniołki, już nie wiem, komu pierwszemu przyszło to do głowy. Bałam się, iż to pogorszy sprawę, ale wyglądało, iż jej pomagało.

W jakimś filmie Anka widziała, jak dziewczyna przekazuje swe dziecko parze, która nie może mieć dzieci. Ci mogli, ale przecież raczej nie chcieli, a jednak Anka wciąż o nich myślała. Była już w ósmym miesiącu, dalej pracowała, bo nie chciała stracić pracy, i akurat para stanęła przy jej kasie, a mężczyzna powiedział:

Proszę pani, nie czas już na urlop macierzyński? Jeszcze pani tu urodzi.

Anka nie narzekała, ale ciężko jej było pracować plecy bolały, zgaga męczyła, nogi puchły. Nikt nigdy nie zapytał, jak się czuje, tylko lekarka z przychodni narzekała, a to się nie liczyło. To troskliwe pytanie wzruszyło ją, aż łzy stanęły w oczach ostatnio często jej się to zdarzało.

Dwa dni później, gdy wracała z zakupami, ten sam mężczyzna ją dogonił i pomógł nieść torby. Poczuła się niezręcznie, ale i bardzo miło. Pomyślała, iż to dobry człowiek.

Aniołka zobaczyła w sklepie, na wyprzedaży trwało lato, a one nie schodziły za dobrze. Skuszona, kupiła, potem poprosiła Weronikę o adres i poszła.

Kiedy nacisnęła dzwonek, przestraszyła się czy to nie niestosowne, tyle lat minęło? Pewnie już nikt nie przynosi aniołków.

Drzwi otworzyła kobieta. Chyba ją rozpoznała, bo brwi poszły w górę. Anka gwałtownie wyciągnęła dłoń z figurką, wcisnęła głowę w ramiona, spodziewając się zamknięcia drzwi albo wykrzyków.

Ale nic takiego się nie stało. Kobieta przyjęła aniołka, uśmiechnęła się i zaprosiła:

Wejdź. Herbaty chcesz?

Przy herbacie opowiedziała Ance swoją historię, którą Anka już znała z opowieści Weroniki, ale z ust tej kobiety wszystko brzmiało ostrzej.

Czemu nie urodziła pani kolejnego dziecka? szepnęła Anka.

Poród był ciężki. Musieli usunąć narząd. Już nie mogłam rodzić.

Zrobiło się jej głupio, iż pyta o takie sprawy. Chciała spytać o adopcję, ale nie mogła wydobyć z siebie słowa.

Myśleliśmy o adopcji powiedziała kobieta, jakby czytała jej myśli. Przeszliśmy choćby kurs dla adopcyjnych rodziców. Ale w ostatniej chwil poprosiłam córkę o znak. Nic się nie wydarzyło.

Tak właśnie, wtedy z pokoju usłyszały brzęk, jakby szklanka rozbiła się o podłogę. Kobieta zadrżała, Anka spojrzała w tamtą stronę, nie wiedząc, iż ktoś jest w mieszkaniu.

Poszły do salonu. Anka obawiała się, iż będzie tam jak w kaplicy ciemno, świeczki, zdjęcia. Ale nie, była tylko jedna fotografia, pokój jasny, bez świec. Tylko figurki aniołków. Jeden leżał na podłodze, rozbity. Kobieta podniosła kawałki porcelany, długo je oglądała. Potem cicho powiedziała:

To ta właśnie figurka. Jej.

Ance aż policzki zapłonęły. Czy to nie znak?

Córeczkę urodziła w terminie. Luba od dawna mieszkała już z ojczymem, urodziła wcześniej, dzieci leżały jeszcze w szpitalu, ale już kupili dwa białe, piękne łóżeczka z kokosowymi materacami. Jej dziecku nikt nic nie przygotował miała je zostawić w szpitalu. Tylko Alina, wieczorami, pytała szeptem:

Nie można jej gdzieś schować? Żeby nie wiedzieli, iż to twoje dziecko. Pomogę ci przecież.

Od tych słów Ance chciało się płakać, ale powstrzymywała się przy siostrze.

Notkę przygotowała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, jest zdrowa, niech się nie martwią. Dodała historię ze znakiem upadłym aniołkiem. Do koperty włożyła wszystkie swoje oszczędności uzbierane z emerytury. Powinno wystarczyć, byli dobrymi ludźmi.

Ze szpitala wypisywali rano, ale porzucać dziecko w biały dzień było za straszne. Przesiedziała cały dzień w galerii, choć było jej ciężko, kręciło się w głowie. Najważniejsze było znaleźć córce kochających rodziców.

Gdy galerie zamknięto, jeszcze godzinę czekała na ławce, pogoda dopisała. Dopiero, gdy zapadł zmierzch, weszła do klatki, gdy wychodził mężczyzna z psem na spacer.

Córkę miała w nosidełku, kupionym za własne pieniądze, Weronika przyniosła je na wypis. Nie dopytywała. Teraz ustawiła nosidełko tak, by drzwi nie zahaczyły, wsunęła pod koc kopertę z notką i pieniędzmi, chciała zadzwonić i uciec, gdy drzwi nagle się otworzyły. Na progu stanął mężczyzna, ojciec zmarłej dziewczyny.

Co tu robisz?

Anka aż podskoczyła ze strachu.

Zauważył nosidełko.

Co to?

Łzy poleciały same. Anka opowiedziała wszystko o Olku, co ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał je z siostrą od siedmiu lat, a teraz żeni się, rodzą mu się bliźniaki, o cioci Lubie wymyślającej, by Anka zrezygnowała z dziecka w szpitalu.

Wysłuchał jej w milczeniu. Potem powiedział:

Galia już śpi, nie będę jej budził. Rano porozmawiamy. Chodź, rozłożę ci łóżko w salonie.

Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwne. Ale Anka zasnęła zaraz, trzymając córeczkę przy piersi.

Obudziła się z poczuciem pustki. Córki nie było. Wtedy zrozumiała, iż nie zdoła się z nią rozstać. Nigdy. Chciała biec, zabrać ją

Zerwała się, ale zanim zrobiła krok, do pokoju weszła Galia z dzieckiem na rękach.

Bierz uśmiechnęła się. Trzeba nakarmić, uśpiłam ją, chciałam dać ci się wyspać, ale to nie potrwa długo.

Karmiąc córkę, Anka nie umiała spojrzeć na Galię. Co powiedział jej mąż? Może już zdecydowali adoptować dziecko? Jak powiedzieć, iż jednak zmieniła decyzję?

Ile lat ma twoja siostra? spytała nagle Galia.

Dwanaście odpowiedziała zdziwiona Anka.

Myślisz, iż zgodzi się do nas przeprowadzić?

To pytanie było tak dziwne, iż Anka spojrzała na Galię.

Co? zdumiała się.

No, Sławek mi wszystko powiedział. Nie macie gdzie mieszkać, ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jeżeli twoja siostra zostanie tam, zrobią z niej służącą. Niech też u nas zamieszka.

Co znaczy też? jąkała się Anka.

Galia spojrzała na sklejonego aniołka przy fotografii wyglądał dziwnie, ale rozpoznawalnie.

Myślę, iż to był znak. Powinniśmy wam pomóc powiedziała zwyczajnie. Miejsca nam nie brakuje, wprowadźcie się do nas. Pomogę ci z córką. A te twoje głupoty zostaw. Nie wolno matki rozdzielać z dzieckiem.

Ance zrobiło się tak radośnie i tak wstyd, iż aż policzki znów się zaczerwieniły.

Więc zgadzasz się?

Anka kiwnęła głową, kryjąc twarz w kołdrze córki, żeby Galia nie zobaczyła jej łez.

Idź do oryginalnego materiału