Nikomu nie oddam. Opowieść.
Ojczym zasadniczo nie dokuczał dziewczynom. Chleba nie wyliczał, za oceny się nie czepiał, tylko jak Zosia wracała później niż powinna, to potrafił zrobić porządną awanturę.
Obiecałem twojej matce, iż będę miał na ciebie oko! krzyczał, gdy Zosia niepewnie przypominała, iż przecież jest już pełnoletnia. I ja najlepiej wiem, co jest ci wolno, a co nie! Co, dorosła jesteś? Matura i już wszystko można? Najpierw znajdź sobie porządną pracę, a potem rób z siebie panią dorosłą!
Potem, trochę ochłonąwszy, mówił już spokojniej:
Przecież on cię zostawi, zobaczysz! Ja już widziałem, kto cię podwozi. Auto z wyższej półki, przystojniak, po co mu taka zwykła dziewczyna jak ty, Zosiu? Będziesz potem płakać, zapamiętaj moje słowa.
Zosia nie wierzyła ojczymowi. Jasiek był przystojny, studiował na trzecim roku politechniki, na płatnym zresztą ona też chętnie by studiowała na płatnym, gdyby tylko się dostała. Ale ona nie przeszła, w technikum się jej nie podobało, więc rozdawała ulotki albo gazetki, a tak najbardziej przygotowywała się do matury po raz drugi. Tak właśnie poznała Jaśka podała mu ulotkę, a on wziął jedną, drugą, trzecią i powiedział:
Pani, niech będzie tak biorę wszystkie, a pani idzie z nami na kawę?
Zosia sama nie wie, co ją wtedy podkusiło, ale się zgodziła. Ulotek w tej okolicy już nie wyrzucała po kątach, tylko wpakowała do plecaka i wrzuciła do zsypu po drodze z kawy, nauczona doświadczeniem.
W kawiarni Jasiek przedstawił ją swoim kolegom, zamówił pizzę i lody. U nich w domu takie rzeczy jadło się tylko na urodziny na codzienne przysmaki pieniędzy nie było, a emerytury ojczym nie pozwalał ruszać, powtarzał, iż na czarną godzinę, jakby mu się coś stało.
Tak naprawdę ojczym miał wcale niezłą pensję, ale spora część szła na wiecznie psującego się malucha, a drugą połowę przepuszczał w totka. Zosia nie narzekała dobrze, iż po chorobie mamy ich z Alą z mieszkania nie wyrzucił, bo to było jego, a maminy lokal sprzedano na leczenie. Marzyło się jej czasem czekolady, cola i pizza, ale jak już coś wpadło, oddawała wszystko siostrze. choćby w kawiarni zapytała Jaśka, czy może zabrać kawałek pizzy dla Ali. Tak ją wtedy spojrzał zdziwiony, ale kupił jej całą pizzę na wynos i wielką czekoladę z orzechami.
Ojczym niepotrzebnie się martwił, iż Jasiek ją skrzywdzi. To był porządny chłopak. Przy nim Zosia tym mocniej odczuwała, ile jej brakuje, aż zaczęła się bardziej przykładać do nauki, znalazła poważniejsze zajęcie pracę w Biedronce na kasie. Tam więcej płacili, mogła kupić sobie i jeansy, i porządną fryzurę, żeby Jasiek się nią chwalił.
Gdy zaprosił ją na działkę pod Warszawą, od razu wiedziała, co się święci, ale się nie bała już nie była dzieckiem. Tak samo ją kochał i ona jego. Najtrudniej było z ojczymem, czy puści. Na szczęście ojczym coraz później się pokazywał w domu, a potem czasem wcale. Zosia domyślała się, gdzie przesiaduje u ciotki Krysi, pielęgniarki z ich bloku. Krysi nie bardzo chciało się wiązać z mężczyzną, co już miał dwie dziewczyny z pierwszego małżeństwa, sama raz była żonata i rozwiedziona, ale teraz już poddała się jego nieporadnym staraniom.
Zosi się to opłacało, chociaż Ala się buntowała i płakała, jak się dowiedziała, iż zostanie sama na noc. Ale Zosia wypraszała dla niej czekoladę, chipsy i Fanta i Ala się w końcu godziła.
To, iż jest w ciąży, Zosia odkryła późno. Miała cykl zawsze rozregulowany, nie bardzo go pilnowała, bo przecież kto by ją o tym uczył? Dopiero druga kasjerka, pani Weronika, zapytała z uśmiechem:
Zosiu, czemu tak promieniejesz, okrąglejsza się zrobiłaś nie przypadkiem w błogosławionym stanie?
Trochę się pośmiały, ale wieczorem Zosia kupiła test. Kiedy zobaczyła dwie kreski, nie wierzyła niemożliwe, aż tak pechowa nie jest!
Jaśkowi nie było wesoło. Powiedział, iż to kiepski moment i wcisnął jej parę stówek na lekarza. Zosia przepłakała całą noc, a potem poszła. Okazało się, iż za późno szesnaście tygodni. Działka była winna! A ona myślała, iż od pierwszego razu to się tak nie zdarza.
Przez jakiś czas dało się ukrywać ciążę, ale brzuch rósł jak drożdże. W końcu się przyznała.
Ale się działo!
Gdzie jest ten twój chłopak? Zamierza się żenić? darł się ojczym.
Zosia spuściła wzrok. Jaśka nie widziała od miesiąca, odkąd usłyszał, iż dziecka nie da się wymazać rozpłynął się jak kamfora.
No proszę mruknął ojczym. Ostrzegałem cię, Zosiu
Nie od razu powiedział, co dalej. Pewnie konsultował się z ciotką Krysią.
Skoro już tak wyszło rodź. Ale dziecko zostawić musisz w szpitalu, nie potrzebuję kolejnej gęby do wykarmienia. Sprawa wygląda tak… Żenię się, Zosiu. Krysia też w ciąży. Bliźniaki będą. Rozumiesz, troje niemowląt pod jednym dachem dramat.
Jak to ona tu będzie mieszkać? Zosia zszokowana.
No pewnie! Żona, to gdzie ma mieszkać?!
Wyglądało to na żart, ale ojczym żartów nie robił. Codziennie powtarzał, iż wyrzuci je z Alią na bruk, jeżeli tylko Zosia przyprowadzi dziecko do domu. Zosia wiedziała, iż powtarza słowa ciotki Krysi, ale to nie zmieniało sprawy nie potrafiła zostawić córeczki.
Nie martw się mówiła ciotka Krysia takie dzieci gwałtownie znajdują nowych rodziców, rozchodzą się jak świeże bułeczki, pokochają ją jak własną.
Zosia płakała, dzwoniła do Jaśka, próbowała wymyślić, gdzie zamieszkać z siostrą i dzieckiem, ale nie szło. Wtedy Weronika podeszła do sprawy życiowo pokazała jej parę, która stale chodziła w czerni.
Patrz, tyle lat minęło, a oni wciąż w żałobie. Poświęcili życie smutkowi… Czemu nie postarają się o nowe dziecko? Albo adoptują.
Zosia kojarzyła ich sympatyczni, choć twarze trochę smutne, nie wiedziała jednak, o co chodzi. Weronika wyjaśniła:
Córka im zginęła w wypadku, był szum autobus z dzieciakami, jechali na wycieczkę do Lublina, kierowca zasnął. On zginął i dziewczynka też. Szkoda. Ludzie dobrzy on lekarz, ona uczy angielskiego. Kiedyś mieszkałam obok. Wszyscy znosili jej aniołki córka na wycieczce kupiła figurkę anioła i trzymała ją w ręku tuż przed wypadkiem. Z trudem ją odzyskali. Ktoś wpadł, by dawać aniołki matce. Obawiałam się, iż to tylko pogłębi jej rozpacz, ale chyba jej to pomogło.
Zosia pamiętała z jakiegoś polskiego filmu, jak kobieta przekazuje swoje dziecko ludziom, którzy nie mogli mieć własnego. Ci jednak mogli, raczej nie chcieli, ale nie wiedzieć czemu często o nich myślała. Była już w ósmym miesiącu, przez cały czas pracowała, nie chciała stracić etatu. Pewnego dnia, gdy ta para stanęła przy jej kasie, pan powiedział:
Droga pani, chyba pora na urlop macierzyński! Zaraz tu pani urodzi między jogurtami.
Nie narzekała, ale faktycznie ledwie się trzymała plecy bolały, zgaga dokuczała, nogi jak balony. Nikt nie zapytał, jak się czuje tylko lekarka z przychodni czasem coś burknęła. Ta troska była tak wzruszająca, iż pocałowała ich wzrokiem ostatnio często tak miała.
Dwa dni później, gdy wracała ze sklepu z siatką, dogonił ją ten pan i zaproponował pomoc w niesieniu. Zosia poczuła się nieco niezręcznie, ale i mile. W sumie, uczciwy człowiek.
Aniołka zobaczyła w witrynie na letniej wyprzedaży ani wiosna, ani aniołki nie w modzie. Poddała się impulsowi, kupiła figurkę, wzięła od Weroniki adres i poszła.
Przed wciśnięciem dzwonka przestraszyła się może to niezręczne, tyle lat minęło? Mało kto już im przynosi figurki.
Drzwi otworzyła pani, która chyba od razu ją rozpoznała. Zosia pospiesznie rozluźniła dłoń i wręczyła aniołka, chowając wzrok spodziewała się, iż zaraz ją wygoni, może jeszcze ochrzani.
Ale nic z tego. Kobieta przyjęła aniołka, uśmiechnęła się.
Wejdź. Napijesz się herbaty?
Przy herbacie spokojnie wyłożyła Zosi wszystko, co opowiadała już Weronika, ale z ust tej pani brzmiało to o wiele mocniej.
Zosia szepnęła po cichu:
Dlaczego nie zdecydowaliście się na kolejne dziecko?
Miałam bardzo ciężki poród. Musieli mi wszystko wyciąć. Nie było już szans.
Zapadła niezręczność czy wolno jej pytać o adopcję? Język zamilkł.
Myśleliśmy o adopcji powiedziała kobieta, jakby czytała jej myśli. Przeszliśmy szkolenie. W ostatniej chwili nie dałam rady. Prosiłam córkę o znak ale nie wydarzyło się nic. Totalnie nic.
W tej chwili w pokoju zabrzęczało szkło, jakby szklanka spadła. Kobieta drgnęła, Zosia spojrzała zaskoczona myślała, iż są same.
Weszły do salonu. Zosia spodziewała się mrocznego klimatu, zdjęcia, zniczy ale gdzie tam! Jedna fotka, jasne wnętrze, masa aniołków. Jeden leżał na podłodze, rozbity. Kobieta długo patrzyła na kawałki.
To ta sama figurka. Jej.
Policzki Zosi rozgorzały. jeżeli to nie znak, to co?
Córeczkę urodziła w terminie. W tym czasie ciotka Krysia już mieszkała z nimi w mieszkaniu i też urodziła bliźniaki, wcześniaki. Dzieci jeszcze były w szpitalu, zaraz miał się zacząć domowy harmider, łóżeczka były już gotowe dwie białe, na kokosowych materacach. Dla dziecka Zosi nie było nic, miała je zostawić w szpitalu. Tylko Ala po wieczorach szepnęła:
A nie możesz jej gdzieś ukryć? Żeby nie wiedzieli, iż to twoja dziewczynka. Ja ci pomogę.
Od tych słów Zosia miała łzy pod powiekami, ale przy Ali się nie rozklejała.
Treść listu przygotowała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, iż jest zdrowe, więc nie trzeba się martwić. Przypomniała o znaku o upadłej figurce. Do koperty włożyła całą swoją odłożoną emeryturę. Powinno wystarczyć to dobrzy ludzie.
Ze szpitala wypisywali ją rano, ale podrzucić noworodka w biały dzień straszne. Cały dzień siedziała w galerii handlowej, chociaż bolało ją wszystko. Najważniejsze było, by znaleźć kochających rodziców dla córeczki.
Gdy galeria zamknęła się, jeszcze godzinę przesiedziała na ławce, na szczęście było ciepło. Dopiero po zmroku odważyła się wejść do klatki, prześlizgnęła się, gdy jakiś pan z psem wychodził na spacer.
Córeczkę miała w nosidełku, kupionym z własnych pieniędzy, Weronika przyniosła je do szpitala, nie zadawała pytań. Ustawiła nosidełko u drzwi tak, żeby nikt nie potrącił, a pod kocykiem ukryła kopertę z listem i pieniędzmi. Chciała zadzwonić i uciec, ale zanim zdążyła, drzwi się otworzyły. Na progu stał pan, tata zmarłej dziewczynki.
Co tu robisz?
Zosia aż podskoczyła.
Wtedy pan zauważył nosidełko.
Co to jest?
Poleciały łzy. I Zosia opowiedziała wszystko o Jaśku, który się zmył, o ojczymie, który ją i Alię przez siedem lat utrzymywał, ale teraz się żenił i ma bliźniaki, o ciotce Krysi, która wymyśliła, żeby Zosia zostawiła córeczkę w szpitalu.
On wysłuchał, a potem rzekł:
Gienia już śpi, nie będę jej budził. Rano pogadamy. Chodź, pościelę ci w salonie.
Spać z tuzinem aniołków wokół nie było łatwo. Ale Zosia zasnęła szybko, tuliła córeczkę mocno.
Obudziła się niespokojna. Córeczki nie było obok. W tej sekundzie poczuła, iż nigdy nie da rady się z nią rozstać. Nigdy! Miała ochotę biec po całym domu, szukać, zabrać…
Zerwała się z łóżka, ale zanim zdążyła się ruszyć, do pokoju weszła Gienia, żona pana.
Trzymaj uśmiechnęła się. Już się najadła, tylko ją bujałam, chciałam, żebyś się przespała, ale długo to nie potrwa.
Gdy Zosia karmiła małą, była zażenowana, nie umiała spojrzeć Gieni w oczy. Co powiedział jej mąż? A jeżeli chcą adoptować dziecko? Jak tu powiedzieć, iż ona zmieniła zdanie?
Ile lat ma twoja siostra? zapytała nagle Gienia.
Dwanaście odpowiedziała Zosia zdziwiona.
Myślisz, iż zgodzi się u nas zamieszkać?
To było takie dziwne pytanie, iż Zosia przełknęła ślinę.
Co takiego? wydukała.
No, Staszek wszystko mi powiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, ojczym was wyrzuca. Myślę, iż jeżeli siostra zostanie tam, zrobią z niej służącą. Niech też u nas zamieszka.
Też co znaczy też? wyszeptała Zosia.
Gienia spojrzała na posklejaną figurkę aniołka stojącą przy zdjęciu córki.
To był pewnie znak. Że musimy wam pomóc odpowiedziała spokojnie. Tu jest dużo miejsca. Przeprowadzajcie się do nas. Pomogę ci przy dziecku. I zapamiętaj nigdy nie rozdziela się matki i dziecka.
Zosi zrobiło się tak radośnie i tak wstyd, iż aż się spłonęła znowu.
No, zgadzasz się?
Zosia skinęła gwałtownie głową, chowając twarz w kocyku córeczki, żeby Gienia nie zobaczyła jej łezZosia nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać. Miała ochotę uściskać Gienię, ale jak tu rzucić się w ramiona niemal obcej kobiecie? A jednak, kiedy Gienia położyła jej dłoń na ramieniu, wszystko się jakoś poukładało. Może dlatego, iż w domu pachniało ciastem, a na parapecie leżało tyle aniołków każdy inny, każdy przyniesiony przez kogoś z nadzieją.
Zgadzam się, powiedziała cicho. Bardzo.
Gienia tylko się uśmiechnęła. No to zaczynamy od początku, Zosiu.
Nazajutrz Zosia zadzwoniła do Alii bała się, iż siostra nie będzie miała odwagi ruszyć z domu, ale Ala ucieszyła się tak bardzo, iż przez chwilę obie milczały, wzruszone aż po łzy. Wieczorem wszystkie siedziały przy stole: Zosia, malutka córeczka, Ala, Gienia i pan Staszek. Na stole stało ciasto z orzechami, dla Ali znalazła się najnowsza czekolada, a Zosia pierwszy raz od miesięcy poczuła, iż jest na swoim miejscu.
Od tamtego dnia dom zapełnił się śmiechem, dziecięcym gaworzeniem, cichymi rozmowami przy herbacie. Ala znalazła ciepło, którego zawsze jej brakowało. Zosia miała pomoc przy dziecku, skończyła szkołę, z czasem choćby zdała maturę.
Figurka aniołka, sklejona nieudolnie, stała na półce a Gienia powtarzała, iż niektóre znaki dostajemy po to, żeby zacząć życie na nowo.
Nigdy nie rozdziela się matki i dziecka, powtarzała Zosia, gdy tuliła córeczkę przed snem. Nigdy też nie oddała już tego, co wreszcie dostała własny dom, własną rodzinę, własną nadzieję.
A aniołek na półce patrzył na nie wszystkich, uśmiechając się nieco krzywo, ale przecież pięknie tak właśnie jak życie.







