Nikomu cię nie oddam. Opowiadanie. Ojczym nigdy ich nie skrzywdził. Przynajmniej nigdy nie wytykał kromki chleba ani nie złościł się o naukę, tylko czasem krzyczał na Anię, gdy wracała później, niż powinna. — Obiecałem twojej mamie, iż będę na ciebie uważać! – wrzeszczał, gdy Ania próbowała nieśmiało tłumaczyć, iż jest już dorosła. – Ja lepiej wiem, co możesz robić, a czego nie! Myślisz, iż jak masz maturę, to wszystko ci wolno? Najpierw znajdź porządną pracę, a potem graj dorosłą! Potem, gdy nieco ochłonął, mówił już spokojniej: — Przecież on cię zostawi, nie widziałem, kto cię odwozi? Samochód drogi, twarz przystojna, po co mu taka zwykła dziewczyna jak ty, Aniu? Jeszcze będziesz płakać, zapamiętaj moje słowa. Ania nie wierzyła ojczymowi. Olek był przystojny, studiował na trzecim roku na prywatnej uczelni, a ona sama chętnie by tam studiowała, gdyby ją było stać. Nie dostała się na konkursie, więc poszła do technikum, gdzie jej się nie podobało, rozdawała ulotki, roznosiła gazety, a głównie przygotowywała się do egzaminów na następny rok. Tak poznała Olka – podała mu ulotkę, wziął najpierw jedną, później drugą, trzecią, i zaproponował: — Dziewczyno, może dam ci spokój z ulotkami, a ty pójdziesz z nami do kawiarni? Nie wiadomo, co ją wtedy podkusiło – zgodziła się. Już nauczona, ulotki z tego rejonu nie wyrzuciła do śmieci, chciała je potem wrzucić do zsypu wracając z kawiarni. W kawiarni Olek przedstawił ją swoim znajomym, częstował pizzą i lodami. Ona i siostra takie przysmaki miały tylko w urodziny – pieniędzy nie było, a ojczym nie pozwalał ruszać babcinej emerytury, mówiąc, iż trzeba ją zostawić na czarną godzinę. Naprawdę miał niezłą pensję, ale połowę wydawał na samochód, który ciągle się psuł, a resztę przegrywał. Ania nie narzekała — chwała mu, iż ich z Alą nie wyrzucił z mieszkania. Mieszkanie było jego, a mamine sprzedali, gdy chorowała. Oczywiście chciałyby słodyczy, pizzy, napojów, ale jak już coś dostała, oddawała wszystko siostrze. W kawiarni spytała Olka, czy może wziąć kawałek pizzy dla Ali. Popatrzył na nią zdziwiony, ale kupił jej całą pizzę i dużą czekoladę z orzechami do domu. Ojczym niepotrzebnie się martwił — Olek był dobry. Przy nim Ania jeszcze bardziej czuła swoją nieporadność, zaczęła pilniej przygotowywać się do egzaminów, znalazła normalną pracę — kasjerkę w sklepie. Tam płacili nieźle, kupiła sobie porządne dżinsy i fryzurę u prawdziwej fryzjerki, by Olek był z niej dumny. Kiedy zaprosił ją na działkę, Ania wiedziała, co się wydarzy, ale się nie bała — nie była już dzieckiem. Kochali się przecież. Bała się tylko, iż ojczym jej nie wypuści, ale on sam coraz później wracał do domu, czasem zupełnie znikał. Ania wiedziała gdzie – u cioci Luśki, pielęgniarki z ich osiedla, dawno jej się podobał, ona też już po rozwodzie, choć niechętnie wiązała się z facetem z dwoma dziewczynami, ale w końcu uległa jego nieporadnym zalotom. Taki układ Ani był na rękę, choć Ala płakała, kiedy dowiedziała się, iż zostaje sama na noc, ale Ania kupiła jej czekoladę, chipsy, napój, więc pogodziła się z losem. O tym, iż jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno. Nigdy się tym nie przejmowała, nikt jej nie uczył liczyć dni. Koleżanka z kasy, Pani Weronika, zażartowała: — Coś ty cała promieniejesz, brzuchol ci rośnie — może w ciąży jesteś? Śmiali się, ale wieczorem Ania kupiła test. Dwie kreski! Nie mogła uwierzyć… Olek nie był zachwycony. Powiedział, iż nie w porę, dał jej kasę na lekarza. Ania całą noc przepłakała, poszła do lekarza, ale było już za późno — szesnasty tydzień. Na działce się to stało, a ona myślała, iż po pierwszym razie nie zajdzie. Przez jakiś czas udało się ukrywać wszystko przed ojczymem, ale brzuch rósł jak na drożdżach, musiała się przyznać. Jak on wtedy krzyczał! — Gdzie ten twój chłopak? Zamierza się z tobą żenić? Ania spuściła wzrok. Olka od miesiąca nie widziała — kiedy dowiedział się, iż dziecka nie da się usunąć, zniknął. — No tak — westchnął ojczym. — Ostrzegałem cię, Aniu… Nie powiedział od razu, pewnie naradził się z ciocią Luśką. — Skoro już tak wyszło — urodź. Ale dziecko zostawisz w szpitalu, nie potrzebuję dodatkowej gęby do wykarmienia. Bo… żenię się, Aniu. Luśka też w ciąży — bliźniaki. Rozumiesz, troje maluchów w jednym domu to przesada. — Ona tu będzie mieszkać? – zdziwiła się Ania. — A gdzie? Żona przecież, gdzie ma iść? Wydawało się, iż żartuje, ale nie — stale powtarzał to samo, groził wyrzuceniem jej z siostrą, jeżeli przyjdzie z dzieckiem. Ania wiedziała, iż to nie jego słowa, powtarza, co Luśka mu wmawia. Ale to nic nie zmieniało — nie mogła oddać dziecka. — Nie martw się — powiedziała ciocia Luśka — takie maluchy idą jak świeże bułeczki, zaraz ktoś go pokocha jak własne. Ania płakała, dzwoniła do Olka, próbowała wymyślić, gdzie się schronić z siostrą i dzieckiem, ale nic nie wymyśliła. I wtedy pewnego dnia Weronika odezwała się, wskazując parę w czarnych ubraniach: — Niesamowite, ciągle czarny noszą. Całe życie żałobą żyć, nie wiem… Mogli urodzić kolejne dziecko, albo adoptować. Tę parę Ania często widywała, razem lub osobno. Byli uprzejmi, mieli sympatyczne choć smutne twarze, nie wiedziała, co ich spotkało. — U nich córka zginęła, pamiętasz, była głośna sprawa — rozbił się bus z dziećmi. Jechali na wycieczkę do innego miasta, kierowca zasnął. On zginął i ich dziewczynka. A ludzie dobrzy — lekarz i anglistka. Mieszkałam obok, gdy byłam mężatką. Wszyscy wtedy chodzili do nich z aniołkami. Córka kupiła na wycieczce figurkę aniołka, trzymała ją w ręce. Ledwo odzyskali. Nie wiem, kto pierwszy przyniósł im aniołka, a potem już wielu. Bałam się, iż jej to zaszkodzi, ale chyba pomagało. W jednym z filmów Ania widziała, jak dziewczyna oddała swoje dziecko parze, która nie mogła mieć własnych. Ci podobno dzieci mieć mogli, pewno nie chcieli, ale Ania o nich ciągle myślała. Była już w ósmym miesiącu, przez cały czas pracowała, by nie stracić pracy, i akurat para stanęła u jej kasy. Mężczyzna powiedział: — Kochana, chyba pora na urlop macierzyński? Jeszcze tu urodzisz. Ania nie narzekała, ale było jej ciężko – plecy bolały, zgaga męczyła, nogi puchły. Nikt nie pytał jak się czuje, tylko lekarka narzekała. Ta troska wzruszyła ją — od razu miała łzy w oczach. Potem, dwa dni później, gdy po pracy szła do domu z siatką zakupów, ten mężczyzna ją dogonił, pomógł nieść. Ania poczuła się niezręcznie, ale też miło. Pomyślała, iż jest dobrym człowiekiem. Aniołka zobaczyła w wystawie sklepu — była przecena, lato w pełni, figurki nie cieszyły się powodzeniem. Uległa impulsowi, kupiła, wzięła adres od Weroniki i poszła. Gdy zadzwoniła do drzwi, zlękła się — tyle lat minęło, może nie wypada? Mało kto teraz przynosi im anioły. Otworzyła jej drzwi kobieta. Wydawało się, iż ją rozpoznała, bo brwi podniosła ze zdumienia. Ania gwałtownie wyciągnęła figurkę, spuszczając głowę, bała się, iż kobieta zamknie drzwi lub nakrzyczy. Nic takiego się nie stało. Kobieta wzięła aniołka, uśmiechnęła się: — Wejdź. Napijesz się herbaty? Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ani ich historię, którą ta już słyszała, ale z ust tej kobiety wszystko zabrzmiało boleśnie i szczerze. — Czemu nie mieliście więcej dzieci? – półszeptem zapytała Ania. — Ciężki poród. Musieli mi usunąć macicę. Nie mogłam już rodzić. Zrobiło się niezręcznie — co ona ma prawo pytać o cudze życie? Chciała zapytać o adopcję, ale nie umiała. — Myśleliśmy o adopcji — powiedziała kobieta, jakby czytała w myślach — choćby przeszliśmy kurs dla adopcyjnych rodziców. Ale w ostatniej chwili zrezygnowałam. Prosiłam córkę o znak. Nic się nie wydarzyło, zupełnie nic. Właśnie wtedy w pokoju zabrzmiał brzęk szkła — jakby szklanka spadła na podłogę. Kobieta zadrżała, Ania spojrzała w tamtą stronę, myśląc, iż nikogo więcej w mieszkaniu nie ma. Wyszły razem do salonu. Bała się, iż zastanie coś w rodzaju kapliczki — ciemność, świece, zdjęcia. Ale nie, zdjęcie córki było tylko jedno, pokój rozświetlony, bez świec — tylko aniołki wszędzie. Jeden leżał na ziemi, rozbity. Kobieta podniosła fragmenty porcelany, długo się przyglądała, po czym powiedziała: — To ta figurka. Jej. Ania poczuła rumieniec. Co to — jeżeli nie znak? Córeczkę urodziła w terminie. Do tej pory ciocia Luśka mieszkała już z nimi i też urodziła, przed czasem. Dzieci były w szpitalu, miały niebawem wyjść, już kupili dwa białe łóżeczka z kokosowymi materacami. Dla jej dziecka nikt nic nie kupował, miała zostawić je w szpitalu. Tylko Ala szeptała wieczorami: — A nie można jej gdzieś schować? By nie wiedzieli, iż twoja córeczka jest tu? Pomogę ci. Słowa te wzruszały Anię do łez, ale przy siostrze się hamowała. Treść listu przygotowała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, iż jest zdrowe i nie muszą się martwić. Przypomniała też o znaku — rozbitej figurce. Włożyła wszystkie uzbierane pieniądze w kopercie. Powinno wystarczyć — przecież są dobrzy. Ze szpitala wypisywali rano — ale podrzucić dziecko w dzień się bała. Cały dzień przesiedziała w centrum handlowym, choć było jej ciężko, kręciło się w głowie. Liczyła się jednak miłość do córeczki, której musiała znaleźć dom. Gdy centrum zamknęli, godzinę siedziała jeszcze na ławce, dobrze, iż było ciepło. Gdy w mieście zapanował zmierzch, weszła do klatki, gdy pan z psem wychodził na spacer. Córeczkę miała w nosidełku, kupionym za własne pieniądze, pani Weronika przyniosła na wypis. Teraz postawiła nosidełko pod drzwiami, wsunęła pod koc list z pieniędzmi i już miała zadzwonić i uciekać, ale drzwi nagle się otworzyły. W progu stanął ojciec zmarłej dziewczynki. — Co ty tu robisz? Ania aż podskoczyła ze strachu. Dostrzegł nosidełko. — Co to? Łzy same popłynęły. Ania opowiedziała wszystko — o Olku, który ją zostawił, o ojczymie, który ich utrzymywał już siedem lat, a teraz się żeni i ma bliźniaki, o cioci Luśce, która wymyśliła, iż napisze odmowę w szpitalu. Wysłuchał uważnie, potem powiedział: — Galia już śpi, nie chcę jej budzić. Pogadamy rano. Chodź, pościelę ci w salonie. Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwnie. Ale Ania zasnęła od razu, przytulając córeczkę do serca. Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. Zrozumiała, iż nie zdoła jej oddać, nigdy, już chciała biec, szukać, zabrać ją… Podskoczyła, ale zanim zdążyła zrobić krok, weszła Galia. Miała w ramionach dziewczynkę. — Proszę — uśmiechnęła się. – Musisz ją nakarmić, lulam ją trochę, chciałam, żebyś się wyspała, ale długo to nie potrwa. Gdy Ania karmiła córkę, nie śmiała podnieść wzroku na Galię. Co powiedział jej mąż? Może już zdecydowali, iż ją adoptują? Jak powiedzieć, iż zmieniła zdanie? — Ile lat ma twoja siostra? — nagle zapytała Galia. — Dwanaście — odpowiedziała Ania w zdziwieniu. — Myślisz, iż zgodzi się z nami zamieszkać? To pytanie było tak nieoczekiwane, iż Ania spojrzała na Galię. — Co? — nie zrozumiała. — Sławek wszystko mi opowiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, iż ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jak zostanie tam siostra, zrobią z niej służącą. Niech też u nas zamieszka. — Co to znaczy „też”? — wydukała Ania. Galia wskazała sklejonego aniołka przy zdjęciu – wyglądał dziwnie, ale można go było rozpoznać. — Myślę, iż to był znak. Powinniśmy ci pomóc – powiedziała spokojnie. – Rozmawialiśmy, mamy miejsce, przeprowadzicie się do nas. Pomogę ci z córeczką. Porzuć głupoty. Nie wolno rozdzielać matki i dziecka. Ani zrobiło się tak radośnie i tak wstyd, iż znów się zaczerwieniła. — Więc się zgadzasz? Ania kiwnęła głową, chowając twarz w kocu córeczki, by Galia nie widziała łez…

newskey24.com 6 godzin temu

Nikomu nie oddam. Opowieść.

Ojczym zasadniczo nie dokuczał dziewczynom. Chleba nie wyliczał, za oceny się nie czepiał, tylko jak Zosia wracała później niż powinna, to potrafił zrobić porządną awanturę.

Obiecałem twojej matce, iż będę miał na ciebie oko! krzyczał, gdy Zosia niepewnie przypominała, iż przecież jest już pełnoletnia. I ja najlepiej wiem, co jest ci wolno, a co nie! Co, dorosła jesteś? Matura i już wszystko można? Najpierw znajdź sobie porządną pracę, a potem rób z siebie panią dorosłą!

Potem, trochę ochłonąwszy, mówił już spokojniej:

Przecież on cię zostawi, zobaczysz! Ja już widziałem, kto cię podwozi. Auto z wyższej półki, przystojniak, po co mu taka zwykła dziewczyna jak ty, Zosiu? Będziesz potem płakać, zapamiętaj moje słowa.

Zosia nie wierzyła ojczymowi. Jasiek był przystojny, studiował na trzecim roku politechniki, na płatnym zresztą ona też chętnie by studiowała na płatnym, gdyby tylko się dostała. Ale ona nie przeszła, w technikum się jej nie podobało, więc rozdawała ulotki albo gazetki, a tak najbardziej przygotowywała się do matury po raz drugi. Tak właśnie poznała Jaśka podała mu ulotkę, a on wziął jedną, drugą, trzecią i powiedział:

Pani, niech będzie tak biorę wszystkie, a pani idzie z nami na kawę?

Zosia sama nie wie, co ją wtedy podkusiło, ale się zgodziła. Ulotek w tej okolicy już nie wyrzucała po kątach, tylko wpakowała do plecaka i wrzuciła do zsypu po drodze z kawy, nauczona doświadczeniem.

W kawiarni Jasiek przedstawił ją swoim kolegom, zamówił pizzę i lody. U nich w domu takie rzeczy jadło się tylko na urodziny na codzienne przysmaki pieniędzy nie było, a emerytury ojczym nie pozwalał ruszać, powtarzał, iż na czarną godzinę, jakby mu się coś stało.

Tak naprawdę ojczym miał wcale niezłą pensję, ale spora część szła na wiecznie psującego się malucha, a drugą połowę przepuszczał w totka. Zosia nie narzekała dobrze, iż po chorobie mamy ich z Alą z mieszkania nie wyrzucił, bo to było jego, a maminy lokal sprzedano na leczenie. Marzyło się jej czasem czekolady, cola i pizza, ale jak już coś wpadło, oddawała wszystko siostrze. choćby w kawiarni zapytała Jaśka, czy może zabrać kawałek pizzy dla Ali. Tak ją wtedy spojrzał zdziwiony, ale kupił jej całą pizzę na wynos i wielką czekoladę z orzechami.

Ojczym niepotrzebnie się martwił, iż Jasiek ją skrzywdzi. To był porządny chłopak. Przy nim Zosia tym mocniej odczuwała, ile jej brakuje, aż zaczęła się bardziej przykładać do nauki, znalazła poważniejsze zajęcie pracę w Biedronce na kasie. Tam więcej płacili, mogła kupić sobie i jeansy, i porządną fryzurę, żeby Jasiek się nią chwalił.

Gdy zaprosił ją na działkę pod Warszawą, od razu wiedziała, co się święci, ale się nie bała już nie była dzieckiem. Tak samo ją kochał i ona jego. Najtrudniej było z ojczymem, czy puści. Na szczęście ojczym coraz później się pokazywał w domu, a potem czasem wcale. Zosia domyślała się, gdzie przesiaduje u ciotki Krysi, pielęgniarki z ich bloku. Krysi nie bardzo chciało się wiązać z mężczyzną, co już miał dwie dziewczyny z pierwszego małżeństwa, sama raz była żonata i rozwiedziona, ale teraz już poddała się jego nieporadnym staraniom.

Zosi się to opłacało, chociaż Ala się buntowała i płakała, jak się dowiedziała, iż zostanie sama na noc. Ale Zosia wypraszała dla niej czekoladę, chipsy i Fanta i Ala się w końcu godziła.

To, iż jest w ciąży, Zosia odkryła późno. Miała cykl zawsze rozregulowany, nie bardzo go pilnowała, bo przecież kto by ją o tym uczył? Dopiero druga kasjerka, pani Weronika, zapytała z uśmiechem:

Zosiu, czemu tak promieniejesz, okrąglejsza się zrobiłaś nie przypadkiem w błogosławionym stanie?

Trochę się pośmiały, ale wieczorem Zosia kupiła test. Kiedy zobaczyła dwie kreski, nie wierzyła niemożliwe, aż tak pechowa nie jest!

Jaśkowi nie było wesoło. Powiedział, iż to kiepski moment i wcisnął jej parę stówek na lekarza. Zosia przepłakała całą noc, a potem poszła. Okazało się, iż za późno szesnaście tygodni. Działka była winna! A ona myślała, iż od pierwszego razu to się tak nie zdarza.

Przez jakiś czas dało się ukrywać ciążę, ale brzuch rósł jak drożdże. W końcu się przyznała.

Ale się działo!

Gdzie jest ten twój chłopak? Zamierza się żenić? darł się ojczym.

Zosia spuściła wzrok. Jaśka nie widziała od miesiąca, odkąd usłyszał, iż dziecka nie da się wymazać rozpłynął się jak kamfora.

No proszę mruknął ojczym. Ostrzegałem cię, Zosiu

Nie od razu powiedział, co dalej. Pewnie konsultował się z ciotką Krysią.

Skoro już tak wyszło rodź. Ale dziecko zostawić musisz w szpitalu, nie potrzebuję kolejnej gęby do wykarmienia. Sprawa wygląda tak… Żenię się, Zosiu. Krysia też w ciąży. Bliźniaki będą. Rozumiesz, troje niemowląt pod jednym dachem dramat.

Jak to ona tu będzie mieszkać? Zosia zszokowana.

No pewnie! Żona, to gdzie ma mieszkać?!

Wyglądało to na żart, ale ojczym żartów nie robił. Codziennie powtarzał, iż wyrzuci je z Alią na bruk, jeżeli tylko Zosia przyprowadzi dziecko do domu. Zosia wiedziała, iż powtarza słowa ciotki Krysi, ale to nie zmieniało sprawy nie potrafiła zostawić córeczki.

Nie martw się mówiła ciotka Krysia takie dzieci gwałtownie znajdują nowych rodziców, rozchodzą się jak świeże bułeczki, pokochają ją jak własną.

Zosia płakała, dzwoniła do Jaśka, próbowała wymyślić, gdzie zamieszkać z siostrą i dzieckiem, ale nie szło. Wtedy Weronika podeszła do sprawy życiowo pokazała jej parę, która stale chodziła w czerni.

Patrz, tyle lat minęło, a oni wciąż w żałobie. Poświęcili życie smutkowi… Czemu nie postarają się o nowe dziecko? Albo adoptują.

Zosia kojarzyła ich sympatyczni, choć twarze trochę smutne, nie wiedziała jednak, o co chodzi. Weronika wyjaśniła:

Córka im zginęła w wypadku, był szum autobus z dzieciakami, jechali na wycieczkę do Lublina, kierowca zasnął. On zginął i dziewczynka też. Szkoda. Ludzie dobrzy on lekarz, ona uczy angielskiego. Kiedyś mieszkałam obok. Wszyscy znosili jej aniołki córka na wycieczce kupiła figurkę anioła i trzymała ją w ręku tuż przed wypadkiem. Z trudem ją odzyskali. Ktoś wpadł, by dawać aniołki matce. Obawiałam się, iż to tylko pogłębi jej rozpacz, ale chyba jej to pomogło.

Zosia pamiętała z jakiegoś polskiego filmu, jak kobieta przekazuje swoje dziecko ludziom, którzy nie mogli mieć własnego. Ci jednak mogli, raczej nie chcieli, ale nie wiedzieć czemu często o nich myślała. Była już w ósmym miesiącu, przez cały czas pracowała, nie chciała stracić etatu. Pewnego dnia, gdy ta para stanęła przy jej kasie, pan powiedział:

Droga pani, chyba pora na urlop macierzyński! Zaraz tu pani urodzi między jogurtami.

Nie narzekała, ale faktycznie ledwie się trzymała plecy bolały, zgaga dokuczała, nogi jak balony. Nikt nie zapytał, jak się czuje tylko lekarka z przychodni czasem coś burknęła. Ta troska była tak wzruszająca, iż pocałowała ich wzrokiem ostatnio często tak miała.

Dwa dni później, gdy wracała ze sklepu z siatką, dogonił ją ten pan i zaproponował pomoc w niesieniu. Zosia poczuła się nieco niezręcznie, ale i mile. W sumie, uczciwy człowiek.

Aniołka zobaczyła w witrynie na letniej wyprzedaży ani wiosna, ani aniołki nie w modzie. Poddała się impulsowi, kupiła figurkę, wzięła od Weroniki adres i poszła.

Przed wciśnięciem dzwonka przestraszyła się może to niezręczne, tyle lat minęło? Mało kto już im przynosi figurki.

Drzwi otworzyła pani, która chyba od razu ją rozpoznała. Zosia pospiesznie rozluźniła dłoń i wręczyła aniołka, chowając wzrok spodziewała się, iż zaraz ją wygoni, może jeszcze ochrzani.

Ale nic z tego. Kobieta przyjęła aniołka, uśmiechnęła się.

Wejdź. Napijesz się herbaty?

Przy herbacie spokojnie wyłożyła Zosi wszystko, co opowiadała już Weronika, ale z ust tej pani brzmiało to o wiele mocniej.

Zosia szepnęła po cichu:

Dlaczego nie zdecydowaliście się na kolejne dziecko?

Miałam bardzo ciężki poród. Musieli mi wszystko wyciąć. Nie było już szans.

Zapadła niezręczność czy wolno jej pytać o adopcję? Język zamilkł.

Myśleliśmy o adopcji powiedziała kobieta, jakby czytała jej myśli. Przeszliśmy szkolenie. W ostatniej chwili nie dałam rady. Prosiłam córkę o znak ale nie wydarzyło się nic. Totalnie nic.

W tej chwili w pokoju zabrzęczało szkło, jakby szklanka spadła. Kobieta drgnęła, Zosia spojrzała zaskoczona myślała, iż są same.

Weszły do salonu. Zosia spodziewała się mrocznego klimatu, zdjęcia, zniczy ale gdzie tam! Jedna fotka, jasne wnętrze, masa aniołków. Jeden leżał na podłodze, rozbity. Kobieta długo patrzyła na kawałki.

To ta sama figurka. Jej.

Policzki Zosi rozgorzały. jeżeli to nie znak, to co?

Córeczkę urodziła w terminie. W tym czasie ciotka Krysia już mieszkała z nimi w mieszkaniu i też urodziła bliźniaki, wcześniaki. Dzieci jeszcze były w szpitalu, zaraz miał się zacząć domowy harmider, łóżeczka były już gotowe dwie białe, na kokosowych materacach. Dla dziecka Zosi nie było nic, miała je zostawić w szpitalu. Tylko Ala po wieczorach szepnęła:

A nie możesz jej gdzieś ukryć? Żeby nie wiedzieli, iż to twoja dziewczynka. Ja ci pomogę.

Od tych słów Zosia miała łzy pod powiekami, ale przy Ali się nie rozklejała.

Treść listu przygotowała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, iż jest zdrowe, więc nie trzeba się martwić. Przypomniała o znaku o upadłej figurce. Do koperty włożyła całą swoją odłożoną emeryturę. Powinno wystarczyć to dobrzy ludzie.

Ze szpitala wypisywali ją rano, ale podrzucić noworodka w biały dzień straszne. Cały dzień siedziała w galerii handlowej, chociaż bolało ją wszystko. Najważniejsze było, by znaleźć kochających rodziców dla córeczki.

Gdy galeria zamknęła się, jeszcze godzinę przesiedziała na ławce, na szczęście było ciepło. Dopiero po zmroku odważyła się wejść do klatki, prześlizgnęła się, gdy jakiś pan z psem wychodził na spacer.

Córeczkę miała w nosidełku, kupionym z własnych pieniędzy, Weronika przyniosła je do szpitala, nie zadawała pytań. Ustawiła nosidełko u drzwi tak, żeby nikt nie potrącił, a pod kocykiem ukryła kopertę z listem i pieniędzmi. Chciała zadzwonić i uciec, ale zanim zdążyła, drzwi się otworzyły. Na progu stał pan, tata zmarłej dziewczynki.

Co tu robisz?

Zosia aż podskoczyła.

Wtedy pan zauważył nosidełko.

Co to jest?

Poleciały łzy. I Zosia opowiedziała wszystko o Jaśku, który się zmył, o ojczymie, który ją i Alię przez siedem lat utrzymywał, ale teraz się żenił i ma bliźniaki, o ciotce Krysi, która wymyśliła, żeby Zosia zostawiła córeczkę w szpitalu.

On wysłuchał, a potem rzekł:

Gienia już śpi, nie będę jej budził. Rano pogadamy. Chodź, pościelę ci w salonie.

Spać z tuzinem aniołków wokół nie było łatwo. Ale Zosia zasnęła szybko, tuliła córeczkę mocno.

Obudziła się niespokojna. Córeczki nie było obok. W tej sekundzie poczuła, iż nigdy nie da rady się z nią rozstać. Nigdy! Miała ochotę biec po całym domu, szukać, zabrać…

Zerwała się z łóżka, ale zanim zdążyła się ruszyć, do pokoju weszła Gienia, żona pana.

Trzymaj uśmiechnęła się. Już się najadła, tylko ją bujałam, chciałam, żebyś się przespała, ale długo to nie potrwa.

Gdy Zosia karmiła małą, była zażenowana, nie umiała spojrzeć Gieni w oczy. Co powiedział jej mąż? A jeżeli chcą adoptować dziecko? Jak tu powiedzieć, iż ona zmieniła zdanie?

Ile lat ma twoja siostra? zapytała nagle Gienia.

Dwanaście odpowiedziała Zosia zdziwiona.

Myślisz, iż zgodzi się u nas zamieszkać?

To było takie dziwne pytanie, iż Zosia przełknęła ślinę.

Co takiego? wydukała.

No, Staszek wszystko mi powiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, ojczym was wyrzuca. Myślę, iż jeżeli siostra zostanie tam, zrobią z niej służącą. Niech też u nas zamieszka.

Też co znaczy też? wyszeptała Zosia.

Gienia spojrzała na posklejaną figurkę aniołka stojącą przy zdjęciu córki.

To był pewnie znak. Że musimy wam pomóc odpowiedziała spokojnie. Tu jest dużo miejsca. Przeprowadzajcie się do nas. Pomogę ci przy dziecku. I zapamiętaj nigdy nie rozdziela się matki i dziecka.

Zosi zrobiło się tak radośnie i tak wstyd, iż aż się spłonęła znowu.

No, zgadzasz się?

Zosia skinęła gwałtownie głową, chowając twarz w kocyku córeczki, żeby Gienia nie zobaczyła jej łezZosia nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać. Miała ochotę uściskać Gienię, ale jak tu rzucić się w ramiona niemal obcej kobiecie? A jednak, kiedy Gienia położyła jej dłoń na ramieniu, wszystko się jakoś poukładało. Może dlatego, iż w domu pachniało ciastem, a na parapecie leżało tyle aniołków każdy inny, każdy przyniesiony przez kogoś z nadzieją.

Zgadzam się, powiedziała cicho. Bardzo.

Gienia tylko się uśmiechnęła. No to zaczynamy od początku, Zosiu.

Nazajutrz Zosia zadzwoniła do Alii bała się, iż siostra nie będzie miała odwagi ruszyć z domu, ale Ala ucieszyła się tak bardzo, iż przez chwilę obie milczały, wzruszone aż po łzy. Wieczorem wszystkie siedziały przy stole: Zosia, malutka córeczka, Ala, Gienia i pan Staszek. Na stole stało ciasto z orzechami, dla Ali znalazła się najnowsza czekolada, a Zosia pierwszy raz od miesięcy poczuła, iż jest na swoim miejscu.

Od tamtego dnia dom zapełnił się śmiechem, dziecięcym gaworzeniem, cichymi rozmowami przy herbacie. Ala znalazła ciepło, którego zawsze jej brakowało. Zosia miała pomoc przy dziecku, skończyła szkołę, z czasem choćby zdała maturę.

Figurka aniołka, sklejona nieudolnie, stała na półce a Gienia powtarzała, iż niektóre znaki dostajemy po to, żeby zacząć życie na nowo.

Nigdy nie rozdziela się matki i dziecka, powtarzała Zosia, gdy tuliła córeczkę przed snem. Nigdy też nie oddała już tego, co wreszcie dostała własny dom, własną rodzinę, własną nadzieję.

A aniołek na półce patrzył na nie wszystkich, uśmiechając się nieco krzywo, ale przecież pięknie tak właśnie jak życie.

Idź do oryginalnego materiału