Nie oddam nikomu. Dziennik.
Mój ojczym nigdy nas nie krzywdził. Przynajmniej nie wytykał każdej kromki chleba, nie narzekał z powodu szkoły, tylko czasem, gdy wracałam później niż zwykle, potrafił nakrzyczeć.
Obiecałem twojej matce, iż będę nad tobą czuwał! wrzeszczał, gdy próbowałam niepewnie tłumaczyć, iż przecież mam już osiemnaście lat. Lepiej wiem, co możesz zrobić, a czego nie! No proszę, dorosła mi się znalazła. Dyplom dostała i myśli, iż wszystko można? Najpierw znajdź normalną pracę, a potem udawaj dorosłą!
Po chwili się uspokajał i mówił już ciszej:
Zostawi cię, zobaczysz. Przecież widzę, kto cię odwozi. Drogi samochód, przystojniak, po co mu ktoś taki zwyczajny jak ty, Aneczka? A później będziesz płakać, jeszcze sobie przypomnisz moje słowa.
Nie wierzyłam ojczymowi. Oczywiście, iż Olek był przystojny i studiował na trzecim roku Uniwersytetu Warszawskiego, tylko iż na płatnych zresztą, ja też bym chętnie studiowała za pieniądze, ale nie dostałam się na bezpłatne, a kolegium okazało się nie dla mnie. Teraz rozdawałam ulotki, roznosiłam gazety i głównie uczyłam się do egzaminów, żeby spróbować jeszcze raz w przyszłym roku. Właśnie wtedy poznałam Olka podałam mu ulotkę, a on wziął jedną, drugą, trzecią i zagadał:
Pani Magdo, może zrobię tak wezmę od pani wszystkie ulotki, ale pani pójdzie z nami do kawiarni?
Nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło, ale się zgodziłam. Już nawykłam, żeby ulotek nie wyrzucać w tym rejonie, więc wepchnęłam je do plecaka i potem, wychodząc z kawiarni, wrzuciłam do zsypu.
W kawiarni, Olek przedstawił mnie swoim znajomym, częstował pizzą i lodami. Takie pyszności jadłam tylko na urodziny pieniędzy u nas nigdy za dużo, a emerytury ojczym nie pozwalał ruszać, powtarzał, żeby odkładać na czarną godzinę, jakby coś się z nim stało.
W rzeczywistości zarabiał całkiem nieźle, ale połowę wypłaty wydawał na samochód, który ciągle się psuł, a resztę przepuszczał na zakłady bukmacherskie. Nigdy nie narzekałam dobrze, iż w ogóle nas z Alą nie wyrzucił z domu, bo przecież mieszkanie było jego, a mamę musiał sprzedać, kiedy zachorowała. Oczywiście, chciałam słodyczy i pizzy, gazowanego napoju, ale odkąd pamiętam, gdy tylko coś lepszego wpadło, oddawałam wszystko Ali. W kawiarni też spytałam Olka, czy mogę zabrać kawałek pizzy dla siostry. Spojrzał zdziwiony, a potem kupił mi całą pizzę na wynos i wielką czekoladę z orzechami.
Ojczym myśli, iż Olek mnie skrzywdzi. Tak nie jest. On był dobrym człowiekiem. Przy nim zaczęłam ostrzej poważnie podchodzić do nauki, żeby zdać egzaminy i dostać się na studia. Znalazłam pracę jako kasjerka w Biedronce tam płacili przyzwoicie, mogłam kupić sobie porządne jeansy i fryzurę u prawdziwego fryzjera, żeby Olek był ze mnie dumny.
Gdy zaprosił mnie na działkę pod Konstancinem, od razu zrozumiałam, co się tam wydarzy, ale nie bałam się przecież nie jestem dzieckiem. Kochaliśmy się. Na początku stresowałam się, iż ojczym mnie nie puści, ale ostatnio sam coraz później wracał, a czasem w ogóle nie pojawiał się w domu. Wiedziałam, gdzie nocuje u cioci Lubki, pielęgniarki z naszej przychodni. Ojczym od dawna się do niej przystawiał, Lubka wcześniej nie chciała mężczyzny z dwoma dziewczynkami z pierwszego małżeństwa, sama też była rozwódką, ale w końcu dała się przekonać jego nieporadnym zalotom.
Mnie to było na rękę, ale Ala wyła, gdy usłyszała, iż zostanie sama na noc. Kupiłam jej czekoladę, chipsy i Fantę pogodziła się ze swoim losem.
O tym, iż jestem w ciąży, dowiedziałam się późno. Zawsze miałam nieregularny cykl, choćby się tym nie przejmowałam, nigdy nikt mnie tego nie uczył. Dopiero druga kasjerka, pani Weronika, zażartowała:
Magda, promieniejesz, brzuszek się zaokrągla może zaciążyłaś?
Śmiałam się, ale wieczorem kupiłam test. Dwie kreski… Nie, to niemożliwe!
Olek nie ucieszył się. Powiedział, iż to nie w porę i dał mi pieniądze na lekarza. Przepłakałam całą noc i poszłam. Okazało się, iż za późno szesnaście tygodni… Czyli stało się tam, na działce. Myślałam, iż za pierwszym razem to niemożliwe.
Przez jakiś czas udawało mi się ukrywać przed ojczymem, ale brzuch rósł. Trzeba było się przyznać.
Jak on krzyczał!
Gdzie ten twój chłopak? Ożeni się z tobą?
Opuściłam oczy. Olka nie widziałam od miesiąca, odkąd dowiedział się, iż dziecko zostanie, zniknął.
No tak powiedział tylko ojczym. Przecież ostrzegałem.
Pewnie najpierw poradził się Lubki.
Skoro już tak wyszło urodzisz. Ale w szpitalu zostawiasz, nie potrzebny mi kolejny głodny. Słuchaj, żenię się, Lubka też w ciąży, bliźniaki będziemy mieli. Wyobrażasz sobie tu troje niemowląt?
Ona tu zamieszka? spytałam zdziwiona.
A gdzie ma mieszkać? Będzie moją żoną, tu jej dom.
Myślałam, iż żartuje. Ale nie. Codziennie to powtarzał, groził, iż wyrzuci mnie i Alę, jeżeli tylko spróbuję przyjść z dzieckiem. Widziałam, iż powtarza to, co mu Lubka wmówiła. Ale nie mogłam zostawić dziecka.
Nie przejmuj się powiedziała mi raz Lubka. Takie niemowlaki idą jak świeże bułeczki, zaraz ktoś adoptuje, będą je kochać jak własne.
Płakałam, dzwoniłam do Olka, myślałam, gdzie mogłabym zamieszkać z Alą i maleństwem, ale nic nie wymyśliłam. Wtedy Weronika, wskazując na małżeństwo, powiedziała:
Tyle lat minęło, a oni wciąż chodzą w czerni. Całe życie poświęcone żałobie… Lepiej urodziliby drugie dziecko. Albo kogoś adoptowali.
Często widywałam tych dwoje w sklepie byli grzeczni, sympatyczni, choć zawsze trochę smutni. Nie wiedziałam, co ich spotkało.
Ich córka zginęła tragicznie. Była taka głośna sprawa… Pojechali na wycieczkę, bus się rozbił, kierowca zasnął. On zginął, córka też. Tacy porządni ludzie on jest lekarzem, ona uczy angielskiego. Mieszkałam obok, jeszcze z mężem. Wtedy wszyscy chodzili z aniołkami do matki, bo jej córka na tej wycieczce kupiła figurkę anioła, trzymała ją w ręce. Udało się ją wydostać. Potem ludzie zaczęli przynosić jej kolejne aniołki myślałam, iż to ją dobije, ale chyba pomagało.
W jednym filmie widziałam, jak dziewczyna oddaje swoje dziecko małżeństwu, które nie może mieć dzieci. Wiedziałam, iż ci państwo mogą, ale nie wiem czemu myślałam o nich. Byłam wtedy już w ósmym miesiącu, przez cały czas pracowałam, nie chciałam tracić miejsca, i akurat para podeszła do mojej kasy, a on powiedział:
Pani Magdo, nie czas już na urlop macierzyński? Jeszcze nam tu na kasie urodzi pani!
Nie narzekałam, choć coraz trudniej mi było pracować plecy bolały, zgaga, nogi puchły po całym dniu. Nikt nigdy nie pytał, jak się czuję, tylko lekarz w przychodni miał pretensje, ale to się nie liczyło. Jego troska tak mnie poruszyła, iż łzy napłynęły mi do oczu ostatnio płakałam często.
Chyba dwa dni później, gdy wracałam z pracy z zakupami w reklamówce, ten pan mnie dogonił i zaproponował pomoc. Poczułam się niezręcznie, ale jednocześnie miło. Był naprawdę porządnym człowiekiem.
Zobaczyłam aniołka w sklepie na wystawie była wyprzedaż, lato w pełni, więc mało kto je kupował. Uległam impulsowi, kupiłam figurkę, a potem poprosiłam Weronikę o adres tych ludzi i poszłam.
Stojąc pod ich drzwiami wystraszyłam się może to nie na miejscu? Może nie powinnam. Pewnie nikt teraz nie przynosi im już aniołów.
Drzwi otworzyła kobieta, od razu mnie rozpoznała, uniosła brwi. gwałtownie wyciągnęłam figurkę z dłoni, głowę schowałam w ramionach bałam się, iż w najlepszym wypadku trzaśnie drzwiami, w najgorszym ochrzani.
Nic z tych rzeczy. Wzięła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała:
Wejdź. Napijesz się herbaty?
Przy herbacie spokojnie opowiedziała mi historię, którą znałam już od Weroniki ale z jej ust brzmiała boleśniej.
Dlaczego nie urodziła Pani kolejnego dziecka? zapytałam cicho.
Po porodzie musieli usunąć mi macicę. Więcej nie mogłam rodzić.
Zrobiło mi się głupio co miałam prawo wtrącać się do czyjegoś życia? Chciałam zapytać o adopcję, ale nie miałam odwagi.
Myśleliśmy o adopcji powiedziała, jakby czytała w moich myślach. choćby przeszliśmy szkolenie dla rodzin adopcyjnych. Ale w ostatniej chwili nie mogłam się zdecydować. Prosiłam córkę o znak… Ale nic się nie wydarzyło.
W tym momencie rozległ się brzęk, jakby szklanka spadła i rozbiła się o podłogę. Kobieta zadrżała, spojrzałam w tamtą stronę myślałam, iż mieszkanie jest puste.
Obydwie weszłyśmy do salonu. Bałam się, iż zobaczę coś w rodzaju mauzoleum ciemno, wszędzie świeczki i zdjęcia. Ale było jasno, jedno zdjęcie, żadnych świec. Tylko mnóstwo aniołków. Jeden z nich leżał na podłodze, rozbity. Kobieta długo oglądała kawałki porcelany, w końcu powiedziała dziwnym głosem:
To ta figura. Od niej.
Spłonęłam ze wstydu. Czy to nie był znak?
Córeczkę urodziłam w terminie. Lubka już mieszkała u nas i też urodziła wcześniej bliźniaki. Dzieci wciąż były w szpitalu, lada dzień mieli je wypuścić, już kupili łóżeczka dwa białe, śliczne, z kokosowymi materacami. Moje dziecko nic nie dostało, miało zostać w szpitalu. Tylko Ala wieczorami pytała cicho:
A nie dałoby się jej gdzieś ukryć? Żeby oni nie wiedzieli, iż jest tu, twoja córeczka. Pomogę ci.
Po tych słowach chciało mi się płakać, ale przy Ali zawsze się powstrzymywałam.
List napisałam wcześniej, długo przemyślałam treść. Wyjaśniłam, iż nie mogę zatrzymać dziecka, ale jest zdrowe, nie muszą się martwić. Dodałam wzmiankę o znaku o aniołku, który się rozbił. Do koperty włożyłam wszystkie zaoszczędzone przez lata pieniądze z emerytury. Powinno wystarczyć, przecież to porządni ludzie.
Ze szpitala wypisywali mnie rano, ale bałam się zostawić dziecko w ciągu dnia. Cały dzień spędziłam w Galerii Mokotów, choć ciężko było siedzieć, kręciło mi się w głowie. Ale wszystko dla mojej córeczki potrzebowała kochających rodziców.
Kiedy centrum handlowe się zamknęło, jeszcze godzinę siedziałam na ławce na szczęście było ciepło. Dopiero gdy zapadł zmierzch, zdecydowałam się wejść do klatki prześlizgnęłam się, gdy jakiś pan z psem wychodził na spacer.
Córeczkę nosiłam w nosidełku, kupiłam je z własnych pieniędzy i poprosiłam Weronikę, żeby przyniosła do szpitala na wypis. Nie zadawała żadnych pytań. Teraz ustawiłam nosidełko tak, by drzwi go nie potrąciły, wsunęłam pod kocyk list z pieniędzmi i już chciałam zadzwonić i uciec, gdy drzwi się otworzyły. Stał w nich ojciec zmarłej dziewczynki.
Co tu robisz?
Aż podskoczyłam ze strachu.
Zobaczył nosidełko.
Co to?
Łzy leciały mi same z oczu. Opowiedziałam wszystko o Olku, który zniknął, gdy dowiedział się o dziecku, o ojczymie, który i tak utrzymywał mnie i Alę siedem lat, a teraz będziemy mieli bliźniaki, o Lubce, która kazała mi zostawiać niemowlę w szpitalu.
Słuchał uważnie, potem powiedział:
Galia już śpi, nie będę jej budził. Rano porozmawiamy. Chodź, pościelę ci w salonie.
Spać w pokoju z dziesiątkami aniołków było dziwnie. Ale zasnęłam od razu, mocno tuląc córeczkę.
Obudziłam się z poczuciem pustki. Córeczki nie było. Zrozumiałam, iż nie mogę jej oddać. Nigdy nie oddam! Chciałam ją znaleźć, odebrać…
Wstałam, ale zanim zdążyłam podejść, weszła Galia. Trzymała dziewczynkę.
Trzymaj uśmiechnęła się. Musisz nakarmić, usypiałam ją, chciałam dać ci się wyspać, ale to nie potrwa długo.
Karmiłam córeczkę, nie mogłam spojrzeć na Galinę. Co powiedział jej mąż? Co jeżeli już podjęli decyzję, iż adoptują dziecko? Jak powiedzieć im, iż się rozmyśliłam?
Ile lat ma twoja siostra? zapytała nagle Galia.
Dwanaście odpowiedziałam z zaskoczeniem.
Myślisz, iż zgodziłaby się tutaj zamieszkać?
Pytanie wydawało się tak dziwne, iż spojrzałam Galii w twarz.
Co? zapytałam zdezorientowana.
Szymon wszystko mi powiedział. Nie macie gdzie mieszkać, ojczym cię wyrzuca. jeżeli Ala tam zostanie, zrobią z niej służącą. Może chce zamieszkać tutaj.
Co znaczy też? załkałam.
Galia spojrzała na aniołka przy zdjęciu sklejony, wyglądał dziwnie, ale można było rozpoznać.
Myślę, iż to był znak. Że mamy wam pomóc stwierdziła po prostu. Postanowiliśmy, iż miejsca jest dość przeprowadzicie się do nas. Pomogę ci z małą. I przestań z tymi głupotami matki nie powinno się rozdzielać z dzieckiem!
Tak się ucieszyłam, a zarazem wstydziłam policzki mi się rozgrzały.
Więc co, zgadzasz się?
Kiwałam głową, chowając twarz w kołdrze córeczki, żeby nie widziała moich łez.









