Pewnego dnia starsza kobieta, pani Genowefa Nowak, postanawia zrobić coś dobrego dla innych. Przegląda swoje mieszkanie w Krakowie i zbiera rzeczy, których już nie używa eleganckie bluzki, sukienki, kapelusze, spódnice wszystko to, co od miesięcy zajmuje miejsce na dnie szafy. Pani Genowefa decyduje, iż zaniesie je do kościoła św. Marcina, w nadziei, iż przydadzą się komuś potrzebującemu być może osobom w trudnej sytuacji życiowej lub uchodźcom z Ukrainy.
Upycha starannie wszystko do sporej torby i odstawia ją w kąt pokoju z zamiarem wyniesienia następnego dnia. Jest zmęczona, więc kładzie się wcześnie spać.
Tej nocy śni jej się coś bardzo dziwnego.
Czuje, jakby jej dusza unosiła się nad ciałem, a całe mieszkanie nagle staje się rozświetlone ciepłym światłem. Wszystko jest takie wyraźne. Genowefa patrzy na siebie z góry: stoi pośrodku salonu z dużą wypchaną torbą w rękach. Nagle przed nią pojawia się mała dziewczynka o imieniu Bronisława, ubrana w śliczną haftowaną sukieneczkę.
Cóż to pani niesie w tej torbie? pyta dziewczynka.
Pani Genowefa z uśmiechem odpowiada:
Zebrałam rzeczy, których mi nie potrzeba. Leżały nieużywane, a mogą posłużyć komuś, kto tego bardziej potrzebuje. Jutro zaniosę je do kościoła.
Dziewczynka przygląda się torbie z powagą i mówi:
To piękny gest. Ale torba jest brudna. Wypierz ją, zanim ją oddasz, proszę.
Oczywiście, wypiorę, nie martw się zapewnia kobieta.
Bronisława uśmiecha się, macha rączką i nagle znika.
Pani Genowefa budzi się gwałtownie. Leży chwilę, próbując przypomnieć sobie cały sen, zastanawia się, czy ta dziewczynka była jakimś aniołem. Spogląda na torbę i zaczyna z niej wszystko wyciągać. Na wszelki wypadek wypiorę ją porządnie myśli.
Możecie uważać to za śmieszne, może i ja dawniej nie wierzyłam w takie rzeczy. Pewnie nazwalibyście mnie przesądną, ale to, co zdarzy się za chwilę, na zawsze zmieni moje postrzeganie świata.
W tym samym czasie, piętro wyżej, w mieszkaniu państwa Kwiatkowskich, rodzi się drugie dziecko chłopiec o imieniu Wojtuś. Rodzina jest szczęśliwa, z tej okazji organizują małe przyjęcie dla bliskich i sąsiadów. Goście przychodzą z gratulacjami i prezentami, cieszą się razem z rodzicami. Jednak, wedle starego polskiego przesądu, starsi Kwiatkowscy zabraniają zachwycać się noworodkiem nie wolno przecież chwalić dziecka, żeby nie zapeszyć. Goście więc, z przymrużeniem oka, zaczynają żartować:
Oj, ale jaki brzydki ten malec! Co za zgroza! rzuca jeden.
Proszę nie patrzeć, aż się boję mówi drugi, ściskając rodzicom rękę.
Słysząc te słowa, starszy syn Kwiatkowskich, kilkuletni Staś, z powagą obserwuje sytuację. Widzi, iż wszyscy mówią o braciszku źle. W dziecięcej głowie rodzi się strachliwe przekonanie, iż może naprawdę nie powinno go tu być.
Nie czeka długo z działaniem. Biorąc niemowlę na ręce, idzie na balkon. Rozgląda się i bez dłuższego zastanowienia rzuca brata z wysokości zupełnie, jakby to była stara zabawka.
Opowieść wydaje się stać na skraju tragedii, gdyby nie cudowny przypadek a może opatrzność.
Pani Genowefa, staruszka z niezwykłym snem, właśnie skończyła prać torbę i, jak to jest zwyczajem w Polsce, wiesza ją na sznurku za oknem, żeby wyschła.
W tym momencie, z wyższego piętra, prosto w rozwieszoną torbę wpada niemowlę! Wystraszona kobieta podbiega i widzi, iż maluchowi nic się nie stało.
Kiedy w mieszkaniu państwa Kwiatkowskich robi się cicho i rodzice zauważają brak Wojtusia, wszyscy zaczynają go szukać. Ojciec biegnie na zewnątrz, a matka prawie mdleje z rozpaczy. Staś tłumaczy:
Był brzydki i nikt go nie chciał, więc go wyrzuciłem odpowiada dziecko z prostotą.
Na szczęście Wojtuś cały i zdrowy leży w torbie pani Genowefy, a po chwili już wtula się w ramiona zdruzgotanych rodziców, którzy nie mogą przestać dziękować losowi za cudowne ocalenie syna.
A komu podziękowali? Przede wszystkim pani Genowefie dobrej duszy, która nieświadomie uratowała dziecko. Mało kto jednak wspomina o Bogu. Tylko staruszka cicho dziękuje Najwyższemu, bo głęboko wierzy, iż taki cud nie zdarzyłby się przypadkiem. Może śmieszne, może przesądne każdy ma własną odpowiedź. Ale Genowefa wie swoje: nie ma na tym świecie przypadków, a za każdy cud dziękuje tylko Bogu. No bo czy cokolwiek takiego wydarzyłoby się bez Jego woli?










