10 czerwca 2024, Warszawa
Czasem zastanawiam się, skąd bierze się tyle plotek? Co ja takiego zrobiłam, iż wokół mnie powtarzają: Ależ ta Zosia się wyniosła! Pieniądze ją zepsuły!.
Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiem, o co chodzi i czym mogłam kogoś urazić. Przecież moje życie nigdy nie było łatwe. Miałam kiedyś udane małżeństwo, kochanego męża i dwójkę dzieci. Jednak wszystko runęło jednego dnia. Zbigniew wracał wieczorem z pracy i wydarzył się ten okropny wypadek samochodowy… Byłam przekonana, iż nie dam rady, nie poradzę sobie z tą rozpaczą. Tylko mama przekonała mnie, iż muszę żyć dalej dla dzieci. Wzięłam się w garść.
Zaczęłam pracować, ile się dało, a gdy dzieci trochę podrosły, zdecydowałam się wyjechać do pracy za granicą. Musiałam postawić je na nogi, bo na pomoc nie miałam co liczyć.
Najpierw trafiłam do Gdańska, potem znalazłam się w Londynie. Pracowałam gdzie się da, w hotelach, restauracjach, na sprzątaniu… Nie od razu było dobrze, ale z czasem zaczęłam regularnie wysyłać dzieciom pieniądze. Pomogłam im kupić mieszkanie, u siebie zrobiłam porządny remont. Byłam z siebie naprawdę dumna. Myślałam już choćby o powrocie na stałe do Polski. Życie znów się zmieniło rok temu, kiedy poznałam pewnego człowieka. Rafał, Polak, od dwudziestu lat mieszka w Anglii. Zaczęliśmy się spotykać i poczułam, iż może to coś dobrego.
Ale nie potrafię uwolnić się od wątpliwości. Rafał nie chce wracać do Polski, a ja bardzo tęsknię za domem. Kilka dni temu w końcu przyjechałam. Najpierw spotkałam się z dziećmi, potem z rodzicami. Tylko do teściów jakoś nie mogłam zajrzeć zwyczajnie nie miałam kiedy, masa spraw się zebrała.
W końcu przyszła do mnie moja dawna koleżanka ze sklepu, Halina. Przy kawie opowiedziała mi coś przykrego:
Twoja teściowa jest na ciebie strasznie zła!
Czemu?
Słyszałam, jak rozmawiała w sklepie z sąsiadką. Mówiła, iż stałaś się wyniosła, iż pieniądze zrobiły z ciebie kogoś innego. Twierdzi też, iż nigdy im nie pomagałaś finansowo.
Poczułam się okropnie. Przecież sama wychowywałam dwójkę dzieci, harowałam na nich bez końca. Nie miałam jak wspierać jeszcze teściów. Przecież sama też musiałam za coś żyć, czy oni tego nie rozumieją?
Po tej rozmowie miałam ochotę w ogóle do nich nie iść. Ale przemogłam się. Nakupiłam produktów i poszłam z wizytą. Z początku rozmawialiśmy spokojnie, ale w środku cały czas czułam tamte słowa… W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam:
Wiecie, iż przez te lata nie było mi lekko. Robiłam wszystko dla dzieci, bo o żadnej pomocy nie było mowy.
My też nie mieliśmy wsparcia odpowiedziała teściowa. Każdy ma dzieci, które mu pomagają, a my zostaliśmy sami. Też jesteśmy przecież bez nikogo. Ty powinnaś wrócić i nam pomagać.
Poczułam się zbesztana, jakbym zrobiła coś złego. Nie odważyłam się choćby wspomnieć o Rafałowi w Anglii. Wyszłam stamtąd smutna i zagubiona. Nie wiem już, co robić. Czy naprawdę powinnam czuć się zobowiązana wobec rodziców zmarłego męża? Dłużej już nie wytrzymuję…
















