Noc, gęstniejąca nad miastem, zdawała się wróżyć tragedię. Ciężkie chmury wlokły się po niebie, jakby dźwigając brzemię niespełnionych nadziei i złamanych losów.

polregion.pl 6 godzin temu

Noc, gęstniejąca nad miastem, zdawała się przeczuwać tragedię. Ciężkie chmury wlokły się po niebie, jakby dźwigając ciężar niespełnionych nadziei i złamanych losów. Samochód ślizgał się po mokrym asfalcie jak widmo, zostawiając za sobą smugę reflektorów i ciszę przeszywaną niepokojem. Piotr siedział za kierownicą, ściskając ją tak, jakby od tego zależało jego życie. Każda nierówność drogi odbijała się w jego kręgosłupie jak uderzenie młota nie fizycznego, ale duchowego, jakby sam los przypominał mu: nic nie będzie łatwe.

W samochodzie panowała cisza, przerywana tylko nierównym oddechem Kasi obok niego. Opierała się o fotel, jakby próbowała uciec przed bólem, strachem i samą sobą. Jej dłoń spoczywała na brzuchu ogromnym, jakby nosiła nie tylko dziecko, ale cały świat, który w każdej chwili mógł się zawalić. W jej oczach, wpatrzonych w szare, bez życia niebo za szybą, nie było światła. Tylko tęsknota. Głęboka, wszechogarniająca, jak zimowy wiatr przenikający do kości. Nie strach. Nie ból. Właśnie tęsknota taka, jaka przychodzi, gdy człowiek już wie, iż wszystko się skończyło, ale wciąż ma nadzieję na cud.

Piotr jej głos był cieńszy od pajęczyny, słabszy niż szelest wiatru wśród jesiennych liści. Posłuchaj mnie. Proszę.

Skinął głową, nie odrywając wzroku od drogi, ale cały był w napięciu. Czuł, iż to, co nadchodzi, nie jest prośbą, ale wyrokiem.

Obiecaj mi przełknęła ślinę, jakby próbując połknąć nie tylko ją, ale i strach. jeżeli coś pójdzie nie tak nie obwiniaj jej. Naszej córeczki. Ona nic nie zawiniła. Po prostu przyszła na świat. A ty musisz ją kochać. Za mnie. Za nas oboje.

Piotr zaciął zęby. Kostki na jego dłoniach zbielały, jakby chwytał się ostatniej deski ratunku na wzburzonym morzu. Chciał krzyczeć, iż wszystko będzie dobrze, iż przeżyje, iż będą razem on, Kasia i ich córka w domu, który dla nich budował, z pokojem dziecięcym, lalkami i marzeniami. Ale słowa lekarza, wypowiedziane pół roku temu, wbiły się w jego pamięć jak nóż: Ciąża przy twojej diagnozie to jak rosyjska ruletka z pięcioma kulami w bębenku. Szansa jest jedna na sześć. I to nie żart. To śmierć. Pamiętał, jak ręce Kasi drżały, gdy usłyszała diagnozę. Jak na niego patrzyła nie z rozpaczą, ale z błaganiem. Chcę tego, Piotr. Chcę być matką. Chcę, żeby nasza miłość została na tym świecie. Żeby coś po nas zostało. Nie mógł powiedzieć nie. Nie dlatego, iż był słaby. Ale dlatego, iż kochał. Bezgranicznie. Całkowicie. I wierzył nie w medycynę, nie w szanse, ale w nią. W jej siłę, w jej światło, w jej wiarę, iż miłość jest silniejsza niż śmierć.

Kasia szepnął, a jego głos zadrżał wrócimy do domu. Wszyscy troje. Przysięgam. Nie pozwolę ci odejść. Bez względu na wszystko.

Mówił odważnie, ale w środku wszystko się w nim rozpadało. Każde słowo było próbą załatania pęknięć w duszy, które rosły z każdą minutą.

Kiedy dotarli na izbę przyjęć, deszcz smagał szyby, jakby niebo płakało razem z nimi. Pomógł jej wyjść, podtrzymując ją za ramię, czując, jak drży nie z zimna, ale z przeczucia. Obróciła się do niego, przycisnęła czoło do jego klatki piersiowej i wyszeptała:

Kocham cię, Piotrze. Bardziej niż życie. Bardziej niż cokolwiek na świecie. Wierzę w ciebie. Dasz radę. Jesteś silniejszy, niż myślisz.

To uścisnek trwał tylko kilka sekund, ale wypalił się w jego pamięci jak ostatnie światło przed wieczną ciemnością. Potem zabrali ją na noszach, a on został stać na deszczu, przemoczony nie przez wodę, ale przez chłód samotności. Pół godziny później pojawił się lekarz starszy mężczyzna o twarzy wykutej w kamieniu, z oczami, w których dawno umarło wszystko poza zmęczeniem.

Sytuacja jest krytyczna powiedział bez wstępu, bez litości. Krzepnięcie krwi twojej żony prawie całkowicie zawiodło. Walczymy, ale szanse są niewielkie. Bardzo niewielkie. Pozostaje tylko wiara. Chociaż, szczerze mówiąc, w naszym zawodzie cuda się nie zdarzają.

Piotr osunął się na schody przed wejściem do szpitala położniczego, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Chłód kamienia przenikał przez spodnie, ale nic nie czuł. Czas zwolnił, rozciągnął się, stał się lepki jak żywica. Zerwał się, zaczął chodzić tam i z powrotem, zaciskał pięści, bił głową o ścianę w myślach, modlił się nie do Boga, którego nie znał, ale do czegokolwiek, co mogło go usłyszeć: gwiazd, losu, samego wszechświata. Przywróć mi ją. Zabierz mnie zamiast niej, tylko przywróć mi ją. Był gotów oddać wszystko pieniądze, firmę, życie byle tylko ona przeżyła.

I wtedy, jakby znikąd, pojawiła się Agnieszka. Znała jego żonę od studiów, była jej przyjaciółką, pracowała jako pielęgniarka na oddziale dziecięcym. Miała krótkie ciemne włosy, zmęczone oczy i zapach chloru zmieszany z niepokojem. Usiadła obok niego, nie pytając, ale wiedząc.

Jak ona?

Tylko pokręcił głową. Jego twarz była maską bólu.

Bardzo źle wyszeptał.

Agnieszka westchnęła nie ze współczuciem, ale z irytacją i nagle powiedziała:

Egoistka. Wiedziała, na co się naraża. Wiedziała, iż może odejść. A ty? Twoi rodzice? Jesteście tylko pionkami w jej grze?

Piotr odwrócił się gwałtownie. Coś pierwotnego zapłonęło w jego oczach wściekłość, ból, niedowierzanie. Jak śmiała? Jak mogła tak mówić o Kasi o kobiecie, dla której był gotów przenosić góry? Ale żal go ogłuszył. Nie znalazł słów. Uznał, iż to tylko zmęczenie, cynizm, który lekarze wyrabiają w sobie, by przetrwać.

Chodź stąd powiedziała Agnieszka, biorąc go za rękę. Siedzenie tu powoli doprowadza cię do obłędu. Chodź. Napijmy się

Idź do oryginalnego materiału