Obietnica Denis z pewnością prowadził samochód autostradą, obok siedział przyjaciel Krzysztof – właśnie wracali z delegacji do sąsiedniego miasta, szef wysłał ich na dwa dni w interesach. – Krzychu, ale świetnie nam poszło, kontrakt na ogromną sumę podpisany, szef będzie wniebowzięty – uśmiechał się Denis. – Zdecydowanie, mamy szczęście – przytaknął przyjaciel i kolega z biura. – Fajnie wracać do domu, kiedy ktoś na ciebie czeka – dodał Denis – moja Arleta jest w ciąży i skarży się na mdłości. Bardzo mi jej żal, ale tak bardzo wyczekiwaliśmy dziecka. Powiedziała, iż wszystko zniosie dla naszego maleństwa. – Dziecko to wielkie szczęście. U nas z Mariolką przez cały czas się nie udaje, nie może donosić ciąży. Szykujemy się do drugiego in vitro, pierwsze się nie powiodło – zwierzył się Krzysztof, związany z Mariolą od siedmiu lat, a dziecka dotąd nie było… Denis ożenił się późno, w wieku trzydziestu dwóch lat, przeżył różne znajomości, ale żadna nie była „tą jedyną”– aż poznał Arletę, zakochał się w niej bez pamięci, inne kobiety przestały się dla niego liczyć. Krzysztof poznał Arletę przez Denisa, był też świadkiem na ich ślubie. Trochę choćby mu zazdrościł – była piękna, delikatna… Każdy by się zakochał od razu. Jesienny deszczyk uderzał w szybę auta, wycieraczki pracowały od czasu do czasu, a przyjaciele rozmawiali i żartowali. Zadzwonił telefon Denisa – Arianka. – Cześć, Arianko, już wracamy, za jakieś dwie godziny będziemy. przez cały czas źle się czujesz? Niczego nie dźwigaj, wszystko zrobię, jak wrócę. Całuję, do zobaczenia, kochanie. Krzysztof słuchał, wyobrażał sobie czekającą na Denisa Arletę, sam pomyślał gorzko: „Moja Mariolka prawie nigdy nie martwi się o mnie. Uważa, iż jestem związany z nią na stałe. To zupełnie nie tak jak między Arletą a Denisem. U niej wszystko według planu – dom, praca…” Nagle Denis gwałtownie skręcił kierownicą – prosto na nich leciała ciężarówka. Zderzenie – w ostatniej chwili uspiał wjechać w słup od strony Denisa i wypadli z drogi. Krzysztof odzyskał przytomność, z rozciętym łukiem brwiowym i krwią na ręku, drzwi od jego strony były otwarte. Spojrzał na Denisa – ten się nie poruszał. Podbiegli ludzie, auta zatrzymywały się. Krzysztof leżał na mokrej trawie. Czekali na karetkę. Denisa wyciągnięto z samochodu, kładli go na noszach, wtedy Krzysztof pochylił się nad nim, słysząc szept: – Pomóż Arlecie… Obu zabrano do szpitala. Krzysztof miał złamaną rękę i mocne wstrząśnienie mózgu – był przytomny. Pytał wciąż personel medyczny: – A co z Denisem? Jak się czuje mój przyjaciel? Pielęgniarka przekazała mu w końcu tragiczne wieści: – Denis zmarł… Krzysztof był w głębokim szoku. Na pogrzebie nie był w stanie się pojawić. Mariolka potem opowiadała, jak mocno płakała żona Denisa nad trumną, nie mogła uwierzyć, nie miała siły stać przy grobie. Po wyjściu ze szpitala Krzysztof przyjechał z Mariolką na cmentarz, długo stali nad grobem przyjaciela, obiecując sobie w myślach: – Nie martw się, stary, nie zostawię Arlety, pomogę, jak prosiłeś… Dwa dni później pojechał do Arlety, zadzwonił do drzwi – a ta rozpłakała się na jego widok. – Jak mam żyć bez niego? Nie potrafię się pogodzić, iż już go nie będzie. – Obiecałem Denisowi, iż będę ci pomagać. Razem damy radę. Zadzwoń zawsze, kiedy czegoś potrzeba. Będę przychodzić. Czas mijał. Arleta trochę ochłonęła, bardzo bała się o ciąże, lekarz ostrzegał o ryzykach. Krzysztof odwiedzał ją dwa razy w tygodniu – zakupy, witaminy, czasem podwózka do przychodni, pomagał, kiedy tego rzeczywiście potrzebowała. – Krzysztof, aż mi głupio, iż się poświęcasz dla mnie… – Nie ma problemu, przecież obiecałem Denisowi. Krzysztof miał do Arlety mieszane uczucia – była kobietą jego marzeń, ale wiedział, iż sytuacja jest trudna. A kiedy Arleta przeżywała złe samopoczucie, Krzysztof z Mariolką znów przechodzili przez in vitro, kolejne rozczarowanie… Bezdziecie raniło ich coraz mocniej. Mariolka nie wiedziała, iż mąż pomaga Arlecie, on jej nie mówił. W telefonie Arleta była zapisana jako „Fundacja”, bo wiedział, iż żona mogłaby coś podejrzewać. Po kolejnej nieudanej próbie zajścia w ciążę, atmosfera w ich małżeństwie się zagęściła – Mariolka coraz częściej obwiniała Krzysztofa, on sam odpływał myślami. Mariolka zauważała, iż mąż dziwnie się zachowuje, bywa rozkojarzony, nerwowy, często gdzieś wychodzi. Choć o zdradzie nie myślała – w tej sferze wszystko było w porządku. Krzysztof czuł, iż w życiu prywatnym nie wszystko idzie dobrze, ale przynajmniej w pracy kończył duży projekt rozpoczęty z Denisem – i podpisał bardzo korzystny kontrakt. Arleta z rosnącym brzuchem była coraz bardziej bezradna. Rodzice daleko, poza Śląskiem, w mieście nie miała nikogo bliskiego. Zmagała się z migrenami, bolesnymi nogami, ale nie skarżyła się Krzysztofowi. Pewnego dnia, przyjeżdżając z zakupami, zastał ją na drabinie – wieszała nowe zasłony. – Wymyłam okno, powiesić nową firankę – powiedziała z uśmiechem. – Zejdź natychmiast! – stanowczo rzucił, patrząc na jej ciążowy brzuch – jakbyś spadła, to dziecko w niebezpieczeństwie, to nie żarty! Pomógł jej zejść, stali blisko siebie, czuł dreszcz… – Dziękuję, Krzysiu – ale zaraz pobiegła do łazienki, znowu mdłości. Krzysztof w duchu myślał: „Ciekawe, czy Denis tam, gdzie jest, widzi co się dzieje… Sam przecież prosił o pomoc.” Przy kolejnej okazji Arleta poprosiła: – Krzysztofie, pomożesz mi urządzić pokój dziecięcy? Potem już nie będę miała czasu. Znalazłam ładne tapety w sklepie. Krzysztof musiał zabrać się za remont. Nie mógł dopuścić, by ciężarna Arleta się przemęczała. Pomagali sobie – Arleta moralnie, Krzysztof technicznie. Pokój skończony. Krzysztof czuł się rozdarty: z jednej strony sfrustrowana żona, pogrążona w obsesji bezdzietności, z drugiej Arleta, której zbliżał się termin porodu. Czucie podpowiadało Mariolce, iż aby ocalić małżeństwo, musi zająć się czymś na poważnie. Pisała artykuły do magazynów, aż jeden z czołowych pism zaproponował jej własną rubrykę. Z euforią przyjęła ofertę, to była dobra odskocznia. Otrzymała solidny honorarium – wróciła do domu szczęśliwa, z torbą smakołyków i dwiema butelkami wina. – Co to, świętujemy? – zdziwił się Krzysztof wracający z pracy. – Tak, dostałam niezły przelew, trzeba uczcić. Czekałam na ten kontrakt miesiącami. Na stole rozłożyła przekąski i wino, w telewizji leciał ich ulubiony film. Zaczęli popijać wino. W tym momencie zadzwonił telefon Krzysztofa. Mariolka zajrzała mu przez ramię: widziała „Fundacja” na ekranie. Krzysztof gwałtownie wyszedł do kuchni. – Co się dzieje? – szepnął. – Przepraszam, Krzychu, chyba zaczynam rodzić… Wezwałam już karetkę. – Ale to przecież za wcześnie. – Siódmy miesiąc, zdarza się – słyszał ból w jej głosie. – Przyjadę do szpitala. gwałtownie się ubrał – żona patrzyła z niepokojem. – Wyjeżdżasz? – Tak – wymyślał na gwałtownie historię. – Szef zadzwonił w sprawie fundacji, muszę się spotkać, potem wyjaśnię. Wierz mi, to pilne… Ale Mariolka nie uwierzyła. – Jakiej fundacji, jaki szef? Krzysztof, coś kręcisz, dobrze cię znam… Krzysztof wybiegł z klatki, wsiadł do auta, pojechał do szpitala. Arleta była już pod opieką. Po dwóch godzinach dowiedział się – Arleta urodziła synka! Odetchnął z ulgą, wrócił do domu wyczerpany, myśląc: „Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.” Mariolka nie spała, przyjrzała mu się uważnie – widziała, iż jest zmęczony i rozbity. – Ta twoja fundacja tak cię wykończyła? – zapytała złośliwie. Krzysztof ciężko opadł na kanapę, ubrany. – Tak, Mariola… Arleta właśnie urodziła syna, obiecałem Denisowi, iż będę jej pomagał. Jest zupełnie sama – powiedział szczerze. – Rozumiem wszystko… – powiedziała cicho żona – a teraz zacznie się nowy etap – będziesz pomagać Arlecie z niemowlakiem, prawda? – Tak – potwierdził. – Wiesz co… Ty mnie znasz, nie zaakceptuję tego, iż będziesz marnować czas na obce dziecko, gdy my sami go nigdy nie będziemy mieć. Składam pozew o rozwód. Może spotkam kogoś i uda mi się urodzić. Krzysztof zaskoczony uniósł wzrok, rozumiał – żona obwinia go za ich bezdzietność. – To twoje prawo, Mariola. Nie będę się tłumaczył. Muszę pomagać Arlecie i dziecku. Czas płynął. Mariolka wniosła pozew, Krzysztof odszedł do Arlety, wspierał ją i małego Daniego. Po pewnym czasie pobrali się, a po dwóch latach urodziła się im córeczka. Dziękuję za przeczytanie, za obserwowanie oraz wsparcie. Życzę Ci dużo szczęścia!

newsempire24.com 2 dni temu

Obietnica

Dariusz prowadził pewnie swoje srebrne auto szosą do Warszawy, obok siedział jego wierny przyjaciel, Kamil. Wracali właśnie z delegacji do Łodzi, którą szef załatwił im na dwa dni.

– Kamil, ale z nas jest zgrany duet! Kontrakt podpisany na ogromną kwotę, szef będzie wniebowzięty uśmiechnął się Dariusz, zadowolony jak pies po kąpieli.

– No, mieliśmy farta! potwierdził Kamil, który od lat dzielił z Dariuszem biuro.

– Jednak najlepiej wracać do domu, gdy ktoś na ciebie czeka ciągnął Dariusz. Moja Agnieszka jest w ciąży, narzeka na mdłości. Strasznie mi jej szkoda, ale bardzo chcieliśmy dziecko. Powiedziała, iż wszystko zniesie dla naszego malucha.

– Dziecko to euforia A u mnie z Martą wciąż nic. Siedem lat się staramy, a nie udaje się. Już drugie podejście do in vitro przed nami, pierwsze nie wyszło Kamil podzielił się z przyjacielem smutkiem. Z Martą byli bardzo zgodnym małżeństwem, ale w kwestii dziecka los im nie sprzyjał.

Dariusz ożenił się dopiero w wieku trzydziestu dwóch lat. Oczywiście miał wcześniej kobiety, ale żadna nie przewróciła mu świata do góry nogami. Gdy spotkał Agnieszkę, zakochał się na zabój. Po niej już nie patrzył na inne.

Gdy Dariusz przedstawił Agnieszkę Kamilowi, a potem jeszcze zaprosił go jako świadka na ślub, Kamil poczuł lekką zazdrość. Agnieszka była piękna, delikatna, zupełnie zrozumiał, iż Dariusz dla niej stracił głowę.

Za oknem padał jesienny, drobny deszcz, sporadycznie pracowały wycieraczki, w środku toczyły się pogawędki. Dariusz odebrał telefon.

Cześć, Agnieszka, już jedziemy, będziemy za jakieś dwie godziny. Jak się czujesz? Wciąż źle? Nie podnoś nic ciężkiego, ja wszystko zrobię jak wrócę. Całuję cię, do zobaczenia!

Kamil słuchał i wyobrażał sobie Agnieszkę, jak czeka na przyjaciela, martwi się o niego. Porównywał do siebie:

Marta choćby nie zadzwoni, ona wie, iż jestem jej wierny, do bólu. Nie dba tak jak Agnieszka o Dariusza. U niej wszystko jest na czas, praca-dom-praca.

Nagle Dariusz gwałtownie skręcił, prosto na nich jechał bus, collision nieuniknione, ale w ostatnim momencie wpadli na latarnię od strony kierowcy i zjechali na pobocze. Kamil ocknął się, głowa mu pulsowała bólem, z ręki ciekła krew, drzwi z jego strony były otwarte. Spojrzał na Dariusza ten się nie ruszał.

Ludzie podbiegali, samochody zatrzymywały się. Kamil leżał na mokrej trawie, czekali na karetkę. Wyciągnęli Dariusza i ułożyli na noszach. Kamil nachylił się do niego, a Dariusz cicho wyszeptał:

Pomóż Agnieszce

Pogotowie zabrało ich do szpitala. Kamil miał złamaną rękę i mocny wstrząs mózgu, ale był przytomny. Wciąż pytał:

Co z Dariuszem, z moim przyjacielem?

Po kilku godzinach pielęgniarka przyszła z wiadomością:

Pan Dariusz nie żyje

Kamil był zupełnie rozbity. Na pogrzeb nie mógł pójść, zbyt słaby. Marta była tam i potem opowiadała, jak żona Dariusza płakała jak bóbr, nie mogła się pogodzić z tym, iż męża już nie ma. Ledwo stała przy trumnie.

Po wyjściu ze szpitala Kamil pojechał z Martą na cmentarz, stali długo przy grobie przyjaciela. W myślach przyrzekał:

Nie martw się, kumplu, nie zostawię jej samej. Pomogę, tak jak prosiłeś

Po dwóch dniach odwiedził Agnieszkę, zadzwonił do drzwi. Gdy go zobaczyła, rozkleiła się.

Jak ja mam żyć bez niego? Nie mogę uwierzyć, iż Dariusza już nie ma.

Agnieszka, obiecałem mu, iż będę ci pomagał. Razem damy radę. Dzwoń zawsze, gdy czegoś potrzebujesz. Będę wpadał.

Czas mijał. Agnieszka powoli dochodziła do siebie, bała się, iż straci dziecko przez stres, lekarz też ją ostrzegał. Kamil odwiedzał ją dwa razy w tygodniu, przywoził sprawunki z Lidla, kupował witaminy, odwoził do przychodni, gdzie trzeba. Agnieszka korzystała z jego pomocy tylko w nagłych sytuacjach.

Kamil, czułabym się lepiej, gdybyś nie poświęcał mi tyle czasu.

Nie sprawia mi to trudności, obiecałem Dariuszowi.

Kamil żywił do Agnieszki mieszane uczucia. Nigdy nie trafił na taką kobietę. Z jednej strony był zachwycony, z drugiej czuł się nieprzygotowany do nowej roli.

W czasie gdy Agnieszka przechodziła ciążowe katusze, Kamil z Martą znów biegali po lekarzach, znowu badania, znowu rozczarowanie. Bezpłodność była dla nich jak zajęcie na pół etatu. Marta nie wiedziała o pomocy męża dla Agnieszki, bo on ukrywał kontakty, w telefonie widniała pod nazwą Pomoc Społeczna, bo wiadomo kobiety mają rentgen w oczach.

Po drugiej nieudanej próbie in vitro napięcie w domu narastało. Marta podejrzewała męża, a Kamil coraz bardziej zamykał się w sobie.

Marta widziała, iż Kamil jest rozkojarzony, czasem wybuchowy, często gdzieś znika na załatwianie spraw. Ale romans był mało prawdopodobny w tej kwestii wszystko grało.

Kamil czuł, iż życie prywatne to istny rollercoaster, ale za to zawodowo był mistrzem. Wrócił do projektu, który zaczynał z Dariuszem i udało się podpisać kolejny świetny kontrakt.

U Agnieszki, im większy brzuch, tym więcej kłopotów. Rodziców miała daleko, aż za Poznaniem, nikogo z bliskich w mieście. Męczyły ją migreny, opuchnięte nogi, ale nie narzekała zbyt często.

Wpadł kiedyś Kamil z zakupami, a Agnieszka stała na drabinie, zawieszała nowe zasłony.

Umiałam już okno umyć, teraz zawieszam zasłony powiedziała wesoło.

Agnieszka, złaź natychmiast! rozkazał Kamil, patrząc na jej ogromny brzuch. Spadniesz, dziecku zrobisz krzywdę! Takie rzeczy to dla ludzi o mniejszych gabarytach.

Pomógł jej zejść, prawie się przytulili, a Kamil poczuł dreszcze.

Dzięki, Kamil powiedziała, po czym pobiegła do łazienki, bo mdłości znów przypuściły atak.

Kamil ocierał pot z czoła, myśląc:

Dariusz pewnie się śmieje z góry, sam prosił, to ma.

Następnym razem Agnieszka odezwała się podczas spaceru:

Kamil, może pomógłbyś mi urządzić pokój dziecięcy? Potem nie będę miała siły. Upatrzyłam super tapety!

Kamil nie mógł pozwolić, by ciężarna sama się męczyła. Remont robili razem Agnieszka głównie doradzała, Kamil pocił się nad tapetowaniem. W końcu było gotowe. Kamil miotał się między domem, gdzie żona przeżywała kolejne kryzysy i a Agnieszką, która lada chwila miała rodzić.

Marta czuła, iż jeżeli chce ratować związek, musi się czymś zająć. Pisała artykuły do gazet, a teraz dostała własną kolumnę w znanym czasopiśmie. Od razu z tego był porządny przelew w złotówkach. Kupiła całą torbę smakołyków i dwie butelki dobrego wina, wróciła szczęśliwa do domu.

Ooo, co to za rarytasy? Jakaś uroczystość? zapytał Kamil, wracając z pracy.

Tak, należy mi się! Czekałam na ten kontrakt wieki.

Rozłożyła przekąski, nalała wino, w telewizji leciał ich ulubiony polski film, domówka była naprawdę przyjemna.

Nagle rozległ się dzwonek, Kamil rzucił okiem na ekran, Marta wyłapała nazwę Pomoc Społeczna, a Kamil natychmiast wyszedł do kuchni.

Co się stało? zapytał szeptem.

Kamil, przepraszam, ale chyba rodzę Już wezwałam karetkę.

Ale to za wcześnie!

Cóż, siódmy miesiąc, to się zdarza słychać było, iż boli ją coraz bardziej.

Jadę do szpitala, nie ma wyboru.

Szybko się ubrał, Marta patrzyła za nim pełna niepokoju.

Ty wychodzisz?

Tak, muszę. Szef wymyślił jakiś pilny temat dotyczący pomocy społecznej. Wyjaśnię wszystko później.

Marta była sceptyczna:

Pomoc społeczna, szef akurat teraz? Coś kręcisz, Kamil

Kamil wsiadł do samochodu i popędził do szpitala. Agnieszka już była zabrana, czekał dwa długie godziny, aż pielęgniarka powiedziała, iż Agnieszka urodziła synka. Odetchnął jak po maratonie i wrócił do domu, całkiem wypompowany.

Marta nie spała i już go przeszyła spojrzeniem.

Widzę, iż ta twoja pomoc społeczna cię wykańcza rzuciła z przekąsem.

Kamil padł na kanapę, nie zdejmując płaszcza.

Tak, Marta Agnieszka urodziła syna, obiecałem Dariuszowi, iż jej pomogę. Jest całkiem sama powiedział szczerze.

Wszystko jasne, puzzle się ułożyły westchnęła żona. Teraz będziesz pomagać przy jej dziecku, prawda?

Prawda odpowiedział z przekonaniem.

Wiesz co, Kamil Nie będę tego tolerować. Nie będę patrzeć, jak oddajesz innemu dziecku swój czas, skoro własnego nie mamy i najpewniej już nie będziemy mieć. Złożę pozew o rozwód, rób co chcesz. Może poznam kogoś i zdążę urodzić od kogoś innego.

Kamil spojrzał na nią zaskoczony, zrozumiał, iż ona wciąż wini go za brak dzieci.

Twoje prawo, Marta. Niczego nie będę tłumaczyć. Muszę pomóc Agnieszce i jej synkowi.

Czas mijał. Marta dopięła swego, rozwód. Kamil zamieszkał z Agnieszką, pomagał jej wychowywać małego Danika. Po jakimś czasie pobrali się. A dwa lata później urodziła im się córeczka.

Dzięki za przeczytanie, za suba i za wsparcie. Powodzenia w życiu!

Idź do oryginalnego materiału