Dzisiaj muszę to zrzucić z serca ta historia nie daje mi spokoju. Oddałem swoje nazwisko dzieciom mojej byłej, a teraz zostałem prawnie zobowiązany do ich utrzymania, podczas gdy ona sielankowo mieszka z ich biologicznym ojcem. I to wszystko… w moim mieszkaniu.
Jeszcze niedawno byłem „tym zabawnym facetem”, a dziś jestem oficjalnym bankomatem dla dwójki dzieci, które odzywają się do mnie tylko, kiedy chcą kasę na kino, a w święta choćby nie rzucą SMS-a z życzeniami.
Trzy lata temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Poznałem Agnieszkę kobieta niezwykła, rozwódka, z dwójką dzieci: Emilka miała wtedy 8 lat, Staś 10. Zakochałem się po uszy, kompletnie zaślepiony. Agnieszka powtarzała mi:
Dzieci cię uwielbiają!
A ja naiwnie wierzyłem. Jasne, iż uwielbiały w każdą sobotę i niedzielę zabierałem ich do Fikolandu albo do ZOO.
Pewnego dnia, podczas jednej z tych niby-niewinnych rozmów, które zmieniają całe życie, Agnieszka wzdycha:
Tak mi żal, iż dzieci nie mają nazwiska po ojcu. On nigdy nie uznał ich oficjalnie
I wtedy, w najmądrzejszym momencie mojego życia (wiem, ironia), rzuciłem:
Mogę je adoptować. I tak traktuję je jak własne.
W filmie w tym momencie zapaliłoby się wielkie czerwone światło i głos zza kadru powiedziałby: „A wtedy jeszcze nie wiedziałem, iż wszystko pójdzie źle”. W mojej historii tego głosu zabrakło.
Agnieszka wybuchła płaczem ze szczęścia, dzieci rzuciły mi się na szyję. Poczułem się jak rycerz. Naiwny rycerz, ale jednak.
Przeszliśmy przez wszystko notariusze, sądy, prawnicy. Emilka Nowak i Stanisław Nowak moje nazwisko, mój podpis pod aktem adopcji. Byłem zachwycony. Zrobiliśmy choćby uroczysty obiad z tortem.
I nagle sześć miesięcy później.
Agnieszka patrzy na mnie poważnie:
Musimy pogadać Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale Marek wrócił.
Jaki Marek? pytam, choć doskonale wiem.
Ojciec dzieci. Bardzo się zmienił. Chce odzyskać rodzinę
Osłupiałem.
I co zamierzasz?
Dam mu szansę. Dla dzieci. Chyba rozumiesz?
Oczywiście, iż rozumiem. Tak jasno, jakby mi ktoś pokazał wyjście z napisem na czerwono.
Agnieszka, ja je adoptowałem. Ich ojcem jestem według prawa!
Tak, tak, tym się potem zajmiemy. Najważniejsze, żeby dzieci miały rodzinę i ojca.
„Potem się tym zajmiemy.” Jakby chodziło o rachunek za prąd.
Poszedłem do adwokata. Facet aż się zakrztusił kawą:
Podpisał pan pełną adopcję?
Tak.
To jest pan ich ojcem. Z wszystkimi obowiązkami alimenty, szkoła, lekarze. Wszystko.
Ale nie jesteśmy już razem…
To nie ma żadnego znaczenia. Prawo mówi jasno.
No i jestem płacę alimenty na dzieci Agnieszki, a ona mieszka z Markiem w moim mieszkaniu, bo „dzieci nie powinny się przeprowadzać”. Dodam, iż mieszkanie kupiłem sam, ale to ja się musiałem wynieść, bo „byłoby to za bardzo traumatyczne dla dzieci”.
Najbardziej absurdalne? Marek, ojciec-widmo, przez lata nie dał ani grosza. A teraz uchodzi za bohatera chodzi z nimi na piłkę, do kina, na lody. Ja dostaję co miesiąc maila od kancelarii:
„Przelew alimentacyjny 2200 PLN”
Z takim smutnym emotikonem. Naprawdę to nie pomaga.
Miesiąc temu Staś napisał:
Cześć, możesz mi wysłać jeszcze trochę? Chciałbym sobie kupić nowe buty sportowe.
A może Marek Ci kupi?
Powiedział, iż to ty jesteś moim prawnym tatą. On tylko z serca.
Tata z bankomatowej karty. Marek tata od zabawy. Ja sponsor.
Adopcja adekwatnie nie do cofnięcia. Sąd uznałby mnie za potwora, który porzuca dzieci.
Znajomi już tylko wzruszają ramionami:
Człowieku, w którym momencie uznałeś to za świetny pomysł?
Byłem zakochany.
Zakochanie nie powinno wyłączać rozumu.
Prawda.
Teraz jak patrzę na jakiegokolwiek faceta, który spotyka się z kobietą z dziećmi, najchętniej bym krzyczał:
„NIGDY NIE PODPISUJ! Obcy wujek, chłopak, co tam NIE PODPISUJ!”
Mama podsumowała to krótko:
„Z miłości rozumu się traci.”
Przytuliła mnie tak mocno, iż aż wszystko we mnie zabolało.
Wczoraj znowu:
„Wydatek nadzwyczajny: podręczniki szkolne 380 PLN”
Jakby szkoła była zaskoczeniem roku.
Agnieszka wrzuca na Facebooka zdjęcia „szczęśliwej rodziny”. Dzieci z moim nazwiskiem dookoła Marka, który przez lata ich nie widział.
Hit? Emilka (10 lat, już z Instagramem, trudno się dziwić) w opisie:
„Córka Agnieszki i Marka ”
Moje nazwisko? choćby śladu.
Tak, jestem anonimowym sponsorem ich życia.
I tak żyję dziś sam, z o 2200 zł mniej każdego miesiąca, z dwójką „dzieci”, które znają mnie z przelewów, i z gorzką świadomością, iż największą głupotą mojego życia była miłość.
Jeden mały plus: gdy ktoś mnie pyta, czy mam dzieci, mogę odpowiedzieć „tak” i opowiedzieć tę historię na domówce. Wszyscy się śmieją.
A mi? Chce się wyć w środku.
A Wy? Podpisaliście kiedyś coś „z miłości”, a potem słono za to zapłaciliście czy tylko ja jestem takim geniuszem od rozdawania nazwiska i pieniędzy w pakiecie?











