Oddałem swoje nazwisko jej dzieciom. Teraz muszę je utrzymywać, a ona żyje szczęśliwie z ich biologicznym ojcem.
Opowiem wam, jak z zabawnego gościa stałem się oficjalnym bankomatem dla dwójki dzieci, które piszą do mnie tylko wtedy, gdy potrzebują pieniędzy na kino, ale na Boże Narodzenie o mnie nie pamiętają.
Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Poznałem Iwonę cudowną kobietę, rozwódkę z dwójką dzieci w wieku 8 i 10 lat. Zakochałem się do obłędu. Byłem totalnie zaślepiony. Ona w kółko powtarzała:
Dzieci cię tak bardzo kochają!
A ja, jak prawdziwy naiwniak, jej wierzyłem. Oczywiście, iż mnie uwielbiały co weekend zabierałem je do ZOO albo na kręgle.
Pewnego dnia, w jednej z tych rozmów, gdzie człowiek chlapnie coś, co potem zmienia życie, Iwona mówi:
Tak mi smutno, iż dzieci nie mają nazwiska ojca. On nigdy ich oficjalnie nie uznał.
A ja, w moim życiowym momencie błysku (tak, to ironia), odpowiadam:
No mogę je zaadoptować. W końcu traktuję je jak własne.
Znacie ten moment w filmach, kiedy czas się zatrzymuje i narrator mówi: Wtedy właśnie zrozumiałem, iż to się źle skończy?
Ja takiego głosu nie miałem. Ale zdecydowanie powinienem.
Iwona rozpłakała się ze szczęścia. Dzieci mnie uściskały. Czułem się jak bohater. Głupi bohater, ale jednak bohater.
Przeszliśmy przez wszystko notariusz, sądy, dokumenty. Dzieci oficjalnie zostały Jakubem Nowackim i Aurelią Nowacką Z MOIM NAZWISKIEM.
Byłem szczęśliwy. Iwona była szczęśliwa. Zrobiliśmy choćby małą rodzinną uroczystość z tortem.
Sześć miesięcy później. SZEŚĆ.
Iwona mówi:
Musimy pogadać Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale Tomek wrócił.
Jaki Tomek? pytam, choć już dobrze wiedziałem.
Biologiczny ojciec dzieci. Podobno się zmienił. Dorósł. Chce odzyskać rodzinę.
Zatkało mnie. I to dosłownie.
I co zamierzasz?
Muszę mu dać szansę. Ze względu na dzieci, rozumiesz?
Oczywiście, iż rozumiałem. Rozumiałem to tak, jakby ktoś mi właśnie pokazał drzwi z wielkim napisem wyjście.
Iwona, przecież JA je zaadoptowałem. To moje dzieci, zgodnie z prawem.
Tak, ale później się tym zajmiemy. Najważniejsze jest teraz, żeby dzieci miały tatę.
Później się tym zajmiemy.
Jakby chodziło o rachunek za prąd.
Poszedłem do swojego prawnika. O mało nie zakrztusił się kawą:
Podpisał pan pełną adopcję?
Tak.
To teraz jest pan tatą. Z całym pakietem obowiązków alimenty, szkoła, lekarze. Wszystko.
Ale ja już z ich matką nie jestem
To nie ma znaczenia. Jest pan ojcem. Tak działa prawo.
I tak oto jestem tu, gdzie jestem płacę alimenty Iwonie, która mieszka szczęśliwie z Tomkiem w MOIM mieszkaniu. Bo dzieci potrzebują stabilności i nie wolno ich przeprowadzać.
MOJE mieszkanie. Kupione przeze mnie. Ale to ja musiałem się wynieść, bo ponoć to zbyt traumatyczne dla dzieci.
Najlepsze?
Tomek ojciec-widmo, który latami nie dał choćby złotówki teraz zabiera dzieci do parku, na mecz piłki nożnej i jest lokalnym bohaterem.
A ja co miesiąc dostaję maila od adwokata:
Przelew alimentacyjny: 2100 zł
Z buźką w smutnej minie. Nie pomaga, serio.
W zeszłym miesiącu Jakub pisze:
Siema, możesz mi jeszcze przelać trochę? Potrzebuję nowych adidasów.
A Tomek nie może ci kupić?
On mówi, iż ty jesteś moim prawnym tatą. On jest tylko tatą z serca.
Tata z serca.
Ale wygodne. Ja jestem tata od przelewów.
Adopcja praktycznie nie da się cofnąć. Sąd uznałby mnie za tyrana, który porzuca dzieci.
Znajomi już dawno przestali mnie żałować:
Stary, kiedy ci przeszło przez myśl, iż to dobry pomysł?
Zakochałem się.
Zakochać się nie znaczy wyłączyć mózg
I mieli rację.
Dziś, kiedy widzę faceta z dziećmi, które nie są jego, mam ochotę krzyczeć:
NIE PODPISUJ! MOŻESZ BYĆ WUJKIEM, CHŁOPAKIEM, KIM CHCESZ BYLE NIE PODPISUJ!
Mama powiedziała tylko:
Miłość zrobiła z ciebie głupka.
I przytuliła mnie tak mocno, aż mnie rozbolało.
Wczoraj znów:
Nadzwyczajny wydatek: wyprawka szkolna 600 zł.
Nadzwyczajny. Jakby szkoła nie była co roku!
A Iwona wrzuca fotki szczęśliwej rodzinki.
Dzieci z MOIM NAZWISKIEM obok faceta, który je zostawił.
Najlepsze?
Aurelia (lat 10, tak, ma Instagrama…) napisała w swoim bio:
Córka Iwony i Tomka
Moje nazwisko? Ani śladu.
Jestem anonimowym sponsorem ich życia.
Tak oto sam, z 2100 zł mniej co miesiąc, z dwójką dzieci, które piszą tylko o kasę, i z pełną świadomością, iż z miłości zrobiłem największą głupotę życia.
Jedyny plus? Że jak ktoś pyta, czy mam dzieci, mówię tak i opowiadam tę historię na imprezie. Wszyscy się śmieją.
Ja płaczę tylko w środku.
A wy? Podpisaliście kiedyś coś z miłości, co potem kosztowało was majątek czy tylko ja jestem tym orłem, co do nazwiska dorzucił komuś rachunek bankowy w pakiecie promocyjnym?













