Odebrałem moją pięcioletnią córeczkę z przedszkola w Warszawie, gdy nagle zapytała cicho: Tato, czemu nowy tata nie przyszedł po mnie jak zawsze?
Zamarłem. Dziesięć lat małżeństwa, wspólne życie budowane od zera, nasza cudowna Hania. Byłem przekonany, iż znam Ewę, moją żonę, na wylot. Ale tamtego popołudnia, słysząc słowa Hani, zacząłem wątpić we wszystko.
Poznaliśmy się z Ewą na imieninach naszego wspólnego znajomego Pawła. Pamiętam ją przy oknie, kieliszek czerwonego wina w dłoni, rozpromieniona śmiechem, którego nie dosłyszałem, a który brzmiał jakoś tak naturalnie, jakby należał do niej od zawsze. Od razu wiedziałem, iż moje życie właśnie się zmienia.
Była pewna siebie, magnetyczna typ kobiety, która potrafiła wejść do knajpy przy Nowym Świecie i od razu zapanować nad całym otoczeniem. Ja? Byłem zwykłym informatykiem, cichym, nieśmiałym facetem z Pragi, który na spotkaniach wypadał, jakby zaraz miał zemdleć.
Ale dostrzegła mnie.
Tej nocy rozmawialiśmy godzinami. O muzyce Perfectu, o wycieczkach do Zakopanego, głupotach z dzieciństwa. Zakochałem się tak mocno, iż aż bałem się ruszać, by nie zepsuć tej chwili. Rok później stanęliśmy nad brzegiem Jeziora Zegrzyńskiego i powiedzieliśmy sobie „tak” podczas małej uroczystości przy zachodzie słońca. Myślałem, iż złapałem Pana Boga za nogi.
Kiedy urodziła się Hania, wszystko się zmieniło. Nagle ten mały człowiek był naszym całym światem. Z jednej strony szalona radość, z drugiej strach. Ale byliśmy razem. Wszystko, choćby nocne karmienia, choćby te dni, kiedy przysypialiśmy siedząc na kanapie, miały sens, bo robiliśmy to jako drużyna.
Ewa wróciła do pracy po pół roku. Kierowniczka marketingu w dużej firmie na Emilii Plater z tych osób, które jak coś zaplanują, to choćby burza śnieżna nie przeszkodzi. Wspierałem ją w tym bez reszty.
Ja też miałem elastyczne godziny świat informatyków rządzi się swoimi prawami ale Ewa najczęściej odbierała Hanię z przedszkola. Tak już się utarło. Potem wspólny obiad, kąpiel Hani, bajka o Bolku i Lolku na dobranoc. Codzienne rytuały, zwyczajne, a jednak wyjątkowe.
Nie kłóciliśmy się o nic poważnego. Ot, kto zapomniał o mleku albo czemu naczynia znów stoją w zlewie. Nic, co mogłoby sprawić, iż zwątpię w nasze małżeństwo.
Aż do tego czwartku, kiedy zadzwoniła Ewa.
Kochanie jej głos wyraźnie drżał mam zebranie z zarządem, nie dam rady odebrać dziś Hani. Możesz ją odebrać?
Spojrzałem na zegarek. 15:15. Zdążę.
Oczywiście, nie ma sprawy.
Dziękuję. Jesteś kochany.
Porozumiałem się z szefem, wyszedłem wcześniej z biura. W przedszkolu, gdy Hania wybiegła mi naprzeciw, rozbłysła cała radością. Boże, dawno nie miałem okazji tak po prostu być z nią na luzie, bez pośpiechu.
Tatuś! krzyknęła, a ja przykucnąłem, by ją przytulić.
Gotowa do domu, księżniczko?
Tak!
Zawijałem ją w różową kurtkę w wesołe pieski, a ona opowiadała o tym, jak jej przyjaciółka Zosia zgubiła torebkę ze śniadaniem. Nagle spojrzała na mnie poważnie.
Tato… a dlaczego nowy tata dzisiaj nie przyszedł?
Wryło mnie w ziemię.
Misiu, kogo masz na myśli? Jakiego nowego tatę?
Spojrzała na mnie z pobłażaniem, jakbym nie ogarniał podstaw świata.
No wiesz… nowy tata, ten pan, który mnie zawsze odbiera, kiedy ciebie nie ma. Chodzimy potem razem do mamy do biura, oglądam jej komputer albo jedziemy do zoo. Fajny jest, czasem daje mi drożdżówkę. I ciągle chce, żebym mówiła do niego „tata”, ale ja tak nie lubię. Dziwnie brzmi.
Serce przestało mi bić na moment.
Wykrztusiłem jakoś spokojnie:
Wiesz co, dzisiaj nie mógł przyjść, ale za to ja jestem. Chyba fajnie, iż razem wrócimy, co?
Pewnie, tato! zaśmiała się lekko, zupełnie nieświadoma ciężaru tych słów.
Potem przez całą drogę opowiadała o swojej pani Monice, o piaskownicy, o tym jak Krzyś się przewrócił, a potem narysowała żyrafę z fioletową głową. Przytakiwałem, mrucząc od czasu do czasu „no proszę!”, ale tak naprawdę myśl pulsowała mi w głowie: Kto to, do cholery, jest?
Nigdy Ewa nie wspominała, iż ktoś inny odbiera Hanię, iż zabierają ją do biura, a już broń Boże do zoo. Czułem, jak grunt osuwa mi się spod nóg.
Wieczorem ugotowałem Hani jej ulubione kluseczki z serem i pieczonym kurczakiem. Składaliśmy puzzle z Wawelu, a ja przeżuwałem w myślach imię „nowy tata”.
Tamtej nocy leżałem w łóżku, słysząc równy oddech Ewy. Chciałem ją obudzić, zapytać wprost, ale nie mogłem. Może bałem się odpowiedzi. Może chciałem mieć dowód. Z trudem przetrwałem noc bez snu.
Rano podjąłem decyzję. Zgłosiłem w pracy jednodniowe L4. Zaparkowałem naprzeciw przedszkola, mając widok na wejście. O 15.00 Ewa miała odebrać Hanię.
Ale kiedy dzieci wyszły na zewnątrz, pojawił się nie Ewa, tylko ten… facet. Mateusz jej asystent. Sześć, siedem lat młodszy, chłopak z legionowskiej politechniki, czasem pojawiał się na zdjęciach z firmowych integracji, Ewa parę razy wspominała jego imię między wierszami.
Obserwowałem go przez szybę. Przyszedł, uśmiechnął się, wziął Hanię za rękę. Robiłem zdjęcia, telefonem trzęsły mi się dłonie. Pragnąłem wyskoczyć z auta i wyrwać córkę, ale wiedziałem muszę mieć pewność.
Ruszyli do biurowca w centrum. Zaparkowali w podziemiu, wysiedli, Mateusz wysoko niósł jej plecak, Hania szczebiotała coś do swojego pluszowego pieska.
Czekałem, aż znikną. Po dziesięciu minutach wlazłem przez główne drzwi do prawie pustego biurowca. Kilka osób, ekipa sprzątająca. Z daleka zobaczyłem Hanię siedziała na plastikowym krześle, przytulając pluszowego Reksia.
Podszedłem, nachyliłem się.
Hej, złotko. Gdzie mama? A co z panem, który cię odebrał?
Tam są, tato, za tymi drzwiami. Kazali mi tu czekać i być grzeczną wskazała na przeszklone skrzydło na końcu korytarza.
Pocałowałem ją w czoło, serce miałem w gardle.
Poczekaj tu na mnie, dobrze? Niedługo wrócę.
Drżąc, podszedłem do drzwi, otworzyłem je bez pukania.
Zobaczyłem Ewę i Mateusza, spleceni w gorącym pocałunku na tle regału z segregatorami. Zastygli, widząc mnie.
Podszedłem bliżej, głos miałem sztywny jak stal.
Co, do jasnej cholery, robisz z moją żoną? I kto dał ci prawo mówić mojemu dziecku, żeby wołało na ciebie tata?!
Mateusz spuścił głowę, milczał. Ewa pobladła, łzy napłynęły jej do oczu.
Michał… ja nie… nie kazałam jej tak mówić! Przysięgam, nie wiedziałam, że… To wszystko pomyłka, to się wymknęło spod kontroli… Czułam się samotna, ciebie ciągle nie było, a Mateusz…
Wycedziłem:
Nie próbuj się tłumaczyć. Korzystasz z własnego dziecka, żeby maskować romans? Naprawdę? Zabierasz ją do zoo, pozwalasz obcemu facetowi nazywać się jej tatą? To już koniec, Ewa.
Proszę, daj mi szansę… To tylko przygoda…
Nie. Nigdy. Nie zamierzam już słuchać kłamstw. Nasze małżeństwo właśnie się skończyło.
Odszedłem, zostawiając ją zalaną łzami.
Wziąłem Hanię za rękę. Zapytała, dlaczego jestem smutny. Odpowiedziałem, iż spędzimy wieczór tylko we dwoje, pójdziemy na lody i zagramy w memory.
To nie był dobry wieczór. Ani trochę.
Nazajutrz zasięgnąłem porady prawnika. Złożyłem pozew o rozwód i wyłączną opiekę. Przez kolejne miesiące trwała walka monitoring z przedszkola i z biura potwierdził, iż Mateusz odbierał Hanię wielokrotnie, pracownicy myśleli, iż miał na to zgodę. Sąd był bezwzględny Ewa przez nieodpowiedzialność oraz romans straciła prawo do opieki. Dostała tylko nadzorowane widzenia w co drugi weekend.
W firmie Ewy gwałtownie rozeszły się plotki w tydzień zarówno ona, jak i Mateusz stracili pracę. O romansie szefa z podwładnym krążyły plotki w całej branży. Nie czułem satysfakcji, ale i nie zamierzałem płakać.
Zdrada, choć boli, ma swoje konsekwencje.
W nocy, kiedy Hania spała, nie raz płakałem w samotności. Myślałem, iż Ewa jest tą jedyną. Przerzuciła całą naszą przeszłość dla chwilowego zauroczenia i chłopca, który bez wstydu próbował zastąpić Hani ojca.
Obiecałem sobie wychować Hanię na kobietę silną, dobrą, mądrą. Żeby nigdy nie miała cienia wątpliwości, iż kocham ją najbardziej na świecie.
Ewa widuje się z Hanią na tych krótkich, przykrótkich spotkaniach nadzorowanych w domu babci, czasem na urodzinach czy szkolnych przedstawieniach. Coraz częściej pyta SMS-em, czy jej wybaczę. Nie potrafię. Może kiedyś. Dla Hani czasem siadamy wszyscy przy stole rozmawiamy, żartujemy, udajemy, iż się nie ranimy, by mała czuła się bezpieczna.
Nie wiem, czy jeszcze kiedyś komuś zaufam. Skupiam się na córce. Jej nigdy nie pozwolę czuć się nieważną. Nigdy nie zawaham się stanąć w jej obronie.
A jeżeli myślisz, iż ciebie to nie spotka uwierz, nikt nie jest bezpieczny. Patrz uważnie na drobiazgi, pytaj, gdy coś powątpiewasz. Zawsze wierz swojej intuicji, bo czasem największe kłamstwa chowają się tam, gdzie się ich najmniej spodziewamy.
Co byś zrobił, gdyby twoje dziecko szepnęło ci o kimś, o kim nie słyszałeś nigdy w życiu? Przemilczałbyś? Czy dociekał prawdy?
Ja cieszę się, iż nie przegapiłem tej chwili. Gdybym się wycofał, nie wiem, jak długo by to trwało. Ile kłamstw musiałby jeszcze znosić dom naszej córki.
Ocaliłem Hanię przed życiem zbudowanym na złudzeniach. I tego nigdy nie będę żałował.













