Odejdź ode mnie! Przecież nie obiecywałem ci ślubu! choćby nie jestem pewien, czyje to dziecko.
A może to wcale nie moje? Więc, tańcz sobie walczyka, a ja chyba pojadę już dalej tak rzucił Zbigniew oszołomionej Celinie.
Stała, nie mogąc uwierzyć swoim uszom ani oczom Czy to ten sam Zbyszek, który ją kochał i nosił na rękach?
Ten sam Zbysiu, co szeptał Celuś, obiecywał gwiazdkę z nieba?
Przed nią stał nieznajomy, zagubiony, a przez to zły mężczyzna Celina płakała tydzień, machając Zbyszkowi na zawsze na pożegnanie.
Miała już trzydzieści pięć lat, czuła się całkiem niezauważalna i wiedziała, iż na szczęście kobiece szanse są niewielkie więc postanowiła urodzić.
Dokładnie w terminie Celina doczekała się krzykliwej dziewczynki. Nazwała ją Jagoda.
Jagódka rosła spokojna, nie kłopotała matki, jakby od razu wiedziała, iż choćby krzyczała, kilka wskóra.
Celina zajmowała się córką sumiennie karmiła, ubierała, choćby czasem kupowała zabawkę. Ale żeby przytulić, pogłaskać, pobawić się dłużej nie. Tego po prostu nie było.
Jagódka podnosiła rączki, ale matka odsuwała ją: bo Celina zajęta, bo zmęczona, bo spraw na głowie, albo boli ją głowa. Instynkt matki nigdy się nie zbudził.
Kiedy Jagódka skończyła siedem lat, stało się coś niespodziewanego Celina poznała mężczyznę.
I nie tylko poznała! Sprowadziła go do siebie! Cała wioska zaczęła plotkować: Celina to już na starość szaleje.
Facet nie z okolic, nie wiadomo skąd, pracy stałej brak, mieszka gdzieś tam! Może to jakiś naciągacz? Taka to historia!
Celina pracowała w sklepie na rogu, on pomagał jej rozładowywać towar, tak się poznali. Niedługo potem zamieszkał z nimi imię jego było Roman.
Sąsiedzi nie szczędzili słów krytyki nie wiadomo kogo ściągnęła pod dach, nie myśli o dziecku! Jeszcze i milczek z niego, słowa nie wyciągniesz na pewno coś ukrywa.
Ale Celina go nie słuchała. Czuła, iż to jej ostatnia szansa na odrobinę szczęścia.
Z czasem jednak ludzie zmienili zdanie o milczącym Romanie.
Dom Celiny, zaniedbany i bez męskiej ręki, aż prosił się o remont. Roman najpierw naprawił schody na ganek, potem załatał przeciekający dach, postawił nowy płot. Każdego dnia coś reperował i dom zmieniał się w oczach.
Ludzie, widząc jego złote ręce, sami prosili go o pomoc. A Roman powiadał:
jeżeli jesteś bardzo stary albo naprawdę biedny, zrobię to za darmo. jeżeli nie płać złotówkami lub przynieś, co tam masz dobre słoiki, kiełbasę, jajka, mleko.
Nie miał swojej ziemi, nie trzymał bydła, a w domu Celiny od czasu pojawienia się Romana pojawiły się w lodówce wiejskie smakołyki śmietana, mleko, masło.
Roman znał się na wszystkim był jak majster od wszystkiego. Celina, chociaż nigdy pięknością nie była, z nim rozkwitła zaświeciła się jej twarz, spoważniała, a zarazem złagodniała.
Do Jagódki była choćby bardziej czuła. Uśmiechała się, i wtedy, dopiero teraz, pojawiały się dołeczki jak u dziecka. A Jagódka zaczęła już chodzić do szkoły.
Kiedyś siedziała na ganku i patrzyła, jak wujek Roman pracuje, jak wszystko mu się udaje.
Potem poszła do koleżanki z sąsiedztwa i zabawiła się, wróciła późnym wieczorem. Gdy otworzyła furtkę, zaniemówiła.
Na środku podwórka stały huśtawki! Kołysały się delikatnie w powiewie wiatru, zapraszały do zabawy.
Dla mnie?! Wujku Romanie! To pan dla mnie zrobił? Huśtawki?! Jagódka nie wierzyła własnym oczom.
Dla ciebie, Jagienko, a dla kogo! Przetestuj! zaśmiał się zwykle powściągliwy wujek Roman.
Jagódka usiadła i huśtała się wysoko, a wiatr świstał jej w uszach szczęśliwsza od niej nie była tego dnia żadna dziewczynka.
Celina szła wcześnie do pracy gotowanie przejął wujek Roman. Pieczołowicie przygotowywał śniadania, obiady. Placki i zapiekanki, które robił, były pyszne!
Roman nauczył Jagódkę gotować i nakrywać do stołu tyle w nim było ukrytych talentów.
Zimą, gdy dni krótkie, wujek Roman odprowadzał ją i odbierał ze szkoły. Niósł tornister, a po drodze opowiadał różne historie jak pielęgnował chorą mamę, sprzedał mieszkanie, żeby jej pomóc.
I mówił, jak własny brat wyrzucił go z domu, oszukał By Jagoda wiedziała, jacy bywają choćby najbliżsi ludzie.
Nauczył ją łowić ryby. Latem o świcie szli we dwójkę na rzekę, siedzieli cicho i czekali na branie. Uczył ją cierpliwości.
Kupił jej pierwszy dziecięcy rower i uczył jeździć. Zielonym płynem smarował rozbite kolana, gdy się przewracała.
Roman, rozbije się dziecko! narzekała Celina.
Nie rozbije się. Musi się nauczyć upadać i znów się podnosić odpowiadał spokojnie.
Na Nowy Rok Roman podarował Jagodzie prawdziwe, białe dziecięce łyżwy. Wieczorem cała rodzina zasiadła do stołu, który on razem z Jagódką przygotował.
Czekali na wybicie zygara, składali sobie życzenia, śmiali się. Było radośnie i smacznie.
A rano Celina i Roman obudzili się od szczęśliwego wrzasku Jagódki.
Łyżwy! Mam prawdziwe łyżwy! Białe, nowiutkie! Dziękuję, dziękuję! krzyczała Jagoda, ściskając prezent pod choinką, a łzy euforii płynęły jej po policzkach.
Potem razem z Romanem poszli na zamarzniętą rzekę. On oczyszczał lód ze śniegu, a Jagódka mu pomagała. Potem uczył ją jeździć.
Upadała, ale on cierpliwie prowadził ją za rękę, aż nauczyła się utrzymać na lodzie.
Gdy w końcu przejechała pewnie kawałek bez upadku, aż piszczała z radości. Odchodząc, rzuciła się Romanowi na szyję:
Dziękuję ci za wszystko! Dziękuję, tato
Tego dnia płakał Roman, ze wzruszenia. Cicho ocierał łzy, by Jagoda nie widziała ale zamieniały się w zimne kryształki na mrozie.
Jagoda dorosła. Wyjechała do miasta do Krakowa, na studia. Miała w życiu wiele trudności, jak każdy. Roman zawsze był obok.
Był na jej maturze. Przywoził do miasta torby z jedzeniem, by córcia nie chodziła głodna nigdy.
Prowadził ją do ołtarza, gdy Jagoda wychodziła za mąż. Stał razem z jej mężem pod szpitalem, czekając na wieść o wnuku. Kochał wnuki jak własne dzieci, a może choćby mocniej.
Potem odszedł, jak każdy odchodzi. Na pożegnaniu Jagoda i jej matka stały pogrążone w smutku, sypiąc na grób garść ziemi.
Żegnaj, tato Byłeś najlepszym ojcem na świecie. Będę cię pamiętać na zawsze
W jej sercu został już na zawsze. Już nie jako wujek Roman, nie jako ojczym. Jako OJCIEC.
Bo ojcem nie zawsze jest ten, kto urodził, ale ten, kto wychował, dzielił smutek i radość. Ten, kto był.










