Odkąd tylko pamiętam, rodzice powtarzali mi, iż jestem nikomu niepotrzebna i do niczego się nie nadaję.
Mówią, iż rodzina powinna być najbliższa, a matka to ta osoba, która troszczy się najbardziej w końcu to ona nosi dziecko pod sercem przez dziewięć miesięcy, rodzi w bólach, czuwa po nocach i poświęca dla dziecka całe swoje życie.
Może i tak jest, ale nie w moim przypadku. Moja mama, Teresa Kowalska, i ja jesteśmy jak dwa różne światy. Nigdy się nie rozumiałyśmy. Nigdy mnie nie wspierała, nie chwaliła, a jeżeli już miałam jakiś pomysł, od razu spotykałam się z jej lekceważeniem i krytyką.
Według niej byłam głupią i niezaradną dziewczyną kimś, kto niczego nie potrafi i nigdy niczego nie osiągnie. Nie potrafiłam pojąć, czemu traktuje mnie w taki sposób. Ale wystarczyło, iż coś jej było potrzebne, natychmiast oczekiwała, iż jej pomogę. Tak, ta sama córka, która według niej nie nadaje się do niczego. Na szczęście mój tata, Stanisław Kowalski, zawsze okazywał mi serce i wsparcie.
W końcu postanowiłam opuścić rodzinny Sandomierz i przeprowadzić się do Warszawy, by walczyć o lepsze życie i własne szczęście. Gdy mama się o tym dowiedziała, wpadła w prawdziwą histerię. Zarzucała mi wszystko, wymyślając kolejne argumenty, bym została jej najważniejszym celem było, by mieć w domu bezpłatną pomocnicę. Nie uległam jednak szantażowi emocjonalnemu i postawiłam na swoim.
I oto jestem dziś: mieszkam w Warszawie, mam piękne, przestronne mieszkanie, prowadzę własną firmę, jestem matką dwójki wspaniałych dzieci i żoną cudownego męża, Marka. Mama zawsze powtarzała, iż nigdy niczego nie osiągnę ale udowodniłam jej, iż można wszystko, jeżeli tylko nie pozwoli się innym zagłuszyć własnych marzeń i uwierzy się w siebie.
Życie nauczyło mnie, iż najważniejsze to słuchać własnego serca i nie bać się iść swoją drogą, choćby jeżeli inni w nas nie wierzą. To właśnie odwaga i wytrwałość prowadzą do prawdziwego szczęścia.











