Oj, dziewczyno, na próżno go wypatrujesz, nie ożeni się.
Zaledwie skończyłam szesnaście lat, gdy odeszła mama. Tata już siedem lat temu wyjechał do pracy do Warszawy, ale na tym się skończyło. Ani słowa, ani złotówki od niego.
Prawie cała wieś przyszła na pogrzeb, pomagali, jak kto mógł. Ciocia Maria, moja chrzestna, często do mnie zaglądała, podpowiadała co i jak. Skończyłam szkołę, załatwili mi pracę na poczcie w sąsiedniej wiosce.
Jestem dziewczyną zdrową, mówi się o takich krzepka z krwi i mleka. Twarz okrągła i zaróżowiona, nos ziemniaczek, ale oczy jasnoszare, promienne. Gruby warkocz, aż do pasa.
Najlepszym chłopakiem we wsi uchodził Michał. Dwa lata temu wrócił z wojska, dziewczyny nie dawały mu spokoju. choćby te z miasta, co przyjeżdżały na wakacje, rzucały na niego oczko.
Nie nadaje się na zwykłego kierowcę w wiosce raczej aktorem w jakimś polskim filmie. Chłopak chciał się jeszcze wyszaleć, o żonie nie myślał.
Przyszła do niego ciocia Maria, poprosiła, żeby pomógł mi płot naprawić zaczęło się sypać. Ciężko żyć bez męskiej ręki. Na polu sobie radzę, ale w domu już gorzej.
Nie gadając dużo, zgodził się. Przyszedł, obejrzał i zaczął dowodzić: przynieś to, podaj tamto, poleć po to. Ja bez sprzeciwu wszystko wykonywałam.
Tylko policzki miałam jeszcze bardziej czerwone, a warkocz za plecami latał z jednej strony na drugą. Gdy się zmęczył, karmiłam go tłustym barszczem i mocną herbatą. Patrzyłam, jak białymi, mocnymi zębami gryzie czarny chleb.
Trzy dni naprawiał Michał płot, a czwartego dnia przyszedł już bez powodu. Nakarmiłam go kolacją, jedno słowo za drugim, został na noc. Potem już tylko przychodził. Odchodził przed świtem, żeby nikt nie widział. Tylko w wiosce nic się nie ukryje.
Oj, dziewczyno, na próżno go goszczę, na ślub się nie zdecyduje. A jak już, to się z nim namęczysz. Jak lato nadejdzie, przyjadą miejskie ślicznotki, co wtedy zrobisz? Spalisz się z zazdrości. Nie taki ci chłopak potrzeba mówiła ciocia Maria.
Ale czy zakochana młodość słucha rozsądnej starości?
Później odkryłam, iż jestem w ciąży. Na początku myślałam, iż się przeziębiłam czy zatrułam. Słabość, mdłości mnie dopadły. Ale potem, jak obuchem w łeb, przyszła żadna myśl w moim brzuchu rośnie dziecko Michała.
W grzesznej rozpaczy chciałam się pozbyć za wcześnie mi na dziecko. Ale potem pomyślałam, iż tak będzie najlepiej. Nie będę sama.
Mama mnie wychowała, ja też dam radę. Tata na kilka się przydał, tylko pił. Ludzie pogadają, ale się uspokoją.
Na wiosnę zrzuciłam kożuch i wszyscy w wiosce zobaczyli brzuch, który już nie dało się ukryć. Kiwały głowami, narzekały, iż ze mną niedobra sprawa. Michał oczywiście przyszedł zapytać, co mam zamiar robić.
A co? Urodzę. Nie martw się, sama dziecko wychowam. Żyj, jak żyjesz powiedziałam, krzątając się przy piecu. Tylko czerwień ognia tańczy na policzkach i w oczach.
Michał się zapatrzył, ale poszedł. Sama wszystko postanowiłam. Spadło jak woda z gęsi. Lato przyszło przyjechały miejskie piękności. Michał miał mnie gdzieś.
A ja krzątałam się cicho na polu, ciocia Maria pomagała mi pielić. Pochylać się z brzuchem ciężko. Z wiadra z studni pół wiadra ciągnęłam. Brzuch wielki, baby we wsi przepowiadały mi siłacza.
Kogo Bóg da żartowałam.
W połowie września obudziłam się rano z ostrym bólem, jakby mnie rozdarło w pół. Ale ból gwałtownie minął, a potem powrócił. Pobiegłam do cioci Marii. Ona od razu zrozumiała, co się święci.
Już? Siedź, zaraz wracam. I wypadła z domu.
Pobiegła do Michała. Stoi pod domem jego furgon. Letnicy już wyjechali swoimi samochodami. Michał, pech chciał, poprzedniego dnia mocno wypił.
Ciocia Maria go obudziła. Michał patrzy zaspany, nie rozumie, co się dzieje, dokąd jechać. W końcu krzyknął:
Do szpitala jest dziesięć kilometrów! Zanim lekarza sprowadzę, zanim zawiozę z powrotem, ona już dziecko urodzi. Od razu wieziemy! Szykuj ją.
Furgonem? Roztrzęsiesz ją po drodze, jeszcze po drodze dziecko wyjmować będziesz! zaczęła lamentować ciocia.
To pojedziesz z nami, na wszelki wypadek powiedział pewnie.
Jechał ostrożnie dwa kilometry wyboistą drogą. Omija jedną dziurę, wpada w następną. Ciocia Maria w szoferce siedziała na worku. Jak do asfaltowej drogi dojechali, ruszyli szybciej.
Szamotałam się na siedzeniu obok, przygryzałam wargi, żeby nie jęczeć, trzymałam brzuch w dłoniach. Michał natychmiast wytrzeźwiał.
Spoglądał na mnie kątem oka, widać było napięte szczęki, dłonie kurczowo zaciskał na kierownicy. Pewnie swoje rozmyślał.
Zdążyliśmy. Zostawili mnie w szpitalu i wrócili. Całą drogę ciocia Maria suszyła głowę Michałowi:
Po co dziewczynie życie zepsułeś?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a już jej zmartwień przydałeś. Jak ma sobie sama z dzieckiem poradzić?
Jeszcze samochód nie zjechał do wsi, a ja już zostałam matką zdrowego i silnego chłopca. Następnego poranka przynieśli mi go do karmienia. Nie wiedziałam, jak wziąć na ręce, jak przystawić do piersi.
Patrzę przerażonym wzrokiem na czerwone, pomarszczone lico synka. Przygryzłam znów wargę i robiłam, co kazali.
A sama z serca aż drżę z radości. Oglądam, dmucham na czołko, gdzie jasne włoski się stroszą, cieszę się, taka nieporadna.
Przyjadą po ciebie? spytał surowo starszy lekarz przed wypisem.
Wzruszyłam ramionami i pokręciłam głową.
Raczej nie.
Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalną pieluchę, żeby tylko dotrzeć do domu. Nakazała, żeby zwrócić.
Felek, szpitalnym samochodem, cię do wsi podwiezie. Nie z dzieckiem w autobusie będziesz jechać powiedziała ostro, potępiająco.
Podziękowałam. Szłam szpitalnym korytarzem z głową spuszczoną, czerwona ze wstydu.
Jadę w aucie, przyciskam synka do piersi i martwię się, jak teraz będziemy żyć.
Zasiłek macierzyński jak kot napłakał. Żal mi siebie i niewinnego dzieciaka. Spojrzałam na pomarszczoną twarzyczkę śpiącego synka, serce wypełniła czułość, odgoniłam ciężkie myśli.
Nagle samochód stanął. Nerwowo spojrzałam na Felka, niewysokiego, siwego pana koło pięćdziesiątki.
Co się stało?
Dwa dni lało, zobacz jakie kałuże, nie da rady przejechać, utknę. Tylko ciężarówką albo traktorem.
Przepraszam, niedaleko, zostały dwa kilometry. Dolecisz? Wskazał na drogę, gdzie rozlała się ogromna kałuża jak jezioro.
Dziecko śpi na rękach. Siedząc już się zmęczyłam trzymać. Jedyne słowo siłacz. A jak to przejść z nim taką drogą?
Wysiadłam ostrożnie, wygodniej ułożyłam synka, ruszyłam brzegiem kałuży. Nogami grzęznęłam w błocie po kostki, byle się nie przewrócić.
Stare, rozchodzone trzewiki chlapały. W gumowych kaloszach trzeba było do szpitala jechać. Jeden trzewik zakopał się w błocie. Stałam chwilę, rozważając. Nie da się wyciągnąć z dzieckiem na rękach. Poszłam dalej w jednym trzewiku.
Gdy podeszłam pod wieś, już szarzało, nogi z zimna zupełnie odrętwiałe. Nie miałam już siły się dziwić, iż w oknach pali się światło.
Weszłam po suchej, gładkiej klatce schodowej. Nogi zmarzłe, a cała spocona z wysiłku. Otworzyłam drzwi i zamarłam.
Przy ścianie stoi dziecięce łóżeczko, wózek, a w nim ładne ubranka starannie poskładane. Przy stole Michał, głowę na rękach, śpi.
Czy usłyszał coś, czy poczuł mój wzrok, podniósł głowę. Stoję rozczochrana, zarumieniona, z dzieckiem na rękach, ledwo się trzymam. Spódnica przemoczona, nogi w błocie, trzewik tylko na jednej stopie.
Gdy zobaczył, iż bez jednego trzewika, rzucił się do mnie, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam poszedł do pieca, wyjął garnek z gorącą wodą.
Posadził mnie, pomógł się rozebrać, umyć nogi. Nim zdążyłam się przebrać za piecem, już na stole stała gotowana kartofle i dzbanek mleka.
Wtedy dziecko się rozpłakało. Popędziłam do niego, wzięłam na ręce, siadłam do stołu, bez skrępowania zaczęłam karmić.
Jak go nazwałaś? zapytał Michał zachrypniętym głosem.
Maciejem. Sądzisz, iż może być? Spojrzałam mu w oczy.
Było w nich tyle żalu, miłości, aż Michała ścisnęło za serce.
Piękne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy chłopaka i od razu się pobierzemy.
Nie musisz zaczęłam, patrząc, jak syn ssie pierś.
Moje dziecko musi mieć ojca. Wystarczy, nażyłem się. Jaki ze mnie mąż, nie wiem, ale syna nie porzucę.
Kiwnęłam głową, nie podnosząc wzroku.
Dwa lata później urodziła się nam córeczka. Nazwałam ją na cześć mojej mamy Jadwigą.
Nieważne, jakie błędy popełnisz na starcie, ważne, iż zawsze możesz je naprawić…
Taka właśnie historia mnie spotkała. A wy co myślicie? Napiszcie w komentarzu i dajcie lajka.








![Wkrótce otwarcie nowej wystawy w Muzeum Armii Krajowej [ZDJĘCIA]](https://krknews.pl/wp-content/uploads/2026/02/628005872_1852332922187251_9091874312598494104_n.jpg)





