Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się… Wari ledwie stuknęło szesnaście lat, gdy zabrakło mamy. Ojciec z siedem lat temu wyjechał za pracą do miasta i ślad po nim zaginął – ani wiadomości, ani pieniędzy. Cała wieś przyszła na pogrzeb, wszyscy pomagali jak mogli. Ciocia Maria, chrzestna Wari, często do niej zaglądała, przypominała co i jak zrobić. Gdy tylko skończyła szkołę, załatwili jej pracę na poczcie w sąsiedniej wsi. Waria – dziewczyna z krwi i kości, o takich mówią, iż zdrowa jak rydz. Twarz okrągła, rumiana, nos ziemniaczany, za to oczy szare, promienne. Gruby, jasny warkocz aż do pasa. Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był uznawany Nikodem. Dwa lata temu wrócił z wojska i nie miał spokoju od dziewczyn — choćby te z miasta, co na lato przyjeżdżały, nie zostawiały go w spokoju. Jemu to raczej kariera w filmach, niż kierowaniem w naszej wsi pisana. Jeszcze się nie wyszalał, nie spieszyło mu się do żeniaczki. Aż tu przyszła do niego ciocia Maria, prosić o pomoc przy naprawie płotu u Wari, bo się przechylał. Bez męskiej ręki na wsi ciężko. Z ogródkiem Waria dawała sobie radę, z domem już nie bardzo. Zgodził się bez słowa. Przyszedł, spojrzał i zaczął wydawać polecenia: to przynieś, tam podaj, daj, zanieś… Waria wszystko bez sprzeciwu spełniała. Tylko rumieńce na twarzy jeszcze bardziej się czerwieniły, a warkocz przesuwał się z boku na bok. Jak się Nikodem zmęczył, to nakarmiła go gęstym barszczem, napoiła mocną herbatą. A sama patrzyła, jak gryzie czarny chleb białymi, mocnymi zębami. Trzy dni z płotem Nikodem się męczył, a czwartego dnia przyszedł już w gości, ot tak. Waria nakarmiła go kolacją, słowo za słowo – został na noc. Potem już regularnie przychodził. Wychodził o świcie, żeby go nikt nie zauważył, ale na wsi nic się nie ukryje. – Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się. A jak już, to będziesz się z nim mordować. Jak latem zjadą miastowe piękności, co zrobisz? Spalisz się z zazdrości. Nie taki ci chłopak potrzebny – powtarzała ciocia Maria. Ale czy zakochana młodość słucha mądrej starości? Później zrozumiała, iż jest przy nadziei. Najpierw myślała, iż się przeziębiła czy zatruła. Czuła się słaba, mdliło ją. A potem uderzyło ją jak obuchem – dziecko w niej, od pięknego Nikodema. Chciała usunąć, za wcześnie na dziecko. A potem pomyślała – będzie lepiej, nie będzie żyć sama. Mama ją wychowała, to i ona da radę. Ojciec kilka był wart, wiecznie pijany. Ludzie pogadają, potem przestaną. Na wiosnę zdjęła kożuch i od razu wszyscy we wsi zobaczyli brzuch. Kręcili głowami, iż bieda się przyplątała. Nikodem oczywiście przyszedł dowiedzieć się, co zamierza. – A co mam zrobić? Urodzę. Nie przejmuj się, sama dziecko wychowam. Żyj jak dawniej – powiedziała, krzątając się przy kuchni. Tylko płomienie z ognia odbijały się rumieńcami na policzkach i w oczach. Nikodem popatrzył, urzeczony, ale wyszedł. Postanowiła sama. Przeszło bez śladu. Latem zjechały się miastowe dziewczyny – Nikodem o Wari już nie myślał. A ona pracowała w ogródku, a ciocia Maria pomagała jej plewić. Z ciężkim brzuchem trudno się schylać, wodę z studni ciągnęła pół wiadra na raz. Brzuch wielki, baby we wsi wróżyły jej mocnego chłopca. – Kogo Bóg da – żartowała Waria. We wrześniu obudził ją nagły ból, jakby rozrywało ją na pół. Ból gwałtownie minął, ale wrócił. Pobiegła do cioci Marii. Ta od razu zrozumiała, co się dzieje. – Już? Siadaj, zaraz będę – i wybiegła z domu. Pobiegła do Nikodema. Ten właśnie miał ciężarówkę pod domem. Letnicy już wyjechali ze swoimi autami. A Nikodem, jak na złość, dzień wcześniej wypił zdrowo. Ciocia roztrzęsła go. Patrzył nieprzytomnie, nie rozumiał, gdzie jechać, co robić. Ale jak zrozumiał, krzyknął: – Przecież do szpitala mamy z10 kilometrów! Zanim po lekarza, ona już urodzi. Od razu wiozę! Zbieraj ją! – Jak ciężarówką? Całą roztrzęsiesz, dziecko po drodze zgubisz – lamentowała pani Maria. – To jedź z nami, na wszelki wypadek – powiedział krótko. Dwa kilometry jechał ostrożnie po wyboistej drodze. Na każdą kałużę trafiał. Ciocia Maria w szoferce na worku siedziała. Jak dojechali do asfaltu, to ruszyli szybciej. Waria wiła się, trzymała się za brzuch, nie chciała jęczeć. Nikodem natychmiast wytrzeźwiał. Zerkał na nią, a sam zgrzytał zębami, pobielały mu knykcie na kierownicy. Myślał o swoim. Zdążyli. Zostawili Warię w szpitalu i wrócili. Ciocia Maria cały czas wytykała Nikodemowi: – Po co dziewczynie życie zmarnowałeś?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a ty jej tylko kłopotów narobiłeś. Jak ona z dzieckiem sobie poradzi? Jeszcze nie dojechali do wsi, a Waria już została mamą zdrowego chłopczyka. Następnego dnia przynieśli jej synka do karmienia. Nie wiedziała, jak go wziąć, jak przystawić do piersi. Patrzy na niego z przerażeniem, nie wie, co robić. Ale serce jej drży z radości. Ogląda, dmucha na czoło, gdzie rosną cienkie włoski, cieszy się, mimo wszystko. – Przyjadą po ciebie? – zapytał srogi, starszy lekarz. Waria wzruszyła ramionami i pokręciła głową. Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalny koc, tylko na drogę do domu. Nakazała oddać. – Felek cię dowiezie szpitalnym samochodem. Z niemowlakiem nie będziesz jechać zwykłym autobusem – powiedziała nieco obcesowo. Waria podziękowała. Szła korytarzem, ze spuszczoną głową, cała czerwona ze wstydu. Waria jedzie samochodem, tuli synka do piersi i martwi się, jak będą teraz żyć. Zasiłek marny, ledwie starczy, żal siebie i niewinnego synka. Patrzy na pomarszczone dziecięce oblicze i serce ją zalewa czułością – odpędza ciężkie myśli. Nagle samochód się zatrzymał. Waria spojrzała niespokojnie na Felka, pięćdziesięcioletniego kierowcę. – Co się stało? – Dwa dni padało. Zobacz, jakie kałuże, ani dojechać, ani ominąć. Utopię się. Tu tylko ciężarówką albo traktorem można. – Przepraszam. Niedaleko, może dwa kilometry zostało. Dasz radę dojść? – wskazał na drogę, gdzie wielka kałuża rozlała się jak jezioro. Dziecko śpi na rękach. choćby siedząc jest trudno je trzymać. Co dopiero iść z nim taką drogą? Ostrożnie wysiadła, wygodniej złapała synka i ruszyła brzegiem ogromnej kałuży. Nogi ugrzęzły jej w błocie po kostki, a byle chwila i może się poślizgnąć. Stare, znoszone buciki chlupią, szkoda, iż w kaloszach do szpitala nie pojechała. Jeden but ugrzązł w błocie. Zastanowiła się chwilę – ale sama nie wyciągnie z dzieckiem na ręku. Poszła dalej w jednym. Gdy dotarła do wsi, już się ściemniało, nóg prawie nie czuła z zimna. Nie miała sił dziwić się, iż w oknach świeci się światło. Weszła na suche schody, nogi zmarznięte, cała spocona ze zmęczenia. Otworzyła drzwi i stanęła jak wryta. Przy ścianie stoi łóżeczko dziecięce, wózek z pięknymi ubrankami dla malucha. Przy stole Nikodem śpi z głową opartą na dłoniach. Zauważył ją, czy wyczuł spojrzenie, podniósł głowę. Waria zarumieniona, rozczochrana, ledwo stoi w drzwiach z dzieckiem na rękach. Suknia cała mokra, nogi po kolana w błocie. Zobaczył, iż bez jednego buta — podbiegł, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam do pieca, wyjął garnek z gorącą wodą. Posadził ją, pomógł rozebrać się, nogi umyć. Zanim zdążyła się przebrać za piecem, na stole już ziemniaki i dzbanek mleka. Dziecko zapłakało. Waria rzuciła się do niego, wzięła na ręce, usiadła do stołu, bez zażenowania zaczęła karmić. – Jak go nazwałaś? – zapytał ochrypłym głosem Nikodem. – Sergiusz. Nie przeszkadza ci? – podniosła na niego swoje jasne oczy. Było w nich tyle tęsknoty i miłości, iż serce Nikodema zadrżało. – Ładne imię. Jutro pójdziemy zarejestrować małego i od razu się pobierzemy. – Nie trzeba… – zaczęła cicho Waria, patrząc na dziecko ssące pierś. – Syn musi mieć ojca. Dość się wyszalałem. Mężem może dobrym nie będę, ale syna nie zostawię. Waria kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku. Po dwóch latach urodziła się jeszcze dziewczynka – dali jej imię Nadzieja, po babci Wari. Nie ważne, jakie błędy popełnisz na początku życia, zawsze można je naprawić… Taka to już życiowa historia. Piszcie w komentarzach, co sądzicie? Zostawcie lajka.

polregion.pl 5 godzin temu

Oj, dziewczyno, na próżno go wypatrujesz, nie ożeni się.

Zaledwie skończyłam szesnaście lat, gdy odeszła mama. Tata już siedem lat temu wyjechał do pracy do Warszawy, ale na tym się skończyło. Ani słowa, ani złotówki od niego.

Prawie cała wieś przyszła na pogrzeb, pomagali, jak kto mógł. Ciocia Maria, moja chrzestna, często do mnie zaglądała, podpowiadała co i jak. Skończyłam szkołę, załatwili mi pracę na poczcie w sąsiedniej wiosce.

Jestem dziewczyną zdrową, mówi się o takich krzepka z krwi i mleka. Twarz okrągła i zaróżowiona, nos ziemniaczek, ale oczy jasnoszare, promienne. Gruby warkocz, aż do pasa.

Najlepszym chłopakiem we wsi uchodził Michał. Dwa lata temu wrócił z wojska, dziewczyny nie dawały mu spokoju. choćby te z miasta, co przyjeżdżały na wakacje, rzucały na niego oczko.

Nie nadaje się na zwykłego kierowcę w wiosce raczej aktorem w jakimś polskim filmie. Chłopak chciał się jeszcze wyszaleć, o żonie nie myślał.

Przyszła do niego ciocia Maria, poprosiła, żeby pomógł mi płot naprawić zaczęło się sypać. Ciężko żyć bez męskiej ręki. Na polu sobie radzę, ale w domu już gorzej.

Nie gadając dużo, zgodził się. Przyszedł, obejrzał i zaczął dowodzić: przynieś to, podaj tamto, poleć po to. Ja bez sprzeciwu wszystko wykonywałam.

Tylko policzki miałam jeszcze bardziej czerwone, a warkocz za plecami latał z jednej strony na drugą. Gdy się zmęczył, karmiłam go tłustym barszczem i mocną herbatą. Patrzyłam, jak białymi, mocnymi zębami gryzie czarny chleb.

Trzy dni naprawiał Michał płot, a czwartego dnia przyszedł już bez powodu. Nakarmiłam go kolacją, jedno słowo za drugim, został na noc. Potem już tylko przychodził. Odchodził przed świtem, żeby nikt nie widział. Tylko w wiosce nic się nie ukryje.

Oj, dziewczyno, na próżno go goszczę, na ślub się nie zdecyduje. A jak już, to się z nim namęczysz. Jak lato nadejdzie, przyjadą miejskie ślicznotki, co wtedy zrobisz? Spalisz się z zazdrości. Nie taki ci chłopak potrzeba mówiła ciocia Maria.

Ale czy zakochana młodość słucha rozsądnej starości?

Później odkryłam, iż jestem w ciąży. Na początku myślałam, iż się przeziębiłam czy zatrułam. Słabość, mdłości mnie dopadły. Ale potem, jak obuchem w łeb, przyszła żadna myśl w moim brzuchu rośnie dziecko Michała.

W grzesznej rozpaczy chciałam się pozbyć za wcześnie mi na dziecko. Ale potem pomyślałam, iż tak będzie najlepiej. Nie będę sama.

Mama mnie wychowała, ja też dam radę. Tata na kilka się przydał, tylko pił. Ludzie pogadają, ale się uspokoją.

Na wiosnę zrzuciłam kożuch i wszyscy w wiosce zobaczyli brzuch, który już nie dało się ukryć. Kiwały głowami, narzekały, iż ze mną niedobra sprawa. Michał oczywiście przyszedł zapytać, co mam zamiar robić.

A co? Urodzę. Nie martw się, sama dziecko wychowam. Żyj, jak żyjesz powiedziałam, krzątając się przy piecu. Tylko czerwień ognia tańczy na policzkach i w oczach.

Michał się zapatrzył, ale poszedł. Sama wszystko postanowiłam. Spadło jak woda z gęsi. Lato przyszło przyjechały miejskie piękności. Michał miał mnie gdzieś.

A ja krzątałam się cicho na polu, ciocia Maria pomagała mi pielić. Pochylać się z brzuchem ciężko. Z wiadra z studni pół wiadra ciągnęłam. Brzuch wielki, baby we wsi przepowiadały mi siłacza.

Kogo Bóg da żartowałam.

W połowie września obudziłam się rano z ostrym bólem, jakby mnie rozdarło w pół. Ale ból gwałtownie minął, a potem powrócił. Pobiegłam do cioci Marii. Ona od razu zrozumiała, co się święci.

Już? Siedź, zaraz wracam. I wypadła z domu.

Pobiegła do Michała. Stoi pod domem jego furgon. Letnicy już wyjechali swoimi samochodami. Michał, pech chciał, poprzedniego dnia mocno wypił.

Ciocia Maria go obudziła. Michał patrzy zaspany, nie rozumie, co się dzieje, dokąd jechać. W końcu krzyknął:

Do szpitala jest dziesięć kilometrów! Zanim lekarza sprowadzę, zanim zawiozę z powrotem, ona już dziecko urodzi. Od razu wieziemy! Szykuj ją.

Furgonem? Roztrzęsiesz ją po drodze, jeszcze po drodze dziecko wyjmować będziesz! zaczęła lamentować ciocia.

To pojedziesz z nami, na wszelki wypadek powiedział pewnie.

Jechał ostrożnie dwa kilometry wyboistą drogą. Omija jedną dziurę, wpada w następną. Ciocia Maria w szoferce siedziała na worku. Jak do asfaltowej drogi dojechali, ruszyli szybciej.

Szamotałam się na siedzeniu obok, przygryzałam wargi, żeby nie jęczeć, trzymałam brzuch w dłoniach. Michał natychmiast wytrzeźwiał.

Spoglądał na mnie kątem oka, widać było napięte szczęki, dłonie kurczowo zaciskał na kierownicy. Pewnie swoje rozmyślał.

Zdążyliśmy. Zostawili mnie w szpitalu i wrócili. Całą drogę ciocia Maria suszyła głowę Michałowi:

Po co dziewczynie życie zepsułeś?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a już jej zmartwień przydałeś. Jak ma sobie sama z dzieckiem poradzić?

Jeszcze samochód nie zjechał do wsi, a ja już zostałam matką zdrowego i silnego chłopca. Następnego poranka przynieśli mi go do karmienia. Nie wiedziałam, jak wziąć na ręce, jak przystawić do piersi.

Patrzę przerażonym wzrokiem na czerwone, pomarszczone lico synka. Przygryzłam znów wargę i robiłam, co kazali.

A sama z serca aż drżę z radości. Oglądam, dmucham na czołko, gdzie jasne włoski się stroszą, cieszę się, taka nieporadna.

Przyjadą po ciebie? spytał surowo starszy lekarz przed wypisem.

Wzruszyłam ramionami i pokręciłam głową.

Raczej nie.

Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalną pieluchę, żeby tylko dotrzeć do domu. Nakazała, żeby zwrócić.

Felek, szpitalnym samochodem, cię do wsi podwiezie. Nie z dzieckiem w autobusie będziesz jechać powiedziała ostro, potępiająco.

Podziękowałam. Szłam szpitalnym korytarzem z głową spuszczoną, czerwona ze wstydu.

Jadę w aucie, przyciskam synka do piersi i martwię się, jak teraz będziemy żyć.

Zasiłek macierzyński jak kot napłakał. Żal mi siebie i niewinnego dzieciaka. Spojrzałam na pomarszczoną twarzyczkę śpiącego synka, serce wypełniła czułość, odgoniłam ciężkie myśli.

Nagle samochód stanął. Nerwowo spojrzałam na Felka, niewysokiego, siwego pana koło pięćdziesiątki.

Co się stało?

Dwa dni lało, zobacz jakie kałuże, nie da rady przejechać, utknę. Tylko ciężarówką albo traktorem.

Przepraszam, niedaleko, zostały dwa kilometry. Dolecisz? Wskazał na drogę, gdzie rozlała się ogromna kałuża jak jezioro.

Dziecko śpi na rękach. Siedząc już się zmęczyłam trzymać. Jedyne słowo siłacz. A jak to przejść z nim taką drogą?

Wysiadłam ostrożnie, wygodniej ułożyłam synka, ruszyłam brzegiem kałuży. Nogami grzęznęłam w błocie po kostki, byle się nie przewrócić.

Stare, rozchodzone trzewiki chlapały. W gumowych kaloszach trzeba było do szpitala jechać. Jeden trzewik zakopał się w błocie. Stałam chwilę, rozważając. Nie da się wyciągnąć z dzieckiem na rękach. Poszłam dalej w jednym trzewiku.

Gdy podeszłam pod wieś, już szarzało, nogi z zimna zupełnie odrętwiałe. Nie miałam już siły się dziwić, iż w oknach pali się światło.

Weszłam po suchej, gładkiej klatce schodowej. Nogi zmarzłe, a cała spocona z wysiłku. Otworzyłam drzwi i zamarłam.

Przy ścianie stoi dziecięce łóżeczko, wózek, a w nim ładne ubranka starannie poskładane. Przy stole Michał, głowę na rękach, śpi.

Czy usłyszał coś, czy poczuł mój wzrok, podniósł głowę. Stoję rozczochrana, zarumieniona, z dzieckiem na rękach, ledwo się trzymam. Spódnica przemoczona, nogi w błocie, trzewik tylko na jednej stopie.

Gdy zobaczył, iż bez jednego trzewika, rzucił się do mnie, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam poszedł do pieca, wyjął garnek z gorącą wodą.

Posadził mnie, pomógł się rozebrać, umyć nogi. Nim zdążyłam się przebrać za piecem, już na stole stała gotowana kartofle i dzbanek mleka.

Wtedy dziecko się rozpłakało. Popędziłam do niego, wzięłam na ręce, siadłam do stołu, bez skrępowania zaczęłam karmić.

Jak go nazwałaś? zapytał Michał zachrypniętym głosem.

Maciejem. Sądzisz, iż może być? Spojrzałam mu w oczy.

Było w nich tyle żalu, miłości, aż Michała ścisnęło za serce.

Piękne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy chłopaka i od razu się pobierzemy.

Nie musisz zaczęłam, patrząc, jak syn ssie pierś.

Moje dziecko musi mieć ojca. Wystarczy, nażyłem się. Jaki ze mnie mąż, nie wiem, ale syna nie porzucę.

Kiwnęłam głową, nie podnosząc wzroku.

Dwa lata później urodziła się nam córeczka. Nazwałam ją na cześć mojej mamy Jadwigą.

Nieważne, jakie błędy popełnisz na starcie, ważne, iż zawsze możesz je naprawić…

Taka właśnie historia mnie spotkała. A wy co myślicie? Napiszcie w komentarzu i dajcie lajka.

Idź do oryginalnego materiału