Beata Wróblewska nie sądziła, iż kiedykolwiek popłacze się z radości, słysząc płacz dziecka w domu. A jednak, kiedy Kuba pierwszy raz krzyknął w nocy — cienko, przestraszony, jakby budził się w obcym miejscu — zerwała się z łóżka i poczuła, iż po policzkach płyną jej łzy.
— Co się dzieje? — Marek usiadł, jeszcze zaspany, nic nie rozumiejąc.
— Nic — powiedziała. — Po prostu w naszym domu płacze dziecko. Rozumiesz? W naszym domu.
Objął ją. I też się rozpłakał.
Do tego wieczoru doszli przez jedenaście lat. Pobrali się młodo, w Kętrzynie, w małym kościółku przy rynku, i przez pierwsze dwa lata w ogóle się nie spieszyli — myśleli, iż mają czas, iż wszystko przed nimi. Potem zaczęli liczyć dni w kalendarzu. Potem miesiące. Potem lata.
Chodzili po lekarzach — najpierw do przychodni w Kętrzynie, potem do kliniki w Olsztynie, na koniec choćby do Warszawy, do prywatnego specjalisty, na którego uzbierali prawie osiem tysięcy złotych.
— Wyniki są prawidłowe u obojga — mówili lekarze, rozkładając ręce. — Bywa tak. Proszę spróbować się nie stresować, odpocząć, zmienić otoczenie.
Zmieniali. Jeździli nad morze do Mielna, brali urlopy, próbowali diet, ziół, kalendarzyków. Marek rzucił palenie, choć i tak palił niewiele. Objechali wszystkich, do kogo dało się dojechać. W końcu machnęli ręką — jak Bóg da.
Bóg nie dawał.
Sąsiadki współczuły. Matka Beaty wzdychała: „Córeczko, może byś się jeszcze poleczyła u tej pani w Gdańsku, mówią, iż pomaga”. Teściowa milczała — a to bolało bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Marek trzymał się dzielnie. Pracował jako kierowca ciężarówki w firmie transportowej pod Kętrzynem, ręce miał złote, dom wybudował sam — duży, jasny, z myślą o dzieciach, które miały tam biegać. Tylko iż dzieci nie było. Był tylko on i ona, i cisza w dwóch pustych pokojach na piętrze.
— Może i dobrze — powiedziała kiedyś Beata. — Damy radę we dwoje. Ludzie i tak żyją samotnie.
Marek skinął głową, ale ona widziała, jak patrzy na dzieciaki sąsiadów bawiące się na trawniku, i jak jego oczy robią się wtedy zupełnie inne — zgaszone, jakby coś w nim gasło razem z nimi.
Pomysł podsunęła pielęgniarka z przychodni, pani Halina — kobieta niemłoda, po sześćdziesiątce, która znała pół powiatu.
— Pani Beato — powiedziała pewnego dnia, mierząc jej ciśnienie. — A myśleliście państwo o adopcji? W domu dziecka w Olsztynie dzieciaki czekają latami. A wy tu we dwoje, w takim dużym domu. Może wasze przeznaczenie to nie urodzić własnego, tylko zrobić cudze dziecko rodzinnym.
Beata milczała cały wieczór. Marek jadł kolację, oglądał mecz, niczego nie zauważał. Dopiero później usiadła obok niego i powiedziała:
— Marek. Zaadoptujmy dziecko.
Odłożył widelec. Długo patrzył w okno, za którym już zapadał zmrok.
— A damy radę? — zapytał w końcu. — To przecież nie nasza krew.
— Będzie nasze — przerwała mu. — jeżeli je pokochamy, stanie się nasze.
Myślał tydzień. Potem drugi. W końcu pojechali do Olsztyna, dowiadywać się. Okazało się, iż można. Papiery, zaświadczenia, komisja kwalifikacyjna, obowiązkowe szkolenie dla przyszłych rodziców adopcyjnych — to wszystko zajęło im osiem miesięcy. Beata chodziła po urzędach jak do pracy, Marek brał urlopy na żądanie, jeździł z nią. Czasem się kłócili, czasem płakali razem w samochodzie na parkingu przed ośrodkiem. Ale nie odpuszczali.
Chłopiec miał na imię Kuba. Cztery lata. W domu dziecka w Olsztynie zaprowadzono ich do sali zabaw. Dzieci siedziały na dywanie — jedno budowało wieżę z klocków, inne woziło samochodzik po podłodze. A jeden chłopiec siedział przy oknie i patrzył na ulicę. Drobny, jasnowłosy, z bardzo poważnymi jak na czterolatka oczami.
— To Kuba — powiedziała dyrektorka placówki. — Dobry chłopiec. Spokojny. Tylko…
— Tylko co? — spytała Beata.
— Już dwa razy wracał do nas.
— Jak to wracał?
— Był adoptowany. I odesłany z powrotem. Jedna rodzina — po miesiącu. Druga — po pół roku. Mówili, iż trudny. Ale on nie jest trudny. On po prostu przestał wierzyć. Nikomu.
Beata podeszła do okna i usiadła obok chłopca na niskim parapecie. Nie dotknęła go, nie próbowała go objąć. Po prostu spojrzała tam, gdzie patrzył — na parking, na szare bloki, na gołębia dziobiącego coś przy krawężniku.
— Co tam widać ciekawego? — zapytała cicho.
Chłopiec wzruszył ramionami.
— Nic. Czekam.
— Na co?
— Aż znowu ktoś przyjdzie i powie, iż mnie zabiera.
Beata przełknęła ślinę. Marek stał z tyłu, zaciskając palce na pasku od torby, jakby to mogło pomóc utrzymać się na nogach.
Zabrali Kubę do domu w listopadzie, kiedy pierwszy śnieg leżał już na polach wzdłuż drogi z Olsztyna do Kętrzyna. Chłopiec przez pierwszy tydzień spał w ubraniu — jakby w każdej chwili mógł być gotowy do wyjazdu. Nie płakał, nie prosił o nic, jadł to, co dano, bez słowa. Beata piekła szarlotkę, żeby dom pachniał czymś domowym, ale Kuba tylko patrzył na ciasto z boku, nie ruszając widelca.
Przełom przyszedł w trzecim tygodniu, tej samej nocy, kiedy pierwszy raz się rozpłakał. Śnił mu się zły sen — krzyczał przez sen imię, którego nie znali. Beata podbiegła, wzięła go na ręce, mimo iż był ciężki jak na czterolatka, i kołysała go, siedząc na podłodze przy łóżku, dopóki nie przestał drżeć.
— Jestem tu — powtarzała. — Nigdzie nie idę.
— Wszyscy tak mówią — wyszeptał Kuba, jeszcze na wpół we śnie.
— A ja to udowodnię. Nie słowami. Zobaczysz.
Minęły cztery lata. Kuba poszedł do szkoły podstawowej w Kętrzynie, do tej samej, w której kiedyś uczyła się Beata. Grał w piłkę na osiedlowym boisku, dostał psa — kundelka ze schroniska, którego nazwał Rex, bez żadnej fantazji, po prostu tak mu się spodobało. Nazywał Beatę mamą, Marka tatą, i robił to tak naturalnie, iż sąsiedzi już dawno przestali pytać, czy to „ten adoptowany”.
Pewnego dnia w kwietniu do drzwi zapukała kobieta, której nikt się nie spodziewał. Elegancko ubrana, w futrze mimo cieplejszej pogody, z teczką pod pachą.
— Nazywam się Iwona Sadowska — przedstawiła się. — Jestem tą drugą rodziną. Tą, która oddała Kubę po pół roku.
Beata poczuła, jak ściska jej się gardło.
— Czego pani chce?
— Ja… zmieniłam zdanie — powiedziała kobieta, a jej głos się załamał. — Wtedy było mi ciężko, mąż odszedł, nie dawałam rady. Ale teraz jestem gotowa. Mam prawnika. On mówi, iż mogę wystąpić o… kontakt. Może choćby o zmianę decyzji.
Za jej plecami stał samochód — czarne audi, zaparkowane nierówno przy krawężniku, silnik wciąż pracował.
Marek wyszedł z warsztatu, wycierając ręce w szmatę, i stanął w progu obok żony.
— Kuba jest w domu — powiedział spokojnie. — Chce pani z nim porozmawiać, czy z nami?
— Chcę wiedzieć, czy mam jeszcze jakieś prawa.
Beata weszła do środka, wróciła po chwili z teczką z dokumentami — postanowieniem sądu rodzinnego z Olsztyna, prawomocnym od czterech lat, oraz aktem urodzenia, na którym w rubryce rodziców widniały już tylko dwa nazwiska: Wróblewski i Wróblewska.
— Proszę — powiedziała, podając teczkę. — Postanowienie jest prawomocne. Nie ma pani żadnych praw rodzicielskich wobec Kuby. Ani kontaktowych, ani żadnych innych. jeżeli chce pani spróbować przez sąd, proszę bardzo, ale niech pani wcześniej porozmawia z prawnikiem uczciwie, a nie takim, który bierze pieniądze za nadzieję.
Iwona wzięła teczkę, przejrzała kartki drżącymi rękami, po czym oddała je z powrotem.
— On mnie chyba nienawidzi — powiedziała cicho.
— On o pani nie pamięta — odpowiedziała Beata. — I to jest najlepsze, co mogła mu pani dać. Niech pani to uszanuje.
Z okna na piętrze wyjrzał Kuba, zaciekawiony hałasem silnika audi. Zobaczył obcą kobietę przy furtce, popatrzył chwilę, po czym odwrócił się i zawołał w głąb domu:
— Mamo, Rex znowu zjadł kapcia taty!
Iwona Sadowska stała jeszcze przez moment na ścieżce, patrząc na to okno. Potem wsiadła do audi i odjechała, nie oglądając się za siebie.
Beata zamknęła drzwi na klucz — nawykowo, choć nikt nie musiał jej tego przypominać — i poszła do kuchni parzyć herbatę, bo za dziesięć minut Kuba miał trening piłki nożnej, a torbę ze strojem trzeba było jeszcze spakować.













