– Okłamałaś mnie! – wykrzyczał Michał, stojąc pośrodku salonu, czerwony ze złości. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to za mnie wyszłaś! – Będziesz najpiękniejszą panną młodą – mama poprawiła welon, a Antonina uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Biała suknia, koronka na rękawach, Michał w eleganckim garniturze. Wszystko tak, jak marzyła od piętnastego roku życia: wielka miłość, ślub, dzieci. Dużo dzieci. Michał chciał syna, ona córkę, więc umówili się na troje, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. – Za rok będę już niańczyć wnuki – powtarzała mama, ocierając łzy z policzków. Antonina wierzyła w każde słowo. Pierwsze miesiące małżeństwa minęły w szczęśliwym zamgleniu. Michał wracał z pracy, a ona witała go kolacją; zasypiali przytuleni i każdego ranka z bijącym sercem sprawdzała kalendarz. Spóźnienie? Nie, tylko jej się wydawało. Kolejny miesiąc. Jeszcze jeden. I znowu. Zimą Michał przestał pytać „i co?” z nadzieją w głosie. Teraz milcząco patrzył, gdy Antonina wychodziła z łazienki. – Może pojedziemy do lekarza? – zaproponowała w lutym, gdy minął prawie rok. – Już dawno powinniśmy byli – mruknął Michał, nie odrywając wzroku od telefonu. Klinika pachniała chlorem i beznadzieją. Antonina siedziała w kolejce wśród kobiet o zgaszonym wzroku, przeglądała magazyn o szczęśliwym macierzyństwie i próbowała uwierzyć, iż to pomyłka. Z nią wszystko w porządku. Po prostu jeszcze nie miała szczęścia. Badania. USG. Znowu badania. Zabiegi. Nazwy procedur zlewały się w jeden niemający końca strumień zimnych leżanek i obojętnych twarzy pielęgniarek. – Szansa na naturalne poczęcie – jakieś pięć procent – powiedziała lekarka, zaglądając do dokumentacji. Antonina kiwała głową, notowała, zadawała pytania. A w środku wszystko zamarło. Leczenie zaczęła w marcu. A z nim przyszły zmiany. – Znowu płaczesz? – Michał stanął w drzwiach sypialni, bardziej zirytowany niż współczujący. – To hormony. – Trzeci miesiąc? Może już przestań udawać? Mam tego dosyć! Chciała wyjaśnić, iż tak działa terapia, potrzeba czasu, lekarze obiecywali wynik za pół roku – rok. Ale Michał już wychodził, trzaskając drzwiami. Pierwsze in vitro wyznaczono na jesień. Przez dwa tygodnie Antonina prawie nie wstawała z łóżka, bojąc się spłoszyć cud. – Negatywny – powiedziała sucho pielęgniarka przez telefon. Antonina osunęła się na korytarzu na podłogę i siedziała tam do wieczora, aż Michał wrócił. – Ile już na to wszystko wydaliśmy? – zapytał, zamiast „jak się czujesz?”. – Nie liczyłam. – Ja liczyłem. Prawie sto tysięcy. I co z tego mamy? Nie odpowiedziała. Odpowiedzi nie było… Druga próba. Michał teraz wracał po północy, pachniał cudzymi perfumami, ale Antonina nie pytała. Nie chciała wiedzieć. Znowu negatyw. – Może już starczy? – Michał siedział naprzeciwko niej w kuchni, obracając pusty kubek. – Ile można? – Lekarze mówią, iż trzecia próba często się udaje. – Lekarze mówią to, za co im płacą! Trzeci raz przechodziła niemal samotnie. Michał „zostawał dłużej w pracy” każdego wieczoru. Przyjaciółki przestały dzwonić – zmęczyły się pocieszaniem. Mama płakała przez telefon i lamentowała, iż taka młoda, taka ładna, za co to wszystko. Gdy pielęgniarka trzeci raz powiedziała „niestety”, Antonina już nie płakała. Łzy skończyły się gdzieś między drugą kuracją a kolejną awanturą o pieniądze. – Okłamałaś mnie! Michał stał pośrodku salonu, czerwony ze złości. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż jesteś bezpłodna, a mimo to za mnie wyszłaś! – Nie wiedziałam! Diagnozę postawili rok po ślubie, byłeś ze mną u lekarza, kiedy… – Nie kłam! – ruszył w jej stronę, a Antonina cofnęła się odruchowo. – Wszystko ustawiłaś! Znalazłaś frajera, który cię poślubił, a potem – niespodzianka! Dzieci nie będzie! – Michał, proszę… – Dość! – złapał za wazę i rzucił o ścianę. – Zasługuję na normalną rodzinę! Z dziećmi! A nie to! Wskazał ją jak coś obrzydliwego, jak błąd natury. Awantury stały się codziennością. Michał wracał zły, milczał przez cały wieczór, a potem wybuchał o każdą drobnostkę: pilot nie na miejscu, przesolona zupa, zbyt głośno oddychasz. – Rozwiedziemy się – oznajmił pewnego ranka. – Co? Nie! Michał, możemy przecież adoptować dziecko, czytałam… – Nie chcę cudzego dziecka! Chcę swoje! I żonę, która je urodzi! – Daj mi jeszcze jedną szansę! Proszę. Kocham cię. – A ja już ciebie nie! Powiedział to spokojnie, patrząc jej w oczy. To bolało bardziej niż wszystkie wcześniejsze krzyki razem. – Pakuję się – oznajmił w piątek wieczorem. Antonina siedziała na kanapie owinięta w koc i patrzyła, jak wrzuca koszule do walizki. Ale nie potrafił pakować się w ciszy. – Odchodzę, bo jesteś pustakiem. Michał dobijał do końca. – Znajdę sobie normalną kobietę. Antonina milczała… Drzwi się zamknęły. W mieszkaniu zapadła cisza. I wtedy po raz pierwszy od wielu miesięcy naprawdę się rozpłakała – wyła w głos, aż ochrypła. Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlały się w jedną szarą plamę. Antonina wstawała, piła herbatę, kładła się z powrotem. Czasem zapominała jeść. Czasem nie wiedziała, jaki jest dzień tygodnia. Przychodziły przyjaciółki, przynosiły jedzenie, sprzątały mieszkanie, próbowały rozmawiać – kiwała głową, ze wszystkim się zgadzała, a potem znowu otulała się kocem i patrzyła w sufit. Czas jednak mijał. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Pewnego ranka Antonina obudziła się z myślą: dosyć. Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła wszystkie leki z lodówki i zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o nowy projekt – trudny, na trzy miesiące, wymagający pełnego zaangażowania. W weekendy zaczęła jeździć na wycieczki, później choćby w krótkie podróże. Warszawa, Kraków, Gdańsk. Życie nie stanęło w miejscu. Damiana poznała w księgarni – oboje sięgnęli po ostatni egzemplarz nowego Stephena Kinga. – Proszę, pani pierwsza – uśmiechnął się, cofając się o krok. – A jeżeli ustąpię panu i zaprosi mnie pan na kawę? – palnęła niespodziewanie Antonina. Roześmiał się, a jej gdzieś w środku zrobiło się ciepło od tego śmiechu. Przy kawie opowiedział o Zosi – siedmioletniej córce, którą wychowuje sam od pięciu lat, odkąd jej mamy zabrakło. O tym, jak ciężko było na początku, jak Zosia w nocy wołała mamę, jak uczył się zaplatać warkocze z tutoriali na YouTube. – Jesteś dobrym ojcem – powiedziała Antonina. – Staram się. Nie chciała go okłamywać. Na trzecim spotkaniu, kiedy oboje już wiedzieli, iż to coś poważnego, wyznała wszystko. – Nie mogę mieć dzieci. Oficjalna diagnoza, trzy nieudane in vitro, mąż odszedł. jeżeli to dla ciebie ważne – lepiej powiedz teraz. Damian długo milczał. – Mam Zosię – powiedział w końcu. – Potrzebuję ciebie, choćby jeżeli nie będziemy mieli wspólnych dzieci. – Ale… – Dasz radę – przerwał jej. – Wiesz, moja mama miała podobną diagnozę. I co? Siedzę tu przed tobą. Cuda się zdarzają. Zosia zaakceptowała ją zaskakująco łatwo. Przy pierwszym spotkaniu patrzyła spode łba, odpowiadała zdawkowo, ale kiedy Antonina zapytała o jej ulubioną książkę, rozgadała się na pół godziny o Harrym Potterze. Na drugim spotkaniu sama wzięła ją za rękę. Na trzecim – poprosiła o „takie warkocze jak u Elzy”. – Podobasz jej się – stwierdził Damian. – Jeszcze nikogo tak gwałtownie nie zaakceptowała. Dwa lata zleciały niepostrzeżenie. Antonina przeprowadziła się do Damiana, nauczyła się smażyć naleśniki na soboty, znała na pamięć wszystkie odcinki „Psiego Patrolu” i odnalazła w sobie siłę, by znowu kochać. Tak naprawdę, bez lęku, bez czekania na cios. W sylwestrową noc, gdy zegar wybijał północ, Antonina wypowiedziała życzenie. Usta wyszeptały: „Chcę dziecka”. Od razu przestraszyła się własnych słów – po co rozdrapywać stare rany? – ale życzenie już poleciało w górę, gdzieś do gwiazd. Po miesiącu pojawiło się opóźnienie. – To niemożliwe – myślała Antonina, patrząc na dwie kreski na teście. – Uszkodzony test. Drugi test. Dwie kreski. Trzeci! Czwarty! Piąty! – Damianie – wyszła z łazienki na miękkich nogach. – Ja… chyba… sama nie wiem, jak to możliwe… Zrozumiał szybciej niż ona dokończyła. Podniósł ją na ręce, zakręcił po pokoju, całował w czubek głowy, w nos, w usta. – Wiedziałem! – powtarzał. – Mówiłem ci – dasz radę! Lekarze patrzyli na nią jak na zjawisko. Wyciągnęli stare karty, sprawdzili wyniki, zlecili nowe badania. – To niemożliwe – kręciła głową lekarka. – Z pani diagnozą… Przez dwadzieścia lat nie widziałam takiego przypadku. – Ale jestem w ciąży? – W ciąży. Ósmy tydzień. Wszystkie wyniki w normie. Antonina się zaśmiała. Cztery miesiące później przypadkiem spotkała kolegę Michała w supermarkecie. – Słyszałaś o Michale? – spytał, patrząc wymownie na jej ciążowy brzuch. – Trzeci raz się ożenił. I znowu nic. Z żadną mu nie wychodzi. – W sensie? – No, dzieci. Ani z drugą żoną, ani z trzecią. Lekarze mówią, iż u niego coś nie tak. Wyobrażasz to sobie? A on wszystko zwalał na ciebie. Antonina nie wiedziała, co powiedzieć. W środku nie poczuła nic – ani satysfakcji, ani żalu. Tylko pustka w miejscu, gdzie kiedyś było uczucie… …Syn urodził się w sierpniu, w słoneczny poranek. Zosia czekała z Damianem na korytarzu i stresowała się najbardziej. – Mogę go potrzymać? – zapytała, zaglądając do sali. – Ostrożnie – Antonina podała jej maleńką paczuszkę. – Trzymaj główkę. Zosia patrzyła na młodszego brata wielkimi oczami, po chwili podniosła wzrok na Antoninę. – Mamo, on zawsze będzie taki czerwony? Mamo… Antonina się rozpłakała, Damian przytulił je obie, Zosia zdezorientowana patrzyła raz na rodziców, raz na braciszka, nie rozumiejąc, czemu wszyscy płaczą. A Antonina pojęła najważniejszą lekcję. Czasem wystarczy obok adekwatna osoba, by uwierzyć w niemożliwe… A wy jak myślicie? Podzielcie się opinią w komentarzu i wesprzyjcie autora lajkiem!

naszkraj.online 1 dzień temu
Okłamałaś mnie! Władysław stał pośrodku salonu, czerwony z gniewu. Co masz na myśli, mówiąc okłamałaś? Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to wyszłaś za mnie! Będziesz najpiękniejszą panną młodą powiedziała mama, poprawiając welon, a Genowefa uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Biała suknia, koronkowe rękawy, Władysław w ciemnym garniturze. Wszystko dokładnie […]
Idź do oryginalnego materiału