Justyna dorastała jako sierota przy żyjących rodzicach. Mamę widywała jedynie na zdjęciach i czasem przez wideorozmowy, a ojciec mieszkał dosłownie za ścianą, ale mimo wszystko nie interesował się jej wychowaniem i działał tak, jakby się bał, iż dziewczyna poprosi go kiedyś o chleb, albo nie daj Boże o nowy plecak do szkoły.
Kiedyś Justyna miała żal do mamy za to, iż w pogoni za własnym szczęściem kompletnie o niej zapomniała, ale z czasem zaczęła ją choćby trochę rozumieć. No bo kto normalny poradziłby sobie w wieku szesnastu lat z dzieckiem na rękach? A ojciec dziecka to jeszcze kolega z klasy i sąsiad jednocześnie niezły życiowy galimatias.
Dobrze chociaż, iż mama odważyła się ją urodzić, bo mogła równie dobrze wybrać łatwiejszą drogę i zostawić temat w szpitalu czy gdzieś indziej. Wprawdzie zostawiła Justynę pod opieką własnych rodziców, więc dziewczyna wychowała się u dziadków, ale z perspektywy czasu była choćby za to wdzięczna. Kto wie, jak by się jej życie ułożyło przy matce, która na bycie mamą chyba nigdy do końca się nie zdecydowała.
U dziadków życie płynęło jak sielanka bez kołowrotka wielkomiejskich zmartwień, za to w oceanie ich niekończącej się miłości. Dziadek z babcią trzęśli się nad nią jak nad najcenniejszym skarbem, a mama z Warszawy regularnie przysyłała modne ciuchy i jakieś fikuśne zabawki.
Jak wyjechała za mąż za Włocha (ekhem, to się nazywa życie!), przesyłki zrobiły się tylko grubsze i paczki, i przelewy na konto. Justynie czasami wręcz się wydawało, iż matka desperacko próbuje zagłuszyć wyrzuty sumienia.
Na osiemnaste urodziny choćby wysłała sporą sumę w złotówkach, żeby dziadek kupił Justynie kawalerkę w Krakowie. Dziewczyna była już praktycznie dorosła, miała zaczynać studia, więc własne mieszkanie zdecydowanie lepsze niż pokój w akademiku.
W ten sposób mama tak od niechcenia, krok po kroku próbowała zbudować z nią jakąś relację i jakoś udowodnić, iż cały czas robiła to wszystko dla dobra córki.
Dziadek z babcią wręcz byli w szoku, iż Justyna nie żywi urazy do mamy, no ale też do żadnej przesadnej czułości nie była skora.
Jak od wielkiego dzwonu mama wpadała do kraju, sąsiadki dosłownie nie mogły się nadziwić, iż te dwie to nie siostry wygląd praktycznie identyczny i ta lekkość bycia, iż w wieku trzydziestu czterech lat wyglądała na góra dwadzieścia pięć!
No i co, Justynko, nie przyjedziesz jednak do mnie do Włoch?
Nie, mamo, jeszcze studia muszę skończyć.
A ucz się, ucz Któż ty to po mnie taka bystra i samodzielna! O, tu masz mój nowy numer komórki, jakbyś potrzebowała kasy albo czegokolwiek, dzwoń w nocy, w dzień, kiedy chcesz.
Dziękuję, mamusiu. Naprawdę mam wszystkiego pod dostatkiem, i pieniędzy za dużo, jak dla mnie wystarczy na długo.
Justyna nie zauważyła nawet, jak jej mama wzdrygnęła się po tym mamusiu. Do tej roli nie dorosła do dziś. Najlepszemu włoskiemu mężowi opowiadała, iż pomaga w Polsce rodzicom i młodszej siostrze, a o dorosłej córce zupełnie cicho sza po co komplikować sobie życie?
Niby kochała Justynę, ale bardziej jak dalszą kuzynkę, a nie jak dziecko, za którego kiedyś była odpowiedzialna.
Aż tu pewnego dnia, po tym jak włoski mąż wymienił ją na rodaczkę, mama wylądowała z walizkami pod progiem Justyny.
Justyna, mogę tu zostać? Przynajmniej przez chwilę?
Jasne, nie widzę problemu, chociaż lada dzień wychodzę za mąż, a potem przeprowadzam się do Kamila.
Wychodzisz za mąż? A nie za wcześnie? Dopiero co skończyłaś dwadzieścia lat.
Za wcześnie??? miała ochotę dodać: ty przecież urodziłaś mnie mając szesnaście!, ale się ugryzła w język, bo raz, iż nie chciała wyjść na złośliwą, a dwa sama przecież już była dorosła. Sama decyduje, z kim się wiąże.
Justyna często łapała się na porównywaniu rodziców Kamila z własną mamą. Tamci ją pokochali od pierwszego wejrzenia i jeszcze przyjmowali jak rodzoną. A mama? choćby nie zapytała, kim naprawdę jest jej przyszły mąż.
Przyjadę na wesele, teraz muszę się ogarnąć i nabrać dystansu. Wybywam do Grecji.
Ooo Grecja Kamil czasem tam bywa służbowo, choćby wczoraj poleciał na jakieś negocjacje gospodarze.
Do ślubu zostało ledwie kilka dni. Justyna padała na nos, ogarniając wszystkie weselne szczegóły.
Kamil miał niespodziewane sprawy, mama jak odjechała, to przepadła i Justyna choćby nie wiedziała, co myśleć. Ale jedno wiedziała na sto procent: jak Kamil dowie się, iż zaraz zostanie ojcem, oszaleje ze szczęścia!
Oczywiście planowała dzieci dopiero po ślubie, ale przecież i tak już wszystko prawie gotowe nikt potem nie powie, iż to ślub na gwałtownie z powodu.
No wreszcie jesteś! Już myślałam, iż zakochałeś się w Greczynce i mnie wystawiłeś!
Ty chyba żartujesz, kochanie! Jaka Greczynka, przecież wiesz, iż nie mam skłonności do przelotnych romansów!
No, tutaj to akurat lekko podkolorował Jedna przygoda faktycznie była.
Spotkanie przypominało naradę wojenną. A Justyna, niczym detektyw, zaczęła przeczuwać, iż coś się święci.
Jakie wy tu macie sekrety? Przecież ja już Kamilowi powiedziałam, iż spodziewam się dziecka!
Powtórz jeszcze raz? Ty jesteś w ciąży z moim mężem?! To chyba żart!
Wyglądam na kogoś, kto robi żarty w ten sposób? Poznaliśmy się w Grecji i niech Kamil powie, jak było super.
Wynocha! Oboje! Nie chcę was widzieć!
Justyna, wybacz, to był błąd, ten romans
Błędem to było wyjście za kogoś, kto potrafi tak podle postępować!
Justyna wniosła pozew o rozwód. Mężowi nie wybaczyła, z matką kontaktu nie utrzymywała.
Cichutko wróciła do rodzinnej wioski do dziadków i szczęśliwie urodziła synka.
O matce i byłym mężu nie chciała słyszeć, historia zamknięta na kłódkę.
Aż tu miesiąc po narodzinach chłopca zadzwonili do niej ze szpitala w Krakowie:
Dzień dobry, czy pani jest córką Barbary Krasuckiej?
Tak coś się stało?
Państwa matka zmarła podczas porodu. Urodziła się dziewczynka może zechciałaby ją pani zabrać? jeżeli nie, trafi do domu dziecka
Ja ja przyjadę.
Justyna zabrała dziewczynkę, bo po prostu nie umiała inaczej postąpić.
Kamil i tak dziecka by nie wziął do wszystkiego miał pretensje tylko do Barbary.
A Justyna uważała, iż byli winni oboje, ale dzieci nie powinny płacić za błędy dorosłych.
Dzieci to szczęście. Jej szczęście. A jak wiadomo, szczęścia nigdy za wieleChoć życie Justyny rozpadło się na kawałki, razem z małym synkiem i niemowlęciem o fiołkowych oczach budowała nową codzienność. Czasem nocą leżała w łóżku, słuchając cichutkiego oddechu maleństw, i śmiała się przez łzy: iż los, który tak pokiereszował ich rodzinę, daje jej szansę napisać zupełnie inną historię.
O poranku, kiedy słońce wpadało przez stare okno w kuchni, Justyna budziła się pierwsza. Gotowała owsiankę, śpiewała dzieciom włoskie kołysanki, które zapamiętała z dzieciństwa, i opowiadała im bajki, wymyślane na poczekaniu. Pod okiem dziadków, w cieple ich miłości, patrzyła, jak jej synek nauczył się chodzić, jak dziewczynka po raz pierwszy uśmiechnęła się do niej, ściskając jej palec tak mocno, jakby chciała przekazać: już nie odejdę, już zawsze będziemy razem.
Nie miała złudzeń, iż będzie łatwo. Czasem krzyczała w duszy, czasem brakowało jej odwagi ale potem szła polać kwiaty przy starych drzwiach albo wąchać świeże ciasto babci, i wiedziała, iż wszystko choćby popękane serce się kiedyś zagoi.
Pewnej niedzieli, gdy dzieci spały na kocu pod jabłonią, Justyna usiadła obok dziadka i powiedziała cicho:
Dziękuję, iż nigdy mnie nie zostawiliście.
A on tylko potrząsnął głową i odparł ze śmiechem:
To ty jesteś teraz naszym domem, Jutka. Ty i te dwa maleństwa.
Uśmiechnęła się przez łzy i pozwoliła, by w końcu, po tylu latach, euforia wygrała z żalem. Zrozumiała, iż nie musi być idealną matką musi tylko być. Dzieci tuliły się do niej z ufnością i spokojem, jakiego sama nigdy nie miała w ramionach swojej matki.
I w tej chwili, po raz pierwszy w życiu, była pewna, iż chroni swoje szczęście dawne i nowe, własnymi rękami. Że nigdy już nie powtórzy błędów poprzednich pokoleń.
A wieczorami, gdy zasypiali na jednym łóżku wszyscy troje, Justyna cicho szeptała do swoich dzieci: Jestem tu. Na zawsze. I czuła, iż ich historia choć zaczęta od czyjegoś odejścia teraz wreszcie ma swój szczęśliwy początek.











