PÓŹNE ŻALENIE.
Grażynko, to ty? zatrzymuję się przy wejściu do podwórka i odwracam głowę w prawo, skąd dochodzi znajomy głos.
Bogusiu? Ile lat już od naszego ostatniego spotkania? Siedem? Osiem? mówi Grażyna, a w jej oczach błyszczy radość.
Dziewięć, kochana, dokładnie dziewięć. Czas leci tak szybko, iż nie zdążysz mrugnąć, a już zamieniasz się w starą, kapryśną ciocię z garścią leków w torbie przymruża lewy okiem Grażyna. Pamiętasz, jak razem podpalaliśmy szkolną ławkę w toalecie pierwszej klasy i później musiałyśmy zmywać nasze graffiti? przywołuje Bogusia, przysłuchując się własnym wspomnieniom.
Nie zapomnę nigdy! A pamiętasz, jak przyklejałyśmy plakaty z naszymi imionami na szkolny korytarz? odpowiada Grażyna, przyglądając się ubraniu przyjaciółki.
Oczywiście. Nie zamierzam stać się taką stara zrzędzą, co wciąż narzeka na młode pokolenie i wspomina lepsze czasy. Patrz na mnie teraz rozkwitłam! podziwia Bogusia, ukrywając się za uśmiechem.
No więc, Bogusiu, przyjechałam na kilka dni do rodziców, bo mąż jest w delegacji. Wieczorem czekam na ciebie u nich. Nie odmawiaj, proszę. Pamiętasz wciąż adres ich domu? przytula Grażyna i poprawia fryzurę.
Nie, Grażynko, nie zapomnę. Jak mogłabym nie pamiętać tego domku, w którym zawsze czekali na nas gościnnie otwarte drzwi? A tej kuchni, w której prawie spaliłyśmy się przy eksperymentach i tych pierogach z wiśniami, które zawsze przypalały się na czarnych węgielkach? mówi Bogusia.
Oczywiście, przyjdziesz? pyta Grażyna po krótkiej przerwie. A twój ulubiony tort Napoleon? Smaki się nie zmieniły? I wino? Mam nadzieję, iż już nie będziemy degustować taniego, jak w jedenastym klasie, co wywołało trzydniowe mdłości po lekcjach.
Teraz wolę polski Riesling. Nie kupuj wina, już mam butelkę w torbie gwałtownie odlicza Grażyna, spoglądając na zegarek.
Zapamiętane, Grażynko.
Mamo i tato będą się cieszyć, iż przyjdziesz. Wczoraj wspominali cię i już nie mogą się doczekać. Muszę już lecieć w interesy. Nie zapomnij, punktualnie o siódmej! mówi Grażyna i rusza w tłum.
Do zobaczenia! woła Bogusia, biegnąc do pobliskiego supermarketu po tort. Musi jeszcze poprosić męża Michała, by zajął się dziećmi; a pamięć? Niepewna, choć część wspomnień już zniknęła może i tak lepiej.
Wejdź, proszę wita ją w holu pani Anna Kowalska, matka Grażyny. Stół przy salonie wciąż przykryty jest białym obrusem, serwetki chrupiące, sztućce z mosiądzu, a na półce stoi porcelanowy zestaw Madonna, który przywołuje na myśl beztroskie dzieciństwo.
Gratuluję, iż twoje życie wciąż pachnie cynamonem, rozmarynem i nutą jaśminu wspomina Anna, patrząc na Bogusię.
Czy mogę przywitać się z Panem Piotrem? pyta Grażyna, podając mu rękę. Piotr, prawie jak damiwski kawaler, przytakuje, całując ją w dłoń, co wywołuje u Bogusi nieco rumieńców.
Rozmawiają o winie, kawałku ciasta i rodzinnym życiu. Piotr pyta o dzieci, a Grażyna przyznaje, iż ich dwoje Ania i Krzyś chodzą już do przedszkola i mają zajęcia taneczne w domu kultury.
Pamiętasz, jak marzyłyśmy, iż poślą się pilotki? śmieje się Grażyna.
A my liczyłyśmy trzydziestoletnich mężczyzn za staruszków i omijałyśmy ich szerokim łukiem odpowiada Bogusia.
To były złote czasy! dodaje Grażyna, przytulając się do wspomnień.
Nie opowiedz mi jeszcze o Andrzeju. Nie chcę wracać do tamtych dni mówi Bogusia, gdy przyjaciółka pyta o byłego.
Nie szukam go, a jeżeli go spotkam, to przypadkiem, jak dwa nieznajome w autobusie odpowiada Grażyna, nie chcąc dalej roztrząsać tematu.
Rozmowa zastyga, a Bogusia wraca do samochodu. W taksówce przypomina sobie fragmenty zapomnianych zdarzeń, serce zaczyna walić jak szalone, policzki czerwieni się, a palce stają się lodowate.
Czy wszystko w porządku? pyta kierowca.
Proszę przyspieszyć, muszę gwałtownie wrócić do domu prosi Bogusia.
Podczas dwudziestu minut jazdy wspomnienia układają się w pełną układankę, oprócz kilku zagubionych elementów. Bogusia widzi siebie w dziecięcym pokoju, na ścianach zdjęcia aktorów przyklejone z gazet, na pianinie stoi kolekcja porcelanowych lalek w baletkach, a na biurku otwarta książka bez tytułu.
Siedzi na łóżku i przy pomocy precyzyjnych nożyczek kroi białą suknię ślubną na drobne kawałki. Rozrzucone po pokoju cekiny lśnią w świetle, welon rozcięty na wąskie paski, a pantofle rozbite na kawałki. Flakon perfum roztrzaskuje młotkiem. Pokój wypełnia aromat cynamonu, rozmarynu i delikatna woń jaśminu. Bogusia niszczy wszystko, co łączyło ją z Andrzejem.
Wtedy zauważa małą aksamitną szkatułkę. Bez wahania chwytając ją obiema rękami, wyciąga z niej dwa złote obrączki z grawerem na zawsze. Biegnie do spiżarni, chwyta topór i po kilku ciosach przetapia obrączki na żółtą bryłkę.
W tym samym momencie słyszy telefon od Andrzeja, który mówi: Ślubu nie będzie. Najlepiej się rozstać. To zdanie przychodzi jej jak cios.
Wychodząc z samochodu przy wejściu do swojego bloku, dostrzega ciemną sylwetkę mężczyzny.
Czy to może być on? myśli Bogusia, zastanawiając się, czy to przypadek, czy los.
Dobry wieczór, Bogusiu! Nie uciekaj, proszę, posłuchaj! woła głos z przeszłości.
Nie cieszę się, iż cię słyszę, Andrzeju, ale masz pięć minut odpowiada Bogusia, z metalicznym tonem w głosie.
Andrzej, wyraźnie zdenerwowany, przeprasza: Wiem, iż popełniłem straszny błąd. Byłem wtedy dwudziestokilkuletnim chłopakiem, miałem nieudane małżeństwo i zdradę żony. Kochałem cię, ale zachowałem się jak tchórz. Rozmawiałem z twoją przyjaciółką Grażyną i prosiłem ją, żeby cię przekonała, iż wciąż mnie kochasz. Myślałem, iż to da mi szansę.
Minus jedna! wtrąca się Bogusia, sfrustrowana.
Ona nie pomoże, to zdrada krzyczy Andrzej.
Nie chcę więcej rozmawiać o tym odrzuca Bogusia, odpychając go.
Jeszcze nie skończyłem próbuje Andrzej, ale Bogusia odsuwa go dalej.
Wtedy Andrzej dotyka lewego przedramienia Bogusi, a ona wyciąga rękę i krzyczy: Nie dotykaj mnie!
W głowie słychać szereg rozbiegających się obrazów, a brakujące elementy układanki w końcu do siebie pasują.
Twoi rodzice i brat grozili mi, iż jeżeli jeszcze raz się przy Tobie pojawię, cię zabiją mówi Andrzej, po cichu. Byłam w szpitalu dwa tygodnie, nie pamiętając niczego. Proszę, zostaw męża i dzieci, a ja otoczę cię miłością i opieką. Mam pieniądze i możliwości. Nie pożałujesz szeptał.
Na zewnątrz słychać jedynie szum komarów i świerszczy. W kącie pokoju wanny leży Bogusia w mokrych szatach, woda wypełniona krwią, a z rozciętej lewej ręki leje się gorąca, ciemnoczerwona ciecz.
Coś się stało, córko! krzyczy ojciec, z szarością w włosach.
Pamięć o szpitalnym suficie, o sztywnych opatrunkach i o duszy, która krwawi, przytłacza Bogusię. Po trzech i pół miesiącach w szpitalu wraca pod pierwszy śnieg do domu z rodzicami. Ręka już nie boli, ale część jej zgasła na zawsze.
Nie ma już wspomnień o szkole, bo leki wymazały je jak kredę na tablicy. Po latach, pracując przy kasie w supermarkecie, poznaje Michała. Ich miłość leczy zranione serce Bogusi i wraca jej chęć do życia. Para bierze ślub, a życie zdaje się układać w spokojny rytm.
Chwileczkę, muszę iść do Andrzeja mówi Bogusia i wbiega do klatki schodowej. Otwiera drzwi kluczem, znajduje w szafie zakurzoną skrzynkę.
Weź podaje Andrzejowi małą szkatułkę, którą znalazła pod wanną po przeprowadzce rodziców.
Andrzej otwiera ją. Na dnie leżą dwa połamane w drobiny pierścienie. W jego głowie rozbrzmiewa stara melodia:
Obrączka, nie tylko ozdoba, ale serc dwa w jedną drogę łączy
Trzymając w dłoni popiół dawnych nadziei, Andrzej stoi pod bladym latarniowym światłem, a cienie przeszłości wciąż tańczą wokół niego.










