Maria Wójcik otarła spocone dłonie, wzdychając ciężko, i ruszyła ku drzwiom. Dzwonek brzęczał cicho, ale uparcie to już było trzecie podejście. Akurat myła okna w kuchni, więc nie od razu zareagowała. Za drzwiami stała młoda dziewczyna, śliczna, ale blada jak kreda, z podkrążonymi oczami.
Pani Mario, słyszałam, iż może pani wynająć pokój?
Ojej, te nasze plotkareczki! Nigdy nikomu nie wynajmowałam!
Mówili, iż ma pani trzy pokoje puste
No i co z tego? Wolę sama. Przywykłam.
Przepraszam Powiedziano mi, iż pani wierząca, więc pomyślałam
Dziewczyna odwróciła się szybko, by ukryć łzy, i zaczęła schodzić po schodach, trzęsąc się jak osika.
Hej, wracaj tu! Przecież cię nie wyganiam! Młodzież dzisiaj zaraz w płacz. Chodź, herbatę zrobimy. Jak ci na imię? Możemy na »ty«?
Kinga.
Królewska, co? Ojciec pewnie urzędnik?
Nie miałam ojca. Z domu dziecka jestem. Matki też nie. Znaleźli mnie w bramie, zawiniętą w szmaciankę. Miałam może ze trzy tygodnie.
No, no Chodź, herbatę wypijesz. Głodna jesteś?
Nie, kupiłam drożdżówkę.
Drożdżówkę! Ach, te dzieci wpierw fast foody, a potem wrzody. Siadaj, rosół jeszcze ciepły stoi. I konfiturę malinową mam domową. Od śmierci męża wszystko robię w nadmiarze przyzwyczajenie. Zjemy, a potem pomożesz mi dokończyć okna.
Pani Mario, może coś innego? Zawroty mam od wysokości Jestem w ciąży.
O rety! Tylko tego brakowało. Zasady mam twarde. To dziecko z nieprawego łoża?
Dlaczego od razu nieprawe? Mam męża! Krzysiek też z domu dziecka. Wzięli go do wojska, ale na przepustkę przyjechał A gospodyni, jak się dowiedziała, iż brzuch rośnie, od razu: »Wynocha! Tydzień ci daję.« Mieszkaliśmy na Woli. Ale jak widać krucho.
I tak zostały we dwie Kinga kończyła szkołę krawiecką. Maria od lat żyła z renty po wypadku w kopalni dziergała więc serwetki, szydełkowała sweterki dla niemowląt i sprzedawała je na bazarze przy Hali Mirowskiej. Jej wyroby szły jak woda: obrusy misternie tkane, czapeczki z pomponami wszystko rozchodziło się w mig. Grosza nie brakowało, zwłaszcza iż miała działkę za miastem, gdzie sadziła pomidory i ogórki. W soboty pracowały tam razem. W niedziele Maria szła na mszę, a Kinga zostawała, czytała listy od Krzyśka i pisała odpowiedzi. Do kościoła nie chodziła nie jej klimat. Narzekała tylko, iż plecy ją łupią i w głowie się kręci.
Pewnej soboty, gdy grabili liście na działce, Kinga nagle zbladła. Maria kazała jej iść do altany, położyć się i posłucha










