Pamiętam dzień, gdy Tadeusz przekroczył próg naszego domu. Miał pięć lat był drobny, z czujnymi oczami, które wydawały się za duże jak na jego twarz. W dłoniach ściskał wytarty plecak jedyne, co posiadał. Ja i Agata czekaliśmy na tę chwilę trzy lata.
Witaj w domu, mały wojowniku powiedziałem, kucając, by znaleźć się na jego wysokości.
Milczał. Tylko patrzył. Mieszanka strachu i nieufności jakby nie był pewny, czy może nam zaufać.
Pierwsze miesiące były trudne. Krzyczał przez sen, chował się pod łóżko, gdy słyszał głośne dźwięki. Na zmianę wstawaliśmy do niego w nocy, głaskaliśmy jego włosy, szeptaliśmy, iż wszystko jest w porządku, iż nikt go już nie odda.
Nie oddacie mnie, prawda? zapytał pewnego dnia po kolejnym koszmarze.
Nigdy, synku odparłem. Choć mówiłem to stanowczo, coś ścisnęło mi się w środku: samo słowo oddać drażniło serce jak zadra.
Minął rok. Tadeusz rozkwitł. Śmiał się, biegał po podwórku, rysował nas trójkę na lodówce moja rodzina. Gdy pierwszy raz nazwał mnie tata, nie powstrzymałem łez. Byliśmy szczęśliwi.
A potem wiadomość, na którą czekaliśmy i której się baliśmy.
Jestem w ciąży szepnęła Agata, trzymając test, który drżał w jej dłoniach.
Przytuliliśmy się, płakaliśmy z radości. Po latach leczenia i rozczarowań to był cud. ale wraz z nim do domu wkradło się coś niewidzialnego. Cisza między nami stawała się coraz gęstsza.
Ludzie wokół sypali dobrymi radami:
Teraz będziecie mieli prawdziwe dziecko.
Jak dobrze, iż będziecie mieć kogoś swojego.
Te słowa kłuły jak noże. Tadeusz też je słyszał. I choć zapewnialiśmy, iż nic się nie zmieni, widział, jak nasze spojrzenia coraz częściej zatrzymywały się na brzuchu Agaty, a nie na nim.
Gdy urodziła się Zosia, trzymałem ją na rękach i poczułem coś, czego nie znałem wcześniej: instynktowną więź, niemal zwierzęcą. Była moją kopią. Moją krwią. I w tej chwili euforii pojawił się cień.
Mój brat powiedział to, czego ja choćby nie śmiałem pomyśleć:
A co teraz z chłopcem? Przecież możecie go oddać. Teraz macie własne dziecko.
Machnąłem ręką, ale słowa wbiły mi się w głowę jak trucizna. Z każdą bezsenną nocą, z każdą godziną, gdy kołysałem Zosię i słyszałem, jak Tadeusz samotnie bawi się w swoim pokoju, ta myśl wracała.
Agata odezwała się pierwsza:
Może naprawdę będzie mu lepiej w innej rodzinie? Gdzie będzie jedynakiem? Teraz sobie nie radzimy.
Przeszył mnie chłód. Ale milczałem. A gdy następnego dnia wykręciłem numer pracownika socjalnego, mój głos drżał:
Chcielibyśmy omówić zmianę opieki.
Na drugim końcu zapadła cisza.
Panie Kowalski, czy pan rozumie, iż ten chłopiec uważa was za swoją rodzinę? spytała w końcu.
Tak. Ale okoliczności się zmieniły.
Po rozmowie długo siedziałem w ciemności. Czułem wstręt do siebie ale też dziwny spokój, jakby zrzuciłem ciężar. ale gdy wieczorem Tadeusz przytulił się do mojej dłoni i szepnął:
Tato, zrobiłem coś źle?
wszystko we mnie pękło.
Tej nocy patrzyłem, jak śpi, i nagle zrozumiałem: Zosia przyszła do nas przez przypadek. A Tadeusz przez nasz wybór. I to właśnie ten wybór czyni nas rodzicami o wiele głębiej niż wspólne DNA.
Agata, nie możemy tego zrobić powiedziałem w środku nocy. Nie możemy go stracić.
Rozpłakała się. Wypłakała cały wstyd, zmęczenie, strach.
Następnego ranka usiedliśmy z Tadeuszem.
Synku zaczęła cicho chcemy, żebyś wiedział: zostajesz z nami. Na zawsze.
Patrzył to na nią, to na mnie. Oczy zabłysły łzami.
Nie oddacie mnie?
Nigdy przytuliłem go. Jesteś naszym synem. A Zosia to twoja siostra. To nasza rodzina.
Tego wieczora pomagał Agacie zmieniać pieluchy, nucił kołysankę, którą kiedyś śpiewaliśmy jemu. I po raz pierwszy zobaczyłem: już stał się starszym bratem.
Minęło wiele lat. Tadeusz wyrósł mądry, wrażliwy, z tą samą głęboką uśmiechniętą twarzą, która kiedyś kryła ból. Zosia go uwielbia. Gdy ktoś pyta, czy są rodzeństwem, śmieje się:
Tak, najprawdziwszym na świecie.
Czasem, gdy widzę ich razem, przypominam sobie tamten ciemny okres i myślę: jak blisko byliśmy zniszczenia tego, co najcenniejsze. O mało nie oddaliliśmy miłości, którą sami wybraliśmy.
Teraz wiem na pewno: ojcostwo to nie biologia. To decyzja. Codzienna, świadoma, czasem bolesna.
I za każdym razem, gdy Tadeusz nazywa mnie tato, słyszę w tym nie tylko słowo ale drugą szansę.





