Pewnego dnia wrócił do domu i zaczął krzyczeć: „Mam dość dziecięcego płaczu i twojego domowego zamieszania!”

twojacena.pl 3 godzin temu

Długo jestem już mężatką. Poznałam mojego męża na Uniwersytecie Warszawskim to były czasy! Nie spotykałam się z nikim innym, wybrałam Marka i tak już zostało. Byłam z tych dinozaurów, które wierne są jednej osobie i nie oglądają się za innymi.

Pobraliśmy się na trzecim roku studiów. Młodzi, niedoświadczeni. Czy to była ogromna miłość? Chyba tak, skoro pod jednym dachem przetrwaliśmy tyle lat. Nasi znajomi ze studiów stawiali nas za przykład choć par w grupie było więcej. Dlaczego właśnie my? Pewnie dlatego, iż zawsze się wspieraliśmy, niezależnie od trudności.

Na czwartym roku zostaliśmy rodzicami. Nie zrezygnowaliśmy ze studiów wielu wykładowców rozumiało naszą sytuację, a my nie robiliśmy problemów. Wytrwałością i wzajemnym wsparciem skończyliśmy studia, odebraliśmy dyplomy i świętowaliśmy ten dzień. Marek zawsze mi pomagał, dzieliliśmy się domowymi obowiązkami.

Nie wyobrażałam sobie innego męża. Marek był moim ideałem, bratnią duszą. Uzupełnialiśmy się, rzadko się kłóciliśmy. W takiej rodzinnej sielance powinny rodzić się tylko szczęśliwe dzieci więc po dwóch latach zdecydowaliśmy się na córkę.

Dlaczego nie? Przecież miałam troskliwego męża, zdrowego, samodzielnego syna… A córeczka była nam potrzebna do pełni szczęścia.

Wydawało się, iż jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Marek mnie kochał, zawsze pomagał. choćby jeżeli pracował na zmiany, po powrocie bawił się z dziećmi, a ja miałam czas dla siebie. Nic nie zapowiadało kłopotów, aż nagle zauważyłam, iż mąż się ode mnie oddalił.

Coraz częściej zostawał dłużej w pracy, wyżywał się na mnie, był podenerwowany. Kiedy zapytałam: Jak się czujesz?, odpowiedział tylko, iż moim obowiązkiem jest gotować rosół, wycierać dzieciom nosy i w nocy dogadzać mężowi.

Z takim podejściem odechciało mi się wszystkiego i łóżka, i stania przy garnkach. Myślałam, iż dopadną go wyrzuty sumienia i się zmieni, ale było coraz gorzej. Z czasem Marek zaczął sięgać po kieliszek i znikał nocami. Zamiast kochającego ojca do domu wracał tyran.

W końcu wybuchł krzykiem:

Mam dosyć wrzasku dzieci i twoich rozciągniętych dresów! Nigdy się tobą nie chwaliłem, nie malujesz się, nie stroisz dla mnie. Wstyd mi z tobą gdziekolwiek chodzić. Myślisz tylko o pieniądzach, a nikt nie pyta, czego ja chcę!

Zadzwoniłam do teściowej, a ona, zamiast pomóc, stanęła po stronie syna i prosiła, bym nie wnosiła o rozwód. Spakowałam walizki, zabrałam dzieci i wynajęłam mieszkanie w Warszawie. Koleżanka pomogła zapisać córkę do przedszkola, znalazłam dodatkową pracę. Jest ciężko, ale dajemy radę. Przynajmniej nikt już na nas nie podnosi ręki.

Podczas rozprawy dowiedziałam się, iż Marek cierpi na poważną chorobę psychiczną jego rodzice ukrywali to przede mną. Zależało im, bo byłam spokojną, ułożoną kandydatką, która wytrzyma ich syna. Teściowa leczyła go choćby w Niemczech, bez efektów. Później były leki, by prowadzić normalne życie. Żal mi go ale nie chcę tkwić pod jednym dachem z człowiekiem, któremu nie można ufać. Najważniejsze, by choroba nie przeszła na nasze dzieci.

Idź do oryginalnego materiału