Pewnego dnia zięć oznajmił, iż moja pomoc jest już zbędna i poprosił mnie, abym wyprowadziła się z ich mieszkania

polregion.pl 8 godzin temu

Moja córka wyszła za mąż za Polaka z Poznania. Mieszkałam z nimi przez dwa lata, pomagając w opiece nad wnukiem i prowadząc dom.
Córka i zięć pracowali w tej samej firmie i wracali późno wieczorem. Miałem nadzieję, iż zostanę z nimi na stałe, ale okazało się, iż się myliłem. Pewnego dnia zięć oznajmił, iż nie potrzebują już mojej pomocy i grzecznie poprosił mnie, żebym się wyprowadził. Miesiąc później znów byłem w swoim mieszkaniu. Ale w domu też nie zastałem spokoju. Gdy mieszkałem z córką, mój syn rozstał się z pierwszą żoną, opuścił jej mieszkanie i zamieszkał u mnie.
Sprowadził tam od razu swoją drugą żonę, która była już w ciąży. choćby nie zapytał, czy mi to odpowiada.
Co mam teraz zrobić? Kazać synowi i jego ciężarnej żonie się wyprowadzić? Przecież tak się nie da. Ale jak mamy mieszkać razem we troje, a niedługo już w czworo, w jednym pokoju? Dodam, iż ani ja, ani syn nie mamy wystarczających pieniędzy, żeby wynająć choćby kawalerkę. Zadzwoniłem więc do córki, wyjaśniłem wszystko, liczyłem na jakąkolwiek pomoc lub chociaż rozmowę. Nie oddzwoniła. Szkoda. Widocznie inaczej patrzą na życie
Zachowanie syna też rozumiem. Nie spodziewał się, iż wrócę do mieszkania. Teraz śpię na kanapie w kuchni. Na dzień wychodzę z domu robię zakupy, odwiedzam dawnych znajomych, rozmawiam z byłymi koleżankami z pracy. Z synem rozmawiam normalnie, bez kłótni, ale jego żona mnie ignoruje. Gołym okiem widać, iż przeszkadza jej moja obecność.
Nie przypuszczałem, iż w wieku sześćdziesięciu lat będę niepotrzebny, a w moim własnym domu będzie rządziła obca kobieta. Syn myśli teraz tylko o swojej ciężarnej żonie, kwestia mieszkania zupełnie go nie interesuje.
Próbuję znaleźć jakąś pracę na pół etatu. Rodzice synowej mieszkają pod Włocławkiem, na wsi. Może powinienem zasugerować synowej, żeby przenieśli się do jej rodziców? Ale czy mój syn znajdzie tam pracę? Wątpię. Sam już nie wiem, co dalej robićZ czasem jednak zauważyłem, iż poranne wyjścia z domu stały się dla mnie ratunkiem, a nie ucieczką. Zacząłem doceniać ciszę spacerów po parku, rozmowy z sąsiadkami i krzątaninę na targu. Ludzie pytali o zdrowie, czasem przynieśli ciasto na pocieszenie. Niejeden z nich narzekał na własne problemy samotność, dzieci rozsiane po świecie, ciasnotę w mieszkaniu. Słuchałem, kiwałem głową. Wiedziałem już, iż nie jestem wyjątkowy w swoim zmartwieniu.
Któregoś dnia przy stoisku z chlebem nieznajoma kobieta, widząc, iż liczę drobne, uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: Głowa do góry, panie Staszku. Każdy kiedyś znajdzie sobie miejsce. Po powrocie do domu kupiłem z tej reszty pączka i po raz pierwszy od miesięcy zjadłem go ze smakiem. Syn z żoną zamknęli się w pokoju; nie miałem im za złe. Młodzi muszą urządzać się po swojemu.
Usiadłem przy kuchennym oknie z herbatą. Nagle poczułem, iż choć w tej chwili jestem sam, świat za oknem jest wciąż otwarty. Postanowiłem, iż zostanę tutaj na razie dopóki starczy sił. Może jeszcze przyjdzie czas, by syn zrozumiał, iż rodzina to nie tylko własny pokój, ale też dobre słowo i poczucie, iż ktoś na nas czeka, choćby jeżeli czasem milczymy. A ja? Będę czekał. Bez żalu, bez pretensji. Po prostu z nadzieją, iż jutro przyniesie coś dobrego. Może to wystarczy, żeby znowu poczuć się u siebie.

Idź do oryginalnego materiału