Halina Nowak mieszka pod Olsztynem.
Od lat patrzyła na inne matki z bólem.
Widziała je w parku, w sklepie, wszędzie.
Marzyła o własnym dziecku.
Jej ciało jednak nie chciało współpracować.
Problemy zdrowotne stały się murem.
Każdy dzień czynił ten mur wyższym.
Czy natura może być tak niesprawiedliwa?
Halina zrozumiała, iż naturalna ciąża jest niemożliwa.
Zdecydowała się na in vitro.
Pierwsza próba dała nadzieję.
Skończyła się poronieniem.
Serce pękało, ale Halina się nie poddała.
Przez szesnaście lat powtarzała procedurę.
Siedemnaście razy próbowała jeszcze raz.
Za każdym razem wracała nadzieja.
Za każdym razem przychodził nowy cios.
Leki i zastrzyki stały się codziennością.
Ból był jej wiernym towarzyszem.
Lekarze błagali ją, by zrezygnowała.
Mówili, iż jej organizm walczy przeciw niej.
Komórki NK atakowały każdy zarodek.
Traktowały go jak zagrożenie.
„To bez sensu, tylko się pani męczy” – mówili.
Halina była nieugięta.
W jej oczach płonęła determinacja.
„Róbcie swoje!” – żądała stanowczo.
Na leczenie wydała fortunę.
Prawie milion złotych poszedł na terapie.
Poddanie się było dla niej gorsze niż ból.
Cud zdarzył się, gdy miała czterdzieści siedem lat.
Usłyszała wtedy, iż jest w ciąży.
Radość miała w sobie strach.
Bała się, iż znowu wszystko się rozpadnie.
Żyła pod stałą opieką lekarzy.
Każdy nowy dzień budził niepokój.
„A jeżeli jutro to się skończy?” – myślała.
Płód jednak rósł z każdym tygodniem.
Nadzieja rosła wraz z nim.
„Miałam cesarskie cięcie w 37. tygodniu” – wspomina Halina.
„Ani ja, ani lekarze nie mogliśmy ryzykować.”
„Wtedy urodziłam mojego chłopca, mojego Bartka.”
„Będzie kimś wyjątkowym, jestem pewna.”
„Czekałam na niego całym sobą.”
W czasie ciąży poznała doktora Marcina Kowalskiego.
To on założył Centrum Immunologii Rozrodu w Warszawie.
Stał się jej aniołem stróżem.
Wspierał ją w każdej chwili niepokoju.
„Bez niego bym nie dała rady” – mówi ze wzruszeniem.
Dziś, patrząc na syna, Halina płacze ze szczęścia.
Chce powiedzieć każdej kobiecie, która straciła nadzieję: nie poddawaj się.






