28 października 2025
Pięć lat minęło, odkąd wzięliśmy ślub. Mam już 60 lat, a moja żona 65. Nie wydaje się nic niezwykłego, iż wstąpiłem w związek małżeński w wieku 55 lat; w dzisiejszych czasach wszystko się zdarza. Co zaskakujące, to był mój pierwszy ślub i jednocześnie pierwsze małżeństwo mojego męża.
Do tego czasu nie zamierzałem nigdy poślubić. Jeszcze w młodości, mając niecałe dwadzieścia lat, zostałem porzucony przez dziewczynę, którą naprawdę kochałem. Nazywała się Jadwiga. Opuściła mnie w piątym miesiącu ciąży. Najpierw pomyślałem, iż życie straci sens, ale potem zebrałem w sobie odwagę i przysiągłem, iż nigdy nie założę rodziny. Nie chciałem kolejnego człowieka, który przy najlżejszej okazji odleci.
Słowo to dotrzymałem. Nasza córka dorosła, wyszła za mąż, przybyły wnuki, a ja, jak uparty osioł, tkwiłem w samotności. Mógłbym rzec, iż mężczyźni mnie nie doceniali, ale charakter mój jest uparcie zdecydowany: jeżeli coś sobie postanowię, to zrealizuję. Samotne życie wykuło we mnie twardą, nieco szorstką osobowość.
Los jednak potrafi być nieprzewidywalny. Gdy przeszedłem na emeryturę, postanowiłem, jak wielu seniorów, zająć się ogrodem przy domku letniskowym, który odziedziczyłem po rodzicach w okolicach Krakowa. Codziennie jeździłem pociągiem podmiejskim z Warszawy, podróż trwała nieco ponad godzinę, więc zabierałem ze sobą krzyżówki, które pomagały mi upływać czas.
Pewnego dnia, na jednej ze stacji, usiadły obok mnie para mężczyzna i kobieta oraz starszy pan o niskim wzroście. Wszyscy milczeli, ale nagle usłyszałam cichą prośbę żony:
Sławomir, chodźmy pomóc dzieciakom, proszę.
Mąż odparł głośnym, niecenzuralnym tonem, który zagłuszył dźwięk przyjeżdżającego pociągu:
Co ty za głupotę robisz? Chcesz, żebym tarasował się przed tymi głupcami?
Rozpoczął się wystraszający wybuch wulgaryzmów, a ja nieświadomie spojrzałam na sąsiadów. Moje oczy zatrzymały się na twarzy rozgniewanego starszego mężczyzny i poczułam dreszcz. To był Sławomir, ten sam Sławomir, który dawno temu rzucił mnie w ciąży! Jego twarz nie zmieniła się, jedynie zmarszczki dodały mu surowości, a sylwetka pozostała taką samą jak w młodości. Nie rozpoznał mnie, ale gdy nasze spojrzenia się spotkały, wykrzyczał:
Co się wpatrujesz! Odpóźnij się, bo wbiję ci w oczy!
Zamarłam. Ręce i nogi nie chciały słuchać zaskoczenie i strach sparaliżowały mnie. Wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego. Starszy pan siedzący naprzeciw mnie wstał, postawił się między mną a Sławomirem i stanowczo przemówił:
jeżeli nie przestaniesz obrażać kobiet, będziesz musiał się ze mną liczyć. Człowiek, który tak mówi do kobiet, jest dla mnie niczym śmieci. Zgięł cię w baranim rogu!
Serce mi zamarło. Co to za barani róg? Sławomir chyba ją rozgniecie!
Już miałam bronić się przed tym obrońcą, gdy Sławomir zaciągnął się, zmrużył oczy i zaczepił coś niejasnego. Wtedy zrozumiałam, iż ten bohater-krzyczący potrafi pokazać swoją siłę tylko przed kobietami, a przed prawdziwym odważnym mężczyzną od razu poddaje się. Czy to on był przyczyną wszystkich moich życiowych cierpień? Łzy napłynęły mi do oczu, a wydarzenia przeszły jak film, w którym trzydzieści lat minęło w jednej minucie.
Sławomir i jego żona pojechali dwie stacje dalej, a ja upłakałam się. Czułam się pusta i obrzydliwa. Wtedy mój nowy obrońca, o imieniu Wojciech Borowski, emerytowany oficer Wojska Polskiego, uśmiechnął się i rzekł:
choćby łzy nie zepsują ci pięknej twarzy.
Teraz nie wyglądał już na małego, nieśmiałego człowieka. Przed mną stał silny, odważny mężczyzna. Tak poznałem swojego przyszłego, choć nieco spóźnionego, małżonka. Po raz pierwszy po latach poczułem chęć zostania mężem, poczułem, iż mogę być kochanym mężczyzną.
Dziś jestem szczęśliwy z Wojciechem. Życie mądrze układa wszystko na swoim miejscu, niezależnie od wieku. Jesień życia potrafi rozkwitnąć miłością i radością, jeżeli tylko odważymy się otworzyć serce.
Lekcja, którą wyniosłem: nigdy nie jest za późno, by odkryć prawdziwą miłość i odwagę w sobie.







