NA ŻYWO MIĘDZY SNEM I CZUWA NIEM
W tej rodzinie każdy chodził własnymi ścieżkami.
Ojciec, Robert, oprócz żony miał jeszcze ukochane kobiety, przeważnie nie jedną i nigdy tę samą. Matka, Bronisława, domyślając się zdrad męża, sama także nie była święta lubiła spędzać wieczory z żonatym kolegą z pracy. Ich dwaj synowie byli sami sobie pozostawieni.
Wychowaniem dzieci nikt się tu zanadto nie przejmował. Najczęściej wałęsali się po osiedlu bez celu, między blokami na mokotowskich podwórkach. Bronisława utrzymywała, iż szkoła powinna być odpowiedzialna za wychowanie ucznia w stu procentach.
Rodzina siadała razem do stołu tylko w niedzielę na szybki, milczący obiad w kuchni, by zaraz rozejść się do własnych światów. Tak by też dalej żyli, w tej zepsutej, ale na swój sposób słodkiej rzeczywistości, gdyby nie wydarzyło się coś, po czym już nic nie mogło wrócić na dawne tory.
Kiedy młodszy syn, Wojtek, miał dwanaście lat, ojciec po raz pierwszy zabrał go do swojego garażu przy ul. Leszno, „żeby się uczył życia i narzędzi”. Gdy Wojtek oglądał klucze i śrubokręty, Robert wyskoczył na chwilę do kolegów majstrujących przy Maluchach nieopodal.
I nagle z garażu Roberta buchnął czarny dym, potem ogień jak plama w mleku rozprzestrzenił się najpierw cicho, potem coraz głośniej. Nikt nie pojmował, co się stało. (Później wyszło na jaw, iż Wojtek przypadkiem przechylił lutlampę, która zapaliła kanister z benzyną). Wszyscy zamarli jak cień pod latarnią. Ogień tańczył, a Robert, oblany wiadrem wody przez gapia, rzucił się do środka. Po chwili wyniósł syna na rękach z płonącego jawora. Wojtek był cały poparzony. Tylko twarz nie została dotknięta ogniem zakrył ją dłońmi. Wszystko inne zniknęło w płomieniach. Jego ubranie stopiło się do nitki.
Straż pożarna i pogotowie zostały już wezwane. Wojtka zabrano do szpitala przy ul. Czerniakowskiej. Żył!
Lekarz w białym kitlu przyjął rodziców po długiej operacji.
Robimy, co można i czego nie można. Syn wasz, pani i panie Robercie, jest w śpiączce. Szansa na przeżycie jeden w milionie. Medycyna wymięka. Tylko cud i szaleńcza wola życia mogą mu pomóc. Proszę się trzymać.
Robert i Bronisława, zamoczeni całkiem przez rzęsisty deszcz, pobiegli do najbliższego kościoła na Mokotowie. Błąkali się jak lunatycy wśród pustych, świętych cieni, zanim zauważyli proboszcza.
Proszę księdza, nas syn umiera! Bronisława łkała niczym w śnie, gdzie nie można krzyczeć.
Dzieci moje, jestem ojciec Kazimierz. Zawsze gdy trwoga, do Boga, prawda? Rzecz jasna, lepiej późno niż wcale. Ale nie zabiliście nikogo fizycznie, ale miłość wasza leży martwa, jak ptak pod śniegiem! Chłop i baba, kiedy się kochają choćby włosa nie przeciśnie. A wy to żeście zrobili miejsce na sanki, taki rozziew w duszach macie! Cały sens pogubiliście. Módlcie się gorąco do świętego Antoniego o zdrowie syna! Ale pamiętajcie: wola Boga jest silniejsza od naszych łez. Czasami Pan Bóg przez ogień przywraca do rozumu. Jeszcze nie wszystko stracone; wszystko można naprawić tylko przez miłość!
Robert i Bronisława, mokrzy, zapłakani, klęczeli pod ikoną św. Antoniego, ściskając spracowane ręce, choćby to był ich sen, z którego nie da się obudzić. Obiecywali, iż zostawią wszystkie zdrady pod krzyżem, zapomną o wszystkim, co było złe. Życie musiało się ułożyć od nowa, litera po literze.
Nad ranem zadzwonił lekarz Wojtek wyszedł ze śpiączki. Rodzice pierwsi zasiedli przy łóżku, patrząc na dziecko jak na cud.
Wojtek otworzył oczy, próbował się uśmiechnąć, chociaż na twarzy widać było ból.
Mamo, tato proszę, nie rozstawajcie się nigdy wyszeptał chłopak.
Synku, co ty mówisz? Przecież jesteśmy razem Bronisława delikatnie dotknęła jego dłoni. Wojtek aż syknął, wykrzywił się z bólu.
Wiem to, widziałem, mamo! A jeszcze moje dzieci będą miały wasze imiona Wojtek odleciał gdzieś spojrzeniem, jakby wiedział więcej niż dorośli.
Bronisława i Robert spojrzeli po sobie. Myśleli, iż syn mówi od rzeczy szpital, ból, morfina dzieci? Ty choćby palcem nie możesz ruszyć, dzieciaku!
A jednak od tamtego momentu Wojtek zaczął dochodzić do siebie. Rodzina sprzedała działkę w Legionowie, wszystko, byle uratować syna. Szkoda, iż garaż i auto doszczętnie spłonęły tamtego dnia przydałby się jeszcze każdy grosz, każda złotówka. Najważniejsze, iż Wojtek żył to było jak wygrana w totolotka. Dziadkowie pomagali, ciotki i wujkowie pielgrzymowali ze swoimi oszczędnościami i dobrym słowem.
Rodzina zeszła się znów w kręgu wspólnej biedy, spajając poranione życie jak rozdarcie w płaszczu.
Nawet najdłuższy dzień kończy się snem.
Minął rok.
Wojtek był już w ośrodku rehabilitacyjnym na Bielanach. Powoli uczył się chodzić, sam sobie radził przy drobnych rzeczach. Tam zaprzyjaźnił się z dziewczynką o imieniu Mirosława. Oboje mieli po trzynaście lat. Mirosława też ucierpiała w pożarze ale jej twarz spalił ogień.
Po serii operacji dziewczyna wstydziła się własnego odbicia i nigdy nie patrzyła w lustro. Błagała, by nikt nie dał jej zobaczyć, kim się stała.
Wojtek poczuł do niej czułość. Od Mirosławy biła jakaś nieziemska jasność, dziecięca, a zarazem mocno pozadziecięca. Chciało się ją chronić przed wszystkim światem. Spędzali wspólnie każdą wolną chwilę: opowiadali sobie swoje lęki, ból i marzenia, mówili, jak to żyć z igłą, lekarstwami i białymi kitlami dookoła. Rozumieli się bez słów
Czas płynął
Wojtek poślubił Mirosławę. Skromna uroczystość, świadkowie, chryzantemy i stary proboszcz z parafii.
Urodziły się dzieci córka Ludmiła, po trzech latach syn Jeremi.
I kiedy życie rodzinne Wojtka na nowo się zbudowało, Robert i Bronisława zdecydowali się rozstać. Trauma i trwoga, przez które razem przeszli, wypaliły im serca do cna. Nie mogli już dalej być razem. Oboje chcieli oddechu, samotności i spokoju.
Bronisława przeniosła się do siostry do Zabranowa. Zanim wyjechała, zajrzała do kościoła w podzięce. Nie pierwszy już raz dziękowała księdzu Kazimierzowi za wsparcie. On odpowiadał:
Dziękuj Bogu, Bronisławo!
Nie był zadowolony z jej ucieczki:
Ale jak już musisz, jedź. Samotność bywa czasem potrzebna duszy. Ale wracaj, Bronisławo! Małżonkowie to jedno ciało, pamiętaj! napominał.
Robert został sam w milczącej kawalerce na Mokotowie. Ich synowie z rodzinami mieszkali osobno. Dziadkowie odwiedzali wnuki na zmianę, skrzętnie omijając siebie nawzajem.
I cóż Wszyscy jak gdyby, wreszcie, znaleźli spokój.
I nikt się już nie budził z tego snu.










