Porwanie stulecia — Chcę, żeby faceci za mną biegali i płakali, iż nie mogą dogonić! — Marzena głośno przeczytała swoje życzenie z karteczki, po czym podpaliła ją zapalniczką. Popiół strząsnęła do kieliszka i dopiła szampana wśród śmiechu przyjaciółek. Choinka zamrugała światełkami, jakby coś przemyślała, po czym rozbłysła jeszcze jaśniej. Muzyka ucichła, kieliszki zadzwoniły, twarze zaczęły się mieszać w jeden wielki sylwestrowy fajerwerk. Z gałązek obsypał się złoty pył — a może tylko tak to zapamiętała… — Mamo… Ma-a-mo, wstawaj! Marzena z trudem otworzyła jedno oko. Nad nią stała prawie drużyna piłkarska. — Kim wy jesteście? Znam was, dzieciaki? Dzieci, wygłupiając się, przedstawiały się, przechylając głowy: — Mama, przypomnij sobie, Mateusz — 9 lat, Leszek — 7, Szymon — 5, Dawidek — 3! Cała ekipa, bez zmian, wszyscy z chytrymi minami i pełni zapału. Nie o takich „goniących ją facetach” marzyła w noworoczną noc… — A gdzie wasz trener… tfu, znaczy… tata? — wychrypiała wyschniętym głosem. — Przynieście mamie wody… Tylko na chwilę przymknęła oczy i znów usłyszała: — Ma-a-mo! Do rąk natychmiast wcisnęły się dwa kubki wody, mandarynka i kubek z ogórkową zalewą. No tak… Starszy już wie, jak reanimować mamę po świętach. Rośnie kadra! — Mama, wstawaj, przecież obiecałaś… — jęczały młodsze. Marzena próbowała sobie przypomnieć, jak tu się znalazła i co obiecała. — Kino? — Neeee… — McDonald’s? — Nie! — Sklep z zabawkami? — No ma-a-mo! Nie udawaj, wszyscy prawie gotowi, tylko ty się opierasz! — Dokąd się wybieracie, powiedzcie chociaż matce? — poddała się. — Kochanie, wstawaj — rozległ się męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. W jego orzechowych oczach rozbłyskiwały i gasły złote iskierki. Oho, niezłe ciacho! — Wszyscy gotowi, auto już spakowałem. Po drodze wstąpimy do supermarketu — i jedziemy! Marzena naprawdę próbowała sobie przypomnieć, kim jest ten facet i czemu te dzieciaki wołają ją „mamo”. W głowie — kompletna pustka. Ani jednej wersji wydarzeń. — Mamo, nie zapomnij kąpielówek! I dla siebie też! — wrzasnął ktoś z dziecięcego pokoju. „To co, jeszcze basen będzie? — przemknęło jej przez głowę. — Jaka to cud-życie, skoro nic nie pamiętam?..” Marzena otworzyła oczy i powoli rozejrzała się po pokoju. Z każdą sekundą było coraz bardziej jasne: Nic tu nie poznaje. Nic a nic. Ani zdjęć na komodzie, ani mebli, ani gęstych zasłon z dziwnym wzorem w oknie. Pokój był obcy. Jedynym znajomym punktem okazał się kwiat w doniczce. Czerwona bożonarodzeniowa gwiazda z delikatnie aksamitnymi płatkami. Biała doniczka, ozdobiona małymi perełkami, też wydawała się dziwnie swojska. Zamknęła oczy i zaczęła ostrożnie odplątywać nić wczorajszego dnia. Z dziewczynami spotkały się w restauracji świętować Sylwestra i pograć w Tajemniczego Mikołaja. Jak za dawnych studenckich czasów, tylko teraz z markowymi torebkami, wymyślnymi fryzurami i wiecznym brakiem czasu. Przyjaciółki były wystrojone, rozbawione, lekko podniecone rzadką dozą wolności. Udało im się na chwilę wyrwać z domowej orbity: mąż, dzieci, lekcje, przedszkola, garnki… Lśniły tą wolnością jak licealistki, które uciekły z ostatniej lekcji. Tylko Marzena była spokojna i zadowolona, jak zawsze. Przecież jest singielką, sama sobie panią. Nikogo nie musi uprzedzać, na nikogo czekać, nikomu się tłumaczyć. Ostatnia z panien młodych — żartowały przyjaciółki, mrugając i dolewając jej szampana. Podarowała koleżance zestaw kosmetyków „z czarnym kawiorem i złotymi nitkami”. Śmiały się, iż taki krem to grzech nie rozsmarować na bułce i nie podać z szampanem na śniadanie. Żartowały, przekrzykiwały się, fotografowały pudełko ze wszystkich stron, jakby to był eksponat a nie kosmetyk. W zamian Marzena dostała gwiazdę betlejemską — tę samą czerwoną, w białej doniczce z perełkami. I butelkę rzadkiego szampana, który przyjaciółka przywiozła z prawdziwego zamku we Francji. Z tego typu win, które otwiera się tylko „przy szczególnej okazji”. Przeczytała karteczkę z toastem czy życzeniem iii… koniec! Dalej nic nie pamiętała. Marzena zerknęła w lustro. Wciąż ta sama młoda kobieta, makijaż jeszcze sylwestrowy. Ale skąd te dzieci, mąż? Nie pamięta, żeby rodziła, niańczyła… Nie pamięta choćby ślubu z tym przystojniakiem! Choć zna imiona dzieci, nie pamięta imienia męża. Coś tu nie gra… Wyszła z pokoju. W korytarzu stały walizki na kółkach. Dwie duże, dorosłych — czarna i jasnobeżowa z logo znanej marki. Obok trzy sportowe dziecięce plecaczki. Do lasu na piknik więc nie jadą. To dokąd? W podróż!? W tym momencie do mieszkania wszedł „mąż”. Szybko, pewnym ruchem podniósł walizki, jakby robił to setki razy, i zaczął ją delikatnie prowadzić do wyjścia. — Spóźnimy się — powiedział spokojnie, bez cienia złości. Marzena odruchowo spojrzała na dłoń — i zamarła. Nie ma obrączki! Ani u niej, ani u niego. Jeszcze jedna zagadka. Dzieci jedno po drugim zajęły miejsca w aucie — dużym, wygodnym minivanie. Plecaczki poleciały na swoje miejsca, pasy kliknęły z wprawą drużyny. „Mąż” pewnie siadł za kierownicą. Marzena odetchnęła głęboko i usiadła z przodu. On od razu podał jej kubek z kawą. Ciepła, z mlekiem — przecież ona takiej nie znosi! To zabolało ją najbardziej. — Ruszamy — rzucił radośnie, puszczając oczko do dzieci. Samochód wyjechał. Im dalej od domu, tym bardziej Marzena czuła niepokój. Dzieci z tyłu szeptały, strofowały się, śmiały. Mąż prowadził skoncentrowany, pewny siebie. Czasem rzucał jej spojrzenie — łobuzerskie, jakby łączyła ich tajemnica. Jakby wiedział coś, czego ona nie pamięta. Marzena patrzyła na drogę, czując się jak Jeż w mgle. Wszystko niby jasne: rodzina, auto, podróż. A jednak nic z tego nie rozumie. Wyjechali na szosę, coraz dalej od miasta. Marzena przestała już w coś wierzyć, gdzieś w środku była pewna — to nie jej rodzina, obcy facet i obce dzieciaki! Porwał ich! A może to ją porwali?! Tylko skąd zna imiona dzieci? W końcu wszystko się plątało, ale wniosek był oczywisty: przy niej jest obcy facet, on ją uprowadził i trzeba coś z tym zrobić! Marzena wyprostowała się w fotelu, mocniej ścisnęła kubek z kawą i udawała, iż patrzy na drogę. Wewnątrz powoli, ale nieubłaganie włączał się inny tryb — nie zagubionej kobiety, ale tej, która musi przetrwać! Po pół godzinie dzieci zgodnie się zbuntowały. — Tato, siku! — Pić mi się chce! — A coś na ząb? Samochód zjechał na stację benzynową i się zatrzymał. Wszyscy wysypali się ze środka i pomaszerowali do budynku. To szansa na ucieczkę! Serce Marzeny biło tak głośno, iż zagłuszało autostradę. Kiedy wszyscy się rozproszyli, cichcem wymknęła się z kawiarni, przykucnęła i podkradła się do auta. Rzut, szybki krok przeszedł w bieg, już była za kierownicą… Nie ma kluczyków w stacyjce. — O, jesteś, a my cię szukaliśmy — spokojnie rozległo się za oknem. Marzena podskoczyła. — Skoro wszyscy tu, jedziemy dalej — łagodnie kontynuował. — Kochanie, ja poprowadzę, a ty odpocznij. I znów ruszyli. Po godzinie wyrosło przed nimi lotnisko — szkło, beton, tłum aut i ludzi. Auto zostawili na parkingu i całą gromadą weszli do środka. Marzena była na granicy paniki. Nie da się wywieźć „w nieznane”, nie zostanie ofiarą porwania! Będzie się bronić do końca! Zaczęła coraz bardziej odstawać od tej zgranej „rodziny”. Krok, jeszcze krok i w końcu — ruszyła biegiem. — To porwanie! Ratujcie mnie! — wrzasnęła, rzucając się na ochroniarza. Ochroniarz zadziałał błyskawicznie. Marzena została natychmiast obezwładniona, przewrócona na brzuch i skuta kajdankami. Wokół pojawili się ludzie z bronią, krótkofalówkami i poważnymi minami. — Stójcie! Zaczekajcie! Zaraz wszystko wyjaśnię! — krzyknął mężczyzna, którego uważała za porywacza. — To sylwestrowy żart! Prank! Nie jesteśmy uzbrojeni! To nie porwanie! Marzena słyszała jego głos jakby przez wodę. I nagle, jak w filmie, zobaczyła ich. Za stojakiem reklamowym — jej przyjaciółki. Uśmiechnięte, zmieszane, przestraszone i jednocześnie szczęśliwe. — Mamo! — wrzasnęły dzieci i rzuciły się do którejś z kobiet stojącej pośród przyjaciółek. Reszta już tłumaczyła ochroniarzom, śmiejąc się, przepraszając, prosząc o uwolnienie „porywaczki”. Marzenę podniesiono, zdjęto kajdanki. Świat przestał wirować. Stała pośrodku lotniska z potarganymi włosami, rozdygotanym sercem — aż w końcu zrozumiała: nie została porwana. Została… wkręcona?! Kiedy adrenaline opadła, zaczęła rozumieć słowa i sens. To był prank. Wielki. Drogocenny. Z zespołem aktorów i nutą kryminalnego suspensu. Przyjaciółki zaczęły mówić naraz, przekrzykując się, śmiejąc i przepraszając jednocześnie. Okazało się, iż od dawna chciały ją poznać z „fajnym facetem”. Tym, któremu podoba się od lat. Patrzył, wzdychał, ale do niczego nie przechodził — za dobrze znał jej charakter. Bo Marzena ze znajomościami miała prosto: — Dzięki, nie trzeba. Sama sobie radzę. Przyjaciółki były tego świadome, więc nie ryzykowały gry wprost. Po co tracić czas na przekonywanie, skoro można od razu zrobić jej pokaz na żywo? Tak powstał pomysł: nie poznawać, a wrzucić ją na głęboką wodę „rodzinnego życia”. Ot, proszę: rodzinny poranek, kawa, dzieci zorganizowane, facet spokojny, praktyczny, uśmiechnięty. A do tego, o, jakie oczy… — Chciałyśmy, żebyś nie myślała, tylko poczuła ciepło w sercu — przyznały szczerze. Marzena słuchała i zauważyła, iż już nie czuje złości. Kobieca logika nie lubi inwazji, ale docenia efekty. Tak, sposób był… wątpliwy. Tak, do zawału brakło niewiele. Ale eksperyment — pierwszy sort! Czasem, żeby wiedzieć, czy facet jest potrzebny, wystarczy jedno rodzinne rano, trójka dzieci i kawka od „porywacza”. Wtedy go zobaczyła. „Bohater jej romansu” stał z lekko łobuzerskim uśmiechem, przypominającym Kota ze „Shreka”. W orzechowych oczach igrały złote diabełki. „Dzieciaki” oblepiły go — jak się okazało, to byli jego siostrzeńcy, którzy uwielbiali żarty wujka. — Oj, zaraz uciekacie! — przyjaciółki ożywiły się nagle. — Samolot wam ucieknie! gwałtownie na odprawę! — Co, znów porwanie? — mignęło Marzenie w głowie. — I gdzie tak naprawdę chcieli mnie wywieźć? Nad morze? Na Mazury? Może na nurkowanie i mango?! On podał jej rękę. — Pozwól się porwać jeszcze raz. Jestem Wojtek. Marzena spojrzała na koleżanki — ciche, zmartwione, wyczekujące. Popatrzyła na walizki. Wróciła wzrokiem do jego orzechowych oczu, w których igrały złote iskierki. Przemknęło jej w głowie: a czemu adekwatnie nie spróbować? — Jedziemy! — szepnęła, uśmiechając się do siebie, bo to „porwanie” okazało się najfajniejszą przygodą w jej życiu. Po chwili dorzuciła prawie szeptem: — Ale dzieci zostają w domu… Przyjaciółki wybuchły śmiechem, on uśmiechnął się szerzej, a lotnisko, tłum i zgiełk zamieniły się w początek czegoś nowego — zabawnego, ciepłego i nieoczekiwanie przytulnego. Czasem życie nas nie porywa. Po prostu zbyt gwałtownie przenosi nas tam, gdzie od dawna powinniśmy być.

newskey24.com 11 godzin temu

Dziennik z „porwania stulecia”

Chciałabym, żeby faceci za mną biegali i płakali, iż nie mogą mnie dogonić! wyrecytowała głośno Kinga, odczytując swoje życzenie z karteczki, którą następnie podpaliła zapalniczką. Popiół strząsnęła do kieliszka, po czym wychyliła resztę prosecco wśród śmiechów koleżanek.

Choinka zamigotała światełkami, jakby chwilę się namyślała, po czym rozbłysła jeszcze mocniej. Muzyka przybrała na sile, kieliszki zabrzęczały, maleńkie głowy wirowały, wszystko zamieniło się w żywy, świąteczny fajerwerk. Z gałązek posypał się złoty pył tak mi się przynajmniej wydaje, a może po prostu tak to zapamiętałam…

Mamuś… Mamuś, wstawaj!

Otworzyłam jedno oko z trudem. Przede mną stała niemal cała drużyna piłkarska.

Kim wy jesteście? Znam was, dzieci?

Dzieci stroiły miny, śmiesznie kiwając głowami i wyliczając:

No mama, przypomnij sobie. Mateusz 9 lat, Łukasz 7, Szymon 5, Dawidek 3!

Komplet, żaden nie wypadł z obiegu; każdy z nich z psotnym uśmiechem i ogromną determinacją. O takich „ganiających za mną facetach” absolutnie nie marzyłam w sylwestrową noc…

A gdzie wasz trener?… tfu, tata? wycharczałam zaschniętym gardłem. Przynieście mamie trochę wody…

Ledwo zamknęłam oczy na moment, znów to samo: Mamooo!

W rękach natychmiast pojawiły się dwie szklanki wody, mandarynka i kubek z ogórkową zalewą. No tak, najstarszy już wie, jak skutecznie reanimować matkę po świętach. gwałtownie się uczą.

Mamo, wstawaj, przecież obiecałaś… kwękali młodsi.

Uczciwie próbowałam sobie przypomnieć, jak tu trafiłam i co im obiecałam.

Kino?

Nieeee.

McDonalds?

Nie!

Sklep z zabawkami?

No mamo! Przestań udawać! Już jesteśmy gotowi, tylko ty się ociągasz!

A gdzie się wybieramy, najwyższa pora, by matce powiedzieć! poddałam się w końcu.

Kochanie, chodź już odezwał się nagle męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. W jego piwnych oczach coś iskrzyło się złotem. No proszę, niezły przystojniak!

Jesteśmy gotowi, spakowałem już bagaże do auta. Po drodze zajedziemy do Biedronki i ruszamy!

Prawdziwie starałam się sobie przypomnieć, kim jest ten facet i co najważniejsze, dlaczego te dzieci zwracają się do mnie „mamo”. W głowie pustka. Żadnej logicznej teorii.

Mamo, nie zapomnij naszych kąpielówek! I swoich też! krzyknął ktoś z dziecięcego pokoju.

„No pięknie… czyli gdzieś jest basen? Jakie to życie miałam przez noc i czemu nic nie pamiętam?” przemknęło mi przez myśl.

Rozejrzałam się powoli po pokoju. Z każdą sekundą byłam coraz bardziej pewna nie znam tego miejsca. Ani mebli, ani zdjęć na komodzie, ani zasłon o dziwnym wzorze w oknie.

Pokój był kompletnie obcy. Jedynym znajomym detalem okazał się kwiat doniczkowy. Czerwona poinsecja, typowo świąteczna, o aksamitnych płatkach. Biały doniczka przystrojona małymi perełkami też wyglądała dziwnie znajomo.

Zamknęłam oczy i próbowałam powoli rozwinąć nitkę minionego dnia. Z dziewczynami spotkałyśmy się w restauracji na Sylwestra, po staremu, jak dawniej na studiach, tyle iż teraz ze stylowymi torebkami i czasem na wagę złota.

Każda zadbana, elegancka, trochę rozbawiona rzadko spotykaną wolnością. Udało się wyrwać chociaż na chwilę z domowego kieratu mężowie, dzieci, lekcje, przedszkola, gary… Świeciłyśmy tą wolnością, jak uczennice uciekające z lekcji.

Jedynie Kinga była spokojna i piękna jak zawsze. Jeszcze bez męża, pani samej siebie. Zero tłumaczeń, czekania, meldowania się.

Ostatnia „do wzięcia” śmiały się dziewczyny, mrugając do niej i polewając prosecco.

Kinga podarowała przyjaciółce zestaw kosmetyków „z czarnym kawiorem i złotymi nićmi”. Śmiałyśmy się, iż takim kremem to i kanapkę można posmarować i podać na śniadanie z szampanem.

W zamian dostała świąteczną poinsecję w białej doniczce z perełkami. I butelkę wyjątkowego, wytrawnego wina, które przyjaciółka przywiozła z zamku w Burgundii. Tych win, które otwiera się tylko na specjalne okazje i tylko szeptem się o nich mówi.

Kinga przeczytała karteczkę czy to był toast, czy życzenie i… koniec! Potem już nic nie pamięta. Jak to mówią: szła upadła obudziła się gips!

Spojrzała na siebie w lustrze. przez cały czas młoda dziewczyna, makijaż jak na Sylwestra. Ale skąd te dzieci, skąd mąż? Nie pamięta własnego ślubu, ani porodu, ani choćby jak zasypiała dzieci do snu! Za to imiona wszystkich dzieci zna, a imienia „męża” nie przypomina sobie wcale. Ewidentnie coś tu nie gra…

Wyszła z pokoju, w korytarzu czekały duże walizki na kółkach. Dwie spore, dorosłe jedna czarna, druga beżowa, obie z logiem drogiej firmy. Obok trzy sportowe plecaki dziecięce.

Czyli nie wybieramy się na piknik w lesie. Może to wyjazd na dłużej? Wakacje?

Nagle „mąż” wrócił do mieszkania, podniósł lekko walizki, jakby robił to setki razy i łagodnie popchnął ją ku drzwiom.

Spóźnimy się powiedział spokojnie, bez cienia zniecierpliwienia.

Automatycznie zerknęła na swoją rękę i zamarła. Obrączki na palcu brak! U niego też. Dziwna sprawa. A może…?

Dzieci jedno po drugim wpakowały się do auta dużego rodzinnego minivana. Plecaki zajęły swoje miejsca, pasy zapięły się automatycznie, „mąż” pewnie usiadł za kierownicą. Kinga głęboko odetchnęła i zajęła miejsce z przodu.

Od razu podał jej kubek kawy. Ciepła, z mlekiem nigdy nie cierpiała kawy z mlekiem! To zabolało ją najbardziej.

Ruszamy! powiedział wesoło i porozumiewawczo mrugnął do dzieci. Im dalej oddalali się od bloku, tym większy niepokój miałam w środku.

Dzieci z tyłu gremialnie coś mamrotały, śmiały się, kłóciły półgłosem o nieznane sprawy. „Mąż” prowadził z taką pewnością siebie, jakby droga do celu była mu doskonale znana. Co jakiś czas łypał na nią okiem psotne, figlarne spojrzenie, jakby coś ich wspólnie łączyło. Jakby znał jakąś tajemnicę, której ona jeszcze nie odkryła.

Kinga patrzyła nerwowo na drogę i czuła się jak jeż w mgle. Wszystko wokół wyglądało prawidłowo rodzina, auto, cel podróży… Ale nic, zupełnie nic nie było jasne.

Wyjechali już na trasę wylotową. Kinga była pewna, iż nie może ufać temu, co widzi przecież ta rodzina nie jest jej rodziną! Obcy facet, cudze dzieci!

To on ją porwał!
Nie, to oni ją uprowadzili!
A może sama się dała?

W końcu uznała: obcy facet, jakaś dzika intryga! Czas działać!

Wyprostowała się na siedzeniu, zacisnęła mocno rękę na kubku kawy i udawała, iż patrzy na drogę. W środku przełączał się tryb kobiety-zagadki na tryb „przetrwać za wszelką cenę!”

Po pół godzinie dzieci jednogłośnie zaprotestowały:

Tato, siku!
Chcę pić!
Możemy coś zjeść?

Zjechali na stację. Każdy wybiegł, zmierzając do budynku.

To była jej szansa na ucieczkę! Serce waliło jak oszalałe, zagłuszało wszystko. Wykorzystując zamieszanie, wyskoczyła z lokalu, kucając przekradła się do samochodu. Szybko, szybciej już za kierownicą…

Ale kluczyków w stacyjce brak.

O, tu jesteś, szukaliśmy cię rozległo się spokojnie zza okna. Kinga aż podskoczyła.

No to, jak już jesteśmy, jedziemy dalej miękko podsumował „mąż”. Kochana, ja poprowadzę, a ty sobie odpocznij. I znów ruszyli.

Po godzinie zobaczyła lotnisko szkło, beton, tłumy samochodów i ludzi. Na parkingu wysiedli całą gromadą i ruszyli do środka.

Kinga była pewna, iż nie da się uprowadzić w nieznane! Wiedziała już: nie będzie kolejną ofiarą porwań! Będzie się bronić do końca!

Zaczęła powoli zostawać w tyle za tą zbyt zorganizowaną „familijką”. Krok, jeszcze jeden i… wyskoczyła zza rogu.

To porwanie! Ratunku! wrzasnęła, rzucając się do ochroniarza.

Ochroniarz zareagował błyskawicznie. Została powalona na ziemię, obrócona na brzuch, kajdanki zacisnęły jej nadgarstki. Wokół pojawili się mężczyźni z krótkofalówkami i groźnymi minami.

Proszę zaczekać, to tylko żart, już wszystko wyjaśnię! krzyknął mężczyzna, o którym sądziła, iż jest porywaczem.

To sylwestrowy żart! Niespodzianka! Nie jesteśmy uzbrojeni! To nie porwanie!

Głos docierał do niej jak przez wodę. I nagle, jak w filmie, zobaczyła ich. Za reklamowym stojakiem stały jej przyjaciółki uśmiechnięte, trochę zmieszane, trochę zalęknione, a jednocześnie szalenie dumne z siebie.

Mamusiu! krzyknęły dzieci, rzucając się w ramiona jednej z kobiet, tej niewinnie stojącej wśród przyjaciółek. Inne piszczały każe tłumacząc, przepraszając i błagając o puszczenie „porywaczki”.

Kingę podniesiono z podłogi, zdjęto kajdanki. Świat przestał wirować. Stała na środku hali lotniska, z rozwianymi włosami, z sercem bijącym jak oszalałe i nagle zrozumiała: nikt jej nie porwał.

Ona została nabita w butelkę.

Gdy adrenalina opadła, a w uszach znów coś zaczęło dźwięczeć poza szumem krwi, usłyszała, co się dzieje i powoli zaczęła pojmować.

To był żart.
Rozmach niesamowity. Wspólny, zespołowy, na najwyższym poziomie, z elementami thrillera.

Przyjaciółki zaczęły mówić jedna przez drugą, tłumacząc się, śmiejąc, zaprzeczając i przepraszając.

Dowiedziała się, iż od dawna chciały poznać ją z „fajnym chłopakiem”. Z tym, który od lat wzdychał do niej po cichu ale nie miał odwagi podjąć inicjatywy, bo zbyt dobrze znał jej charakter. Bo Kinga z takimi znajomościami radziła sobie jasno:

Dziękuję, nie trzeba. Sama sobie poradzę.

Przyjaciółki to wiedziały. Dlatego ominęły wszelkie wstępy i postanowiły wrzucić ją na głęboką wodę symulację pełnej rodziny. Oto rodzinny poranek, dzieci ułożone, facet opanowany, wszystko gotowe, a on jeszcze się uśmiecha. I choćby oczy ma przepiękne.

Chciałyśmy, żebyś nie myślała, tylko poczuła to sercem wyznały szczerze.

Kingę ogarnęła niemoc do gniewu. Logika kobieca nie znosi nachalności, ale efekty szanuje.

Tak, sposób był… ekscentryczny. Tak, prawie przypłaciła to zawałem. Ale eksperyment czysty! Niekiedy, by się przekonać, czy mężczyzna jest ci potrzebny, wystarczy jedno poranne „dzień dobry”, trójka dzieci i kubek kawy od domniemanego porywacza.

I wtedy go zobaczyła. „Bohater romansu” stał i uśmiechał się z uroczym, chytrym grymasem, przypominającym Kota ze Shreka. W jego oczach wesołe, złote iskierki. „Dzieci”, jak się okazało jego bratankowie, zachwyceni przebojowym wujkiem.

Hej, zaraz się spóźnicie! przyjaciółki nagle się ożywiły. Samolot bez was nie poczeka! Biegiem na odprawę!

Co, kolejne porwanie? przemknęło Kinga przez głowę. Gdzie oni mnie w ogóle chcieli zabrać? Nad Bałtyk? Do Sopotu? Zanurzyć się w morzu i wcinać mango?

On wyciągnął do niej dłoń.

Zacznijmy jeszcze raz, jestem Wojtek. Pozwól się porwać.

Kinga spojrzała na przyjaciółki. Stały nieruchomo, z niepokojem w oczach. Czekały na jej decyzję. Zerknęła na walizki. Potem znów w jego piwne oczy z tymi złotymi iskierkami, które patrzyły aż do duszy.

I pojawiła się w jej głowie ta myśl: a może nie warto się opierać?

Jedziemy! uśmiechnęła się szeroko, rozumiejąc, iż właśnie to „porwanie” jest najciekawszą przygodą jej życia.

A potem półgłosem dodała: Ale tylko, jeżeli dzieci zostaną w domu…

Przyjaciółki wybuchnęły śmiechem, on uśmiechnął się jeszcze szerzej, a lotnisko, szum ludzi i całe zamieszanie zmieniło się w początek czegoś całkiem nowego: zabawnego, ciepłego i nieoczekiwanie swojskiego.

Czasem życie nas nie porywa.
Ono po prostu przenosi nas gwałtownie tam, gdzie od dawna powinniśmy być.

Idź do oryginalnego materiału