Porwanie stulecia, czyli: Chcę, żeby faceci za mną biegali i płakali, iż nie mogą dogonić! – Marina …

newsempire24.com 18 godzin temu

Porwanie stulecia

Chciałabym, żeby faceci ganiali za mną i płakali, iż nie mogą mnie dogonić! Zosia przeczytała swoje życzenie z karteczki na głos, po czym gwałtownie podpaliła ją zapalniczką. Strząsnęła popiół do kieliszka i dopiła resztkę szampana, śmiejąc się razem z przyjaciółkami.

Światełka na choince zamigotały nerwowo, jakby sama choinka się zastanawiała, po czym rozbłysła jeszcze mocniej. Muzyka rozbrzmiała głośniej, kieliszki zadźwięczały, a twarze zlały się w jeden ciasny, noworoczny fajerwerk. Z gałęzi posypał się złoty pył chociaż może to tylko tak mi się wydaje…

Maaamooo… Obudź się, mamusiu! ktoś szarpał mnie za ramię. Otworzyłam jedno oko z ogromnym trudem. Przede mną stało… dosłownie pół drużyny piłkarskiej.

Kim wy jesteście? Znam was, dzieci?

Dzieci zaczęły się przedstawiać, wygłupiając się raz po raz:
Mamo, przypomnij sobie, Kuba 9 lat, Bartek 7, Jasio 5, Staś 3 lata!
Komplet, wszyscy z minami urwisów, zdecydowani i pełni energii. Ale nie o takich biegających za nią facetach marzyłam w sylwestra

A gdzie wasz trener… phi, znaczy tata? wydusiłam przez zeschnięte gardło. Przynieście mamie wodę…

Zamknęłam oczy tylko na sekundę, a już znowu: Maaaamo!
W ręce wetknięto mi dwa szklanki z wodą, mandarynkę i kubek ogórkowego soku. No proszę… Najstarszy już wie, jak ogarnąć matkę po imprezie. Dzieci dorastają.

Mamo, wstawaj, przecież obiecałaś jęczał najmłodszy.

Starałam się uczciwie przypomnieć, jak w ogóle tutaj trafiłam i co niby obiecałam.
Kino?
Nieee!
McDonalds?
Nie!
Do sklepu z zabawkami?
No mamo! Przestań już, jesteśmy gotowi, tylko ty nie wstajesz!
A dokąd to się wybieracie, raczcie matkę poinformować? poddałam się.

Kochanie, już czas odezwał się nagle męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna z orzechowymi oczami, w których igrały złote iskierki. Łał, co za przystojniak!

My gotowi, wszystko już wpakowałem do auta. Po drodze zahaczymy o Biedronkę i ruszamy!

Z całych sił próbowałam sobie przypomnieć, kim jest ten facet i dlaczego te dzieci nazywają mnie mamą. W głowie zero totalna pustka. Nic.

Mamo, nie zapomnij naszych kąpielówek! zawołał ktoś z przedpokoju.

Aha, czyli jeszcze basen Co to za cudowne życie? I skąd ja się tu wzięłam?

Otworzyłam szerzej oczy i powoli ogarnęłam wzrokiem pokój. Nic, absolutnie nic nie było mi znajome. Ani zdjęcia na komodzie, ani meble, ani ciężkie zasłony z dziwacznym wzorem.

Większość rzeczy obca. Jedyny punkt zaczepienia: kwiat w doniczce. Czerwona gwiazda betlejemska, misternie ozdobiona białą donicą z perełkami coś w niej było znajomego.

Zamknęłam oczy i ostrożnie spróbowałam rozwinąć nić wczorajszego dnia. Spotkałyśmy się z dziewczynami w restauracji, by uczcić Sylwestra i pograć w Tajemniczego Mikołaja. Jak dawniej na studiach, tylko już z drogimi torebkami, wymyślnymi fryzurami i wiecznym brakiem czasu.

Byłyśmy ubrane jak na rozdanie Oscarów, rozchichotane, nieco podekscytowane tą niezwykłą, krótką wolnością: żadnych mężów, dzieci, kolacji, przedszkoli emanowałyśmy tym szczęściem jak uczennice na gigancie.

Tylko ja byłam spokojna i “poukładana”, jak zawsze. Bo nie mam męża, nikogo nie muszę pytać o zgodę, tłumaczyć się z powrotu. Zawsze to śmiały się ze mnie: ostatnia panna w gronie.

Podarowałam przyjaciółce zestaw kosmetyków ze śluzem ślimaka i złotem. Wspólnie żartowałyśmy, iż taki krem można posmarować na toście albo zjeść z szampanem na śniadanie, śmiałyśmy się, robiłyśmy zdjęcia jakby te pudełeczka to były eksponaty do wystawy, a nie kremy.

W zamian dostałam kwiat bożonarodzeniowy, właśnie tę samą gwiazdę betlejemską w śnieżnobiałej donicy z perełkami. Plus butelkę rzadkiego szampana przywiezioną z zamku we Francji jedną z tych, które otwiera się tylko “na wyjątkową okazję”.

Przeczytałam kartkę może toast, może życzenie i urwał mi się film. Jak w kawale: szła, upadła, obudziła się gips!

Spojrzałam w lustro. Ta sama młoda dziewczyna, oczami jeszcze pomalowanymi jak na Sylwestra. Ale dzieci? Mąż? Nie pamiętam, żebym rodziła, nie pamiętam nocy bez snu, a choćby ślubu z tym przystojniakiem! Dzieci znam z imion, ale męża już nie. Coś tu jest nie tak…

Wyszłam z pokoju. W korytarzu piętrzyły się walizki na kółkach. Dwie ogromne czarna i jasnobeżowa, z metką znanej luksusowej marki. Obok trzy dziecięce sportowe plecaki.

Więc jedziemy gdzieś dalej nie na piknik. Ale dokąd? W podróż!?

Wtedy wszedł mąż. Z wprawą podniósł walizki, jakby robił to setki razy, i z czułą troskliwością popychał mnie do drzwi.

Spóźnimy się rzucił spokojnie, bez cienia irytacji.

Automatycznie zerknęłam na palec i zamarłam. Nie miałam obrączki! Ani ja, ani on. Kolejna zagadka. Albo…?

Dzieci jedno za drugim wskoczyły do samochodu dużego, wygodnego minivana. Plecaki poleciały na swoje miejsce, pasy zaskoczyły jak w wojsku. On pewnie zasiadł za kierownicą. Ja, z głębokim westchnieniem, dołączyłam z przodu.

Natychmiast podał mi kubek z kawą. Z mlekiem takiej nie cierpię! To bolało najbardziej.

Ruszamy! rzucił z uśmiechem, mrugając do dzieci. Im dalej jechaliśmy od domu, tym bardziej drętwiałam w środku.

Dzieci śmiały się i szeptały coś z tyłu, on skupiony, pewny siebie. Rzucał mi czasem porozumiewawcze, figlarne spojrzenia, jakbyście dzielili jakąś wspólną tajemnicę. Jakby wiedział coś, o czym ja miałam się dopiero przekonać

Gapiłam się przez okno czułam się jak jeż w mgle. Wszystko wokół powinno być proste: rodzina, auto, wyjazd. Ale ja nie rozumiałam nic.

Minęliśmy Wawę już na dobre i gwałtownie oddalaliśmy się w stronę trasy na południe. W sercu wiedziałam już swoje: to nie moja rodzina, to obcy facet i cudze dzieci! To ON mnie porwał!

Nie, to oni porwali MNIE! Ale przecież znam imiona dzieci W końcu kompletnie się pogubiłam, więc uznałam: obcy facet, muszę działać!

Wyprostowałam się, mocniej ścisnęłam kubek z kawą i udawałam, iż patrzę przez okno, a w środku już budził się tryb przetrwania.

Po pół godzinie dzieci chórem zaczęły zgłaszać swoje potrzeby:
Tato, siku!
Pije mi się!
Głodna jestem!

Auto zjechało na Orlen, wyszliśmy na stację. To mój moment! Serce waliło mi tak głośno, iż zagłuszało wszystko wokół. Kiedy wszyscy się rozeszli, wymknęłam się z baru, na palcach do auta. Dobiegłam do kierownicy

Nie ma kluczyków!

No jesteś, szukaliśmy cię wszędzie usłyszałam spokojny głos z uchylonego okna. Zamarłam.

Skoro już wszyscy są, jedziemy dalej powiedział miękko. Kochana, ja prowadzę, ty wypocznij sobie.

I ruszyliśmy dalej.

Po godzinie przed nami wyrosło lotnisko szkło, beton, tłum. Zaparkował i całą gromadką weszliśmy do środka.

Byłam już na granicy paniki. Nie pozwolę się porwać, nie zostanę ofiarą! myślałam. Zaczęłam się oddalać od tej zbyt zgranej rodzinki. Krok, jeszcze krok i nagle biegiem!

Porwanie! Pomocy! wykrzyczałam, rzucając się do ochroniarza.

Zareagowali jak z serialu. Po chwili leżałam na podłodze, skuta kajdankami. Wokół panowie z poważnymi minami, z bronią i krótkofalówkami.

Proszę poczekać! Wszystko wyjaśnię! huknął facet, którego uważałam za porywacza.
To żart noworoczny! Prank! Nie mamy broni! To nie porwanie!

Jego głos docierał do mnie z oddali. I nagle zobaczyłam je za ścianką reklamową stały moje przyjaciółki, rozbawione, roztrzęsione, zmartwione i szczęśliwe.

Mamo! dzieci pobiegły do jednej z kobiet w grupce. Pozostałe przyjaciółki już wyjaśniały coś ochroniarzom, śmiejąc się i przepraszając za porywaczkę.

Podnieśli mnie, zdjęli kajdanki. Świat przestał wirować. Stałam pośrodku lotniska, rozczochrana, z dziko bijącym sercem, i nagle mnie olśniło nikt mnie nie porwał.

To był żart?!

Kiedy adrenalina wreszcie odpuściła, dotarły do mnie ich słowa.

To była mistyfikacja.

Na wielką skalę. Zaangażowana cała paczka. Z fabułą jak z kryminału.

Przyjaciółki prześcigały się w tłumaczeniach, śmiechu i tłumaczeniach zarazem.

Okazało się, iż od dawna chciały mnie poznać z porządnym facetem. Takim, któremu się podobam już od lat. Który patrzy, wzdycha, ale wiedząc jaki mam charakter, bał się działać wprost. Bo ja z nowymi znajomościami mam jedną odpowiedź:
Dzięki, nie trzeba. Jest mi dobrze samej.

Dziewczyny to wiedziały, więc postanowiły pominąć całe gadanie i zrobić demonstrację w praktyce.

Tak narodził się plan: zamiast przedstawiać, zanurzyć mnie całkiem w rodzinnej atmosferze. O, zobacz: poranek, dzieci ogarnięte, facet spokojny, troskliwy, bez zbędnych słów i jeszcze się uśmiecha. I ma te orzechowe oczy, no i ładnie pachnie.

Chciałyśmy, żebyś nie myślała przyznały szczerze. Po prostu, żebyś poczuła to sercem.

I nagle zdałam sobie sprawę, iż nie umiem już się złościć. Kobieca logika niby nie akceptuje gwałtownych zagrań ale rezultat szanuje.

Czy sposób był… kontrowersyjny? Owszem. Czy był prawie zawał? No, blisko. Ale eksperyment szczery! Czasem, by dowiedzieć się, czy chcesz mieć faceta, wystarczy jedno takie poranne porwanie, trójka dzieci i kubek kawy od porywacza.

I wtedy go zobaczyłam. Księcia z bajki uśmiechającego się diabelnie zalotnie, aż przypominał mi Kota ze Shreka. W orzechowych oczach iskrzyły się złote diabełki. Dzieci już się do niego garnęły okazały się być jego siostrzeńcami i bratankami, zaangażowanymi w żart na maksa.

Ojej, zaraz się spóźnicie! krzyczały dziewczyny. Samolot zaraz odlatuje! Lecieć na odprawę, szybko!

Znowu porwanie? przemknęło mi przez głowę. Dokąd mnie wysyłają? Nad Bałtyk? Do ciepłych krajów? Mango jeść i nurkować?

Wyciągnął do mnie dłoń.

Pozwól się poznać raz jeszcze. Tomek jestem. Mogę Cię porwać? powiedział z czułym, nieco żartobliwym uśmiechem.

Spojrzałam na przyjaciółki stojące cicho, trochę przestraszone, czekały na moją decyzję. Zerknęłam na walizki. Jeszcze raz popatrzyłam w te orzechowe oczy, gdzie złote iskierki tańczyły tak, jakby już dawno znały moje serce.

Przez chwilę przemknęła mi myśl co mi, do licha, szkodzi?

Jedziemy! powiedziałam, uśmiechając się sama do siebie. I dodałam półszeptem Ale dzieci zostają z wami!

Dziewczyny roześmiały się, on uśmiechnął jeszcze szerzej, a lotnisko, tłum ludzi i cała wrzawa nagle zamieniły się w początek czegoś nowego ciepłego, zabawnego i zaskakująco swojskiego.

Czasem życie nie porywa nas, tylko nagle przenosi tam, gdzie powinniśmy już dawno być.

Idź do oryginalnego materiału