Porwanie Stulecia, czyli jak Marzyłam, żeby Facetów Goniło za Mną Stado i Płakało z Niemocy – a Obudziłam się z Czterema Synami, Przystojnym Mężem, Kacałem po Sylwestrze i Całą Drużyną na Wyjazd, Tylko… Kim Oni Są i Dlaczego Nic Nie Pamiętam?

polregion.pl 6 godzin temu

Porwanie stulecia

Chcę, żeby faceci ganiali za mną i płakali, iż nie mogą mnie dogonić! przeczytałam głośno swoje życzenie z kartki, a potem podpaliłam je zapalniczką. Popiół strzepnęłam do kieliszka, dopiłam resztkę prosecco, śmiejąc się razem z dziewczynami.

Choinka zamigotała światełkami niby zamyślona, by po chwili zabłysnąć jeszcze jaśniej. Muzyka się rozkręciła, kieliszki zadźwięczały, a twarze wokół zlały się w jeden barwny, sylwestrowy fajerwerk. Z gałęzi jakby spadł złoty pył albo po prostu tak to zapamiętałam…

Maam… Mamusiu, wstawaj!

Ledwo rozchyliłam jedno oko. Przede mną stała niemal cała jedenastka piłkarska.

Kim wy jesteście? Znam was, dzieciaki?

Psocąc, jeden po drugim udawali poważnych:

Mamusia, pamiętasz przecież! Maksymilian 9 lat, Kuba 7, Staś 5, Dominik 3 lata!

Kompletna drużyna, bez żadnych rezerwowych, wszyscy ze sprytnym uśmieszkiem, pełni zapału. Nie o takich biegających za mną facetach marzyłam w Sylwestra…

A wasz trener… tfu, znaczy tata gdzie? zachrypiałam suchym głosem. Przynieście mamie wodę…

Zamknęłam oczy tylko na chwilę i znów:

Mamoo!

Dwie szklanki wody, mandarynka i kubek z ogórkową zalewą zjawiły się błyskawicznie w moich rękach. No cóż… Najstarszy już wie, jak stawiać mamę na nogi po świętowaniu. No rosną chłopaki!

Mamo, wstawaj, przecież obiecałaś… jęczały młodsze.

Starałam się przypomnieć, jak się tu znalazłam i co adekwatnie obiecałam.

Kino?

Nieeee.

McDonald’s?

Nie!

Do sklepu z zabawkami?

No maamooo! Nie udawaj! My już gotowi, tylko ty nie możesz się zebrać!

A dokąd wy się niby wybieracie? poddałam się wreszcie.

Kochanie, wstawaj rozległ się męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. W orzechowych oczach igrały złote iskierki. No matko, jaki przystojniak!

Jesteśmy gotowi, samochód już spakowany. Po drodze wpadniemy do Biedronki i w trasę!

Z całych sił próbowałam przypomnieć sobie, kim jest ten facet i czemu te dzieci mówią do mnie „mamo”. W głowie nicość. Pustka i zero wersji.

Mama, nie zapomnij naszych kąpielówek! I swoich też! wrzasnął ktoś z korytarza.

To jeszcze basen?! przemknęło mi przez głowę. Co za nowe życie i czemu ja nic nie pamiętam?…

Otworzyłam oczy i powoli ogarnęłam wzrokiem pokój. Nic nie poznaję! Ani jednej rzeczy! Ani zdjęć na komodzie, ani mebli, ani ciężkich zasłon z nieznanym wzorem.

Całe pomieszczenie obce. Tylko jedna rzecz wydawała się znajoma czerwona gwiazda betlejemska w białej doniczce ozdobionej perełkami.

Zamknęłam oczy i zaczęłam ostrożnie rozplątywać nici wczorajszego dnia. Byłyśmy z dziewczynami w restauracji, świętowałyśmy Nowy Rok, bawiłyśmy się w Tajemniczego Mikołaja. Tak jak na studiach, tylko teraz z markowymi torebkami, wymyślnymi fryzurami i wiecznym niedoczasem.

Przyjaciółki eleganckie, rozbawione, uradowane dziwną wolnością. Choć na chwilę oderwały się od tej wiecznej karuzeli: mężowie, dzieci, szkoła, przedszkole, garczki… Świeciły szczęściem jak licealistki, które uciekły z ostatniej lekcji.

Tylko ja spokojna, jak zawsze. Przecież nie mam męża jestem sama sobie sterem. Nikomu nie muszę tłumaczyć, nie czekam, nie meldowałam się.

Ostatnia panna młoda żartowały, mrugając i dolewając mi prosecco.

Ja w prezencie wręczyłam kosmetyki z ekstraktem z czarnego kawioru i złotą nicią. Śmiałyśmy się, iż taki krem to i na chleb można położyć i dodać do szampana na śniadanie. Żartom końca nie było, pstrykałyśmy zdjęcia tego pudełka, jakby to był jakiś zestaw do muzeum, nie kosmetyki.

A w odpowiedzi dostałam właśnie tę bożonarodzeniową gwiazdę gwiazdę betlejemską w zdobionej doniczce. I butelkę rzadkiego szampana przywiezionego z jakiegoś starego zamku pod Bordeaux. Takiego, co to się otwiera tylko przy wyjątkowej okazji i mówi o nim szeptem.

Przeczytałam kartkę czy to był toast czy życzenie? i… nic więcej nie pamiętam. Jak to mówią: przyszedł, upadł, obudził się a tu gips!

Popatrzyłam na siebie w lustrze. Ta sama młoda dziewczyna, choćby kreski na powiekach jak w Sylwestra. Skąd więc dzieci, mąż? Nie pamiętam ani porodu, ani karmienia, choćby ślubu z tym pięknisiem! Dzieci z imienia znam, ale imienia męża nie pamiętam. Coś tu nie gra…

Wyszłam do przedpokoju. Walizki na kółkach czekają. Dwie duże, dorosłe czarna i beżowa z logo znanej marki. Oprócz nich trzy sportowe plecaki dla dzieci.

Czyli nie na piknik do lasu. A więc gdzie?! W podróż!?

Wtedy właśnie ten mąż wrócił do mieszkania. Z wprawą chwycił bagaże i delikatnie poganiał mnie w stronę drzwi.

Spóźnimy się rzucił spokojnie, jakby to była codzienność.

Zerknęłam mechanicznie na swoją rękę i zamarłam. Nie mam obrączki! Ani ja, ani on. Jeszcze dziwniej. Albo…?

Dzieci jedno po drugim zapakowały się do dużego minivana. Plecaki na miejsce, pasy zapięte kontrolnie. Mąż za kierownicą pewny siebie. Usiadłam na przednim siedzeniu i głęboko odetchnęłam.

Od razu podał mi kubek z kawą. Z mlekiem a ja przecież nienawidzę mleka w kawie! Chyba to zabolało mnie najbardziej.

Ruszamy rzucił z uśmiechem i mrugnął do dzieci. Im dalej odjeżdżaliśmy od mieszkania, tym dziwniejsze czułam niepokoje.

Dzieci z tyłu gadały i śmiały się pod nosem. On prowadził skupiony, od czasu do czasu posyłając mi porozumiewawcze, figlarne spojrzenie. Jakbyśmy dzielili jakąś tajemnicę, której nie mogłam sobie przypomnieć.

Patrzyłam na drogę i czułam się jak jeż we mgle. Wszystko wydaje się jasne: rodzina, samochód, podróż. Ale nic nie rozumiem.

Wyjechaliśmy na trasę pod Warszawą, oddalając się gwałtownie od miasta. Już wiedziałam, iż nie wierzę temu choćby przez chwilę obok mnie nie moja rodzina, tylko jakiś obcy facet i cudze dzieci!

On mnie porwał!

Nie, oni wszyscy mnie porwali!

Tylko skąd znam imiona dzieci? Sama już nie wiedziałam, co jest prawdą, ale w głowie miałam jedno koło mnie jest obcy facet, on mnie uprowadził i muszę z tym coś zrobić!

Wyprostowałam się w fotelu, ścisnęłam kubek kawy i zaczęłam udawać, iż patrzę przez okno. Cała w środku powoli, ale nieubłaganie przestawiałam się na tryb: przeżyć!

Po pół godzinie dzieci chórem podniosły alarm:

Tata, musimy do toalety!

Pić mi się chce!

A kiedy będzie coś do jedzenia?

Zjechaliśmy na Orlen. Wszyscy wybiegli do budynku.

To moja szansa! Serce waliło tak mocno, iż przegłuszało szum trasy. Gdy nikt nie patrzył, wyślizgnęłam się z kawiarni i schyliłam do samochodu. Szybki bieg jestem za kierownicą…

Ale nie ma kluczyka w stacyjce.

O, jesteś tu, szukaliśmy cię usłyszałam nagle za sobą spokojny głos. Podskoczyłam ze strachu.

Wszyscy są, jedziemy dalej rzucił łagodnie. Kochanie, ja poprowadzę, ty sobie odpocznij.

I rzeczywiście, ruszyliśmy dalej.

Godzinę później przed nami wyrósł lotniskowy terminal stal, szkło, rzeka ludzi. Zaparkowaliśmy, weszliśmy do środka całą gromadką.

Byłam jak struna napięta nie dam się wywieźć gdzieś nie wiadomo gdzie! Nie będę ofiarą porwania! Będę walczyć do końca!

Zaczęłam się wycofywać od tego podejrzanie zgranego klanu. Krok, jeszcze krok… i nagle wyrwałam się do przodu.

To porwanie! Pomocy! wrzasnęłam, rzucając się do ochroniarza.

Zareagował natychmiast. Powalił mnie na ziemię, ręce skutkował z tyłu. Wokół pojawiła się ochrona z pistoletem na gaz, krótkofalówkami, groźnie poważni.

Proszę poczekać! Zaraz wyjaśnię! krzyczał mężczyzna, którego uznałam za porywacza.

To żart sylwestrowy! Psikus! Nie mamy broni, to nie porwanie!

Głos miałam jak przez mgłę, aż nagle dostrzegłam je za reklamowym stoiskiem stały moje dziewczyny. Uśmiechnięte, trochę spłoszone, zaskoczone, a jednocześnie rozbawione.

Mamusiu! wrzasnęły dzieci, rzucając się nie do mnie, a do jednej z moich przyjaciółek. Pozostałe tłumaczyły się przed ochroną i prosiły o uwolnienie „porywaczki”.

Podnieśli mnie, zdjęli kajdanki, świat przestał wirować. Stałam roztrzęsiona na środku lotniska, rozczochrana i jeszcze z bijącym sercem i nagle zrozumiałam: nikt mnie nie porwał.

To był żart?!

Kiedy adrenalina się cofnęła i szumy w uszach ucichły, zaczęłam słyszeć słowa, a potem rozumieć:

To był żart.

Wielki. Drogocenny. Kolektywny. Trochę kryminalny.

Przyjaciółki zaczęły mówić naraz, wybuchając śmiechem i jednocześnie tłumacząc się i przepraszając.

Wyszło na jaw, iż od dawna chciały mnie spiknąć z porządnym facetem takim, któremu podobam się od lat, ale boi się zrobić pierwszy krok. Bo doskonale wie, jaki mam charakter: każde próby kończyłabym tekstem dzięki, nie trzeba, radzę sobie sama.

Więc nie postawiły na podchody ani próbę przekonania. Po co? Przecież można przejść od razu do działania.

Tak się zrodził pomysł: nie poznawać na siłę, a wrzucić mnie w rodzinny klimat o, proszę: wspólne śniadanie, kawa przyniesiona w łóżku, dzieci ogarnięte, facet spokojny, czuły, robi co trzeba i jeszcze się uśmiecha. No i te jego piękne, orzechowe oczy.

Nie chciałyśmy, żebyś myślała, tylko poczuła ze szczerością przyznały dziewczyny. Tylko tyle.

Złapałam się na tym, iż już nie umiem się złościć. Wiadomo, kobiecy mózg nie znosi brutalnych najazdów, ale ceni efekt końcowy.

Tak, metoda była sporna. Tak, prawie doznałam zawału. Ale eksperyment czysty! Czasem, żeby się przekonać, czy facet jest ci potrzebny, wystarczy poranek z trójką dzieci i kubkiem kawy od niby-porywacza.

I wtedy go zobaczyłam. Bohater mojego romansu stał uśmiechnięty z figlarnym błyskiem, zupełnie jak Kot ze Shreka. A w jego orzechowych oczach migały złote chochliki. Dzieci zlgnęły do niego okazało się, iż to jego siostrzeńcy, którzy wkręcili się w żart ukochanego wujka.

Ojej, spóźnicie się! ożywiły się dziewczyny. Samolot bez was odleci! Biegiem na odprawę!

Co, znów porwanie? przemknęło mi przez głowę. I dokąd mnie chcieli wywieźć? Nad Bałtyk? A może do Włoch na lasagne i prosecco…?

Wyciągnął do mnie rękę.

Pozwól się porwać na nowo. Jestem Włodek. powiedział z ciepłym uśmiechem.

Spojrzałam na dziewczyny. Stały cicho, czekały. Rzuciłam okiem na walizki. Wróciłam wzrokiem do jego oczu, które patrzyły prosto w duszę.

Co adekwatnie stoi na przeszkodzie, by się zgodzić?

Jedziemy! wyszeptałam i uśmiechnęłam się do siebie. To porwanie było najprzyjemniejszą przygodą, jaka mi się przydarzyła.
A potem już tylko, ledwie słyszalnie, dodałam:

Ale pod warunkiem, iż dzieci zostaną w domu…

Dziewczyny wybuchły śmiechem, Włodek szeroko się uśmiechnął, a lotniskowy tłum i harmider zamieniły się nagle w początek czegoś zupełnie nowego śmiesznego, ciepłego i zaskakująco przytulnego.

Czasem życie nas nie porywa.
Czasem po prostu przenosi nas gwałtownie tam, gdzie dawno powinnyśmy już być.

Idź do oryginalnego materiału