Pośpiech do domu: wieczór pełen zmęczenia i oczekiwania.

newskey24.com 4 dni temu

Zosia spieszyła się do domu. Była już dziesiąta wieczorem, a ona marzyła tylko o tym, by jak najszybciej zjeść kolację i położyć się spać. Tego dnia była wyjątkowo zmęczona. Mąż już wrócił, kolacja stała gotowa, a ich dwunastoletni synek, Kacper, był nakarmiony.

Zosia pracowała w małym salonie fryzjerskim i tego wieczora miała dyżur. Musiała posprzątać, włączyć alarm, zamknąć drzwi, więc trochę się opóźniła.

Droga do domu wiodła przez mały park. zwykle było tam spokojnie i bezpiecznie. Za dnia przesiadywały na ławkach starsze panie, a wieczorem nikogo nie było, a latarnie oświetlały ścieżkę, więc nie było strachu.

Ale tego wieczora jedna z ławek nie była pusta. Przytuleni do siebie siedzieli na niej dzieciak, chłopiec około dziesięcioletni i może pięcioletnia dziewczynka. Zosia zwolniła kroku i podeszła bliżej.

— Co tu robicie o tej porze? Już późno! Powinniście iść do domu!

Chłopiec spojrzał na nią uważnie, pogłaskał siostrę po głowie i przytulił ją mocniej.

— Nie mamy gdzie iść. Ojczym nas wyrzucił.

— A mama?

— Jest z nim. Pijana.

Zosia nie myślała długo.

— Wstawajcie, pójdziecie ze mną. Jutro się tym zajmiemy.

Dzieci niepewnie wstały. Zosia wzięła dziewczynkę za rękę, a drugą podała chłopcu.

Tak przyprowadziła ich do siebie. Wytłumaczyła wszystko mężowi i synowi. Oni, znając jej dobre serce, nie gadali wiele, tylko pokazali dzieciom, gdzie się umyć, i posadzili przy stole. Głodne maluchy, choć nieśmiałe, zjadły wszystko z apetytem.

Potem Zosia poszła do sąsiadki, której córka chodziła do pierwszej klasy, i poprosiła o jakieś ubranka dla dziewczynki. Dostała ich sporo, bo w każdej rodzinie zostaje mnóstwo rzeczy po wyrośniętych dzieciach.

Wykąpała Marysię — tak miała na imię dziewczynka — i ubrała w czyste ubranie. Chłopiec, Tadeusz, umył się sam i też dostał czyste rzeczy po Kacprze.

Położyła ich razem w salonie na kanapie, bo dziewczynka ani na krok nie odstępowała brata, a on co chwilę ją przytulał.

Zmęczone i najedzone dzieci gwałtownie zasnęły. Zosia posłała Kacpra do łóżka, a z mężem długo szeptali, co dalej robić.

Rano wstała wcześnie, odprowadziła męża do pracy. Sama zaczynała dopiero po południu.

Dzieci się obudziły. Nakarmiła je śniadaniem i postanowiła odprowadzić do domu. Ich wyprane i wysuszone ubrania spakowała do torby i dała im ze sobą.

Zaprowadziły ją do bloku niedaleko. Drzwi na trzecim piętrze były otwarte. Weszli i zatrzymali się w progu. Zosia stanęła obok. Chciała spojrzeć tej kobiecie w oczy, zapytać, o czym myślała całą noc, gdy dzieci nie wróciły.

Z pokoju wyszła jeszcze młoda, ale zaniedbana kobieta z wielkim siniakiem pod okiem. Obojętnie spojrzała na dzieci i mruknęła:

— A… Wróciliście… A to kto?

— To ciocia Zosia. Spaliśmy u niej.

— A… Dobrze.

I wróciła do pokoju. Zosia była w szoku. I to miała być matka?

Ale nagle kobieta wróciła i powiedziała:

— Chodź na kuchnię.

Zosia poszła. Ku jej zdumieniu, w domu było skromnie, ale czysto. Nic się nie walało, naczynia były pozmywane, podłoga wytrzepana. choćby ich szlafrok, choć stary i z brakującymi guzikami, był czysty.

— Siadaj.

Zosia usiadła. Kobieta spojrzała na nią spod sinego oka i zapytała:

— Macie dzieci?

— Tak, syna, dwunastoletniego.

— Słuchaj, jeżeli coś mi się stanie, nie zostawiaj moich dzieci. Zajmij się nimi. Są dobre.

— A ty? Chcesz je porzucić?

— Już nie umiem przestać. Próbowałam… A on nie da mi odejść. — Skinęła w stronę pokoju, skąd dochodziło chrapanie.

— Idź na policję!

— Byłam. Posiedzi piętnaście dni, wróci i będzie jeszcze gorzej. A ja bez wódki już nie umiem. Piję codziennie. A on wyrzuca dzieci. Nie jest ich ojcem.

— A gdzie ojciec?

— Utonął, gdy Marysia skończyła rok. Od tamtej pory piję.

— Pracujesz?

— Myłam podłogi w sklepie. W zeszłym tygodniu wyrzucili za absencję.

— A on?

— Dorabia. Jakoś się kręcimy.

Spojrzała na Zosię uważnie i powtórzyła:

— jeżeli coś się stanie, proszę, nie zostawiaj ich. Widać, iż masz dobre serce. choćby jeżeli trafią do domu dziecka, odwiedzaj ich.

Zosia wstała i wyszła. Jej głowa nie mogła ogarnąć tej sytuacji. Była wstrząśnięta tamtym błaganiem.

Dzieci wyszły za nią. Przytuliły się mocno. Zosia poczuła łzy. gwałtownie je otarła i powiedziała Tadziowi, iż wie, gdzie jej szukać. Odwróciła się i zeszła na dół. Dopiero na ulicy puściła łzy. Płakała tak mocno, iż ludzie się oglądali.

Wieczorem opowiedziała wszystko mężowi. On ją wsparł, przyrzekł, iż nie zostawią dzieci samych. Kacper, który słyszał rozmowę, przysiadł się do nich. W milczeniu przytulili się we troje.

Tadeusz przyszedł po trzech dniach. Powiedział, iż mama zniknęła, a ojczyma zabrała policja. Marysia jest u sąsiadki, ale dziś zabiorą ich do domu dziecka. gwałtownie wszystko wyjaśnił i pobiegł do siostry. Tego samego dnia trafili do placówki.

Ich matkę znaleziono następnego dnia w rzece, ze śladami pobicia. Pewnie przeczuwała, co ją czeka, dlatego błagała Zosię o pomoc.

Zosia z mężem zaczęli biegać po urzędach, by uzyskać opiekę nad dziećmi. Ponieważ nie mieli rodziny, pozwolono im zabrać Tadzia i Marysię. Na komisji Zosia opowiedziała o tamtej rozmowie z ich matką. Tak dzieci znalazły nowy dom.

Zosia musiała zrezygnować z pracy. Marysia była przerażona, ufała tylko bratu, ciągle trzymała się go blisko. choćby gdy upuściła łyżkę, patrzyła ze strachem na męża Zosi, jakby bała się kary. Trzeba było czasu, by ją oswoić. Tadeusz rozumiał już, iż w tym domu nic im nie grozi.

Powoli dziewczynka się otwierała. Już śmiaZ biegiem lat Marysia pokochała swoich nowych rodziców jak własnych, a dom Zosi na zawsze stał się ich bezpieczną przystanią.

Idź do oryginalnego materiału