Prawda, która ścisnęła wszystko w środku
Dziś, gdy wieszałam pranie na sznurku w ogrodzie, usłyszałam ciche szlochanie zza płotu. Zajrzałam tam i zobaczyłam Zosię sąsiadkę, ośmioletnią dziewczynkę. Chociaż chodzi już do drugiej klasy, jest drobniejsza niż rówieśnicy, wygląda na sześciolatkę.
Zosiu, znowu cię ktoś skrzywdził? Chodź do mnie powiedziałam i odsunęłam luźną deskę z płotu, bo Zosia często uciekała do mnie, gdy coś się działo.
Mama wyrzuciła mnie z domu, powiedziała wynoś się, i wypchnęła za drzwi. Bawią się tam z wujkiem Kacprem odpowiedziała, wycierając łzy.
Chodź do domu, Basia z Kubą właśnie jedzą, dam ci coś do jedzenia zaprosiłam ją do środka.
Już nieraz ratowałam Zosię przed szorstkimi rękami jej mamy, która wyładowywała na niej złość, a iż jesteśmy sąsiadkami, łatwo było mi się wtrącić. Brałam Zosię do siebie, dopóki jej mama, Anna, nie ochłonęła, nie uspokoiła się, wtedy dopiero pozwalałam jej wracać.
Zosia zawsze zazdrościła Basi i Kubie moim dzieciom. Ja z mężem, Andrzejem, bardzo kochamy nasze dzieci, nie krzyczymy na nie. W domu u nas panowała zawsze dobra, serdeczna atmosfera, a relacja z Andrzejem była pełna szacunku i troski. Zosia znała to dobrze i pragnęła mieć coś takiego u siebie. Zazdrościła nam tak mocno, iż aż czuła w środku ciężar, a w gardle ściskało ją z żalu. Bardzo lubiła u nas przebywać, czuła się tu bezpieczna i otoczona ciepłem.
W domu Zosi wszystko było jej zakazane. Matka kazała jej nosić wodę, sprzątać w komórce, pielić grządki, zmywać podłogę. Anna urodziła córkę bez męża, jak to się mówi jako panna, i od pierwszych chwil nie pokochała jej. Gdy żyła jeszcze babcia Zosi, matka Anny, opiekowała się wnuczką, bo Anna zupełnie jej nie zauważała, choćby się nią nie zajmowała.
Za życia babci Zosi było lepiej, ale gdy babcia zmarła, Zosia miała zaledwie sześć lat. To wtedy zaczęło się ciężkie życie dla dziecka. Annę złościło, iż jest sama, bez męża nie jak inne kobiety, nieustannie szukała kogoś, kto się nią zajmie. Pracowała jako sprzątaczka w bazie autobusowej, gdzie większość stanowili mężczyźni. Pewnego razu pojawił się nowy kierowca, Kacper, i gwałtownie coś zaiskrzyło między Anną a nim.
Kacper był po rozwodzie, miał syna, któremu płacił alimenty. Anna od razu zaprosiła go do siebie, cieszyła się, bo wreszcie miał gdzie mieszkać żona wyrzuciła go z domu. Anna gwałtownie zaczęła się wokół niego krzątać, adorowała go i niańczyła.
Kacper zorientował się, iż u Anny będzie miał wygodnie, a jej córka mu nie przeszkadza:
Będzie kręciła się pod nogami, potem wyrośnie na pomoc myślał.
Anna całą uwagę kierowała na Kacpra, a Zosię stale strofowała, nakazywała sprzątać, a nieraz i uderzyła.
Jak mnie nie będziesz słuchać, oddam cię do domu dziecka groziła.
Brakowało Zosi sił, by porządnie sprzątać w komórce, i za to też była karana. Siadała wtedy pod krzakiem porzeczki przy płocie i cicho płakała. Gdy widziałam to, od razu brałam ją do siebie. Zosia rosła cicha, wycofana.
Znajomi i sąsiedzi obgadywali Annę mieszkałyśmy w podwarszawskim miasteczku, ludzie znają się tam dobrze. Mówili, iż nie powinno się tak traktować własnej córki, a zwłaszcza, iż ja nie milczałam. Anna puściła wtedy plotkę:
Nie słuchajcie tej Kaśki z sąsiedztwa, ona podkochuje się w moim Kacprze, dlatego wymyśla, iż nasza Zosia jest krzywdzona.
Anna z Kacprem często urządzali sobie imprezy, sporo pili, a Zosia w takich chwilach uciekała do nas na noc. Rozumiałam jej ból bardziej niż inni i żal mi jej było ogromnie.
Mijał czas. Zosia dobrze się uczyła, dorastała. Ukończyła dziewięć klas z bardzo dobrymi ocenami, marzyła o nauce w dużym mieście, chciała pójść do liceum medycznego w Warszawie. Matka jednak stanowczo powiedziała:
Idziesz do pracy, jesteś już dorosłą panną, nie będziesz tu siedzieć na moim utrzymaniu Zosia się popłakała i wybiegła z domu, płakać również nie wolno było.
Po uspokojeniu przeszła do mnie i opowiedziała, co się stało. Moje dzieci już uczyły się w Warszawie. Tym razem nie wytrzymałam i poszłam do Anny.
Aniu, nie jesteś matką, tylko okrutną kobietą. Inne kobiety robią dla dzieci wszystko, a ty swoją córkę poniżasz. Zupełnie jej nie kochasz, ale masz matczyny obowiązek, choćby odrobinę sumienia. Gdzie ona ma iść do pracy dziecko ledwo dorosłe, a uczyła się przecież wzorowo, to twój własny skarb. Sama kiedyś przyjdzie cię prosić.
A ty się nie wtrącaj! Pilnuj swoich, a nie mojej Zosi. Ona przyzwyczaiła się u ciebie szukać pocieszenia!
Ogarnij się, Aniu. Twój Kacper wysłał własnego syna do szkoły w mieście, choć choćby go nie wychowuje, a ty dręczysz własną córkę. Obudź się, myślisz, iż kim jesteś?
Anna krzyczała na mnie, ale potem wyraźnie opadła z sił, usiadła ciężko na starej wersalce.
No dobra, jestem surowa, może i krzywdzę Zosię. Ale to dla jej dobra, żeby nie była taka jak ja, żeby nie wróciła do domu z dzieckiem bez ojca. Niech jedzie do powiatu, niech się uczy rzuciła od niechcenia.
Zosia bez problemu dostała się do liceum medycznego. euforia ją rozpierała. Choć trochę krępował ją strój była skromnie ubrana, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Nikt jej jednak nie oceniał, bo w klasie były też inne dziewczyny ze wsi. Do domu wracała bardzo rzadko.
Nie chciało jej się jeździć do matki i Kacpra, ale na wakacje musiała, choć zawsze najpierw biegła do mnie. Zawsze ją gościłam, pytałam i słuchałam z mężem witamy ją jak własną córkę.
Anna miała swoje kłopoty jej konkubent zaczął spotykać się z młodszą kobietą. Anna była nerwowa, wybuchowa, a Zosia właśnie przyjechała na wakacje. Matka nie cieszyła się z jej wizyty, powiedziała wprost:
Po co przyjechałaś, nie mam czasu w ciebie, pracuj w wakacje, nie siedź na mojej głowie.
Grzmotem okazała się scena, gdy Kacper wrócił z pracy i zaczął pakować swoje rzeczy.
Gdzie się wybierasz, nie puszczę cię krzyczała Anna, on spojrzał szyderczo.
Róża spodziewa się mojego dziecka, a ja swojego dziecka nie zostawię. Tobie Zosia niepotrzebna, a mnie mój syn potrzebny. Nie pozwolę, żeby Róża przyprowadziła obcego faceta, który będzie znęcał się nad moim dzieckiem. A twoja Zosia? Nie wie, co to matczyna miłość, jakbyś ją znalazła pod płotem. A mój syn od początku będzie miał i matkę, i ojca, będzie wychowywany w miłości i cieple powiedział, zabrał rzeczy i wyszedł.
To zdania zabiły Annę. Straciła wszelkie siły, nie potrafiła choćby krzyczeć ani płakać. Kacper powiedział jej prawdę. Taka prawda zamknęła jej usta, oczy i ścięła wszystko w środku. choćby oddechu brakowało.
Zosia wszystko to słyszała. Nie podeszła do matki, nie pocieszała. Przed oczami stanęły jej wspomnienia: byle szmer podczas odpoczynku Kacpra skutkował biciem przez matkę i wyrzuceniem na dwór. Kacper nigdy się za nią nie ujął, nie bił, ale patrzył z pobłażliwą miną, czując się panem domu.
W ostatniej klasie Zosia zaczęła pracować w szpitalu i sama się utrzymywała. Do matki nie jeździła Anna piła, straciła urodę, pieniędzy starczało jej na wódkę. Z trzepanej dziewczyny Zosia stała się piękną, pracowitą kobietą. Z szacunkiem odnosiła się do chorych, za co ją ceniono i uważano za dobrze wychowaną. Chwalono choćby jej matkę, ale Zosia tylko uśmiechała się cicho.
Co oni wiedzą o wychowaniu myślała. To wszystko dzięki pani Kasi, jestem jej wdzięczna za obronę, za zrozumienie, za troskę i iż zachęciła mnie do medycyny.
Anna coraz częściej sprowadzała podejrzanych znajomych, alkoholików. Zosia rzadko bywała w domu, ale za każdym razem była wstrząśnięta obrazem matki. Annę już dawno zwolniono z pracy. Widziałam, jak to wszystko wygląda, i nie potrafiłam jej ani przekonać, ani nakłonić do zmiany wiedziałam, iż to daremne. Najchętniej wyrzuciłabym wszystkich kolegów z jej domu, zrobiła tam porządki, zaczęła nowe relacje z matką i zakopała dawne urazy. Ale Anna nie chciała, coraz bardziej staczała się na dno.
W końcu Zosia ukończyła szkołę medyczną i wróciła do domu. Anna była sama, spojrzała na nią niechętnie:
Po co wróciłaś? Na długo? Nie mam choćby co jeść, lodówka wyłączona. Daj mi pieniędzy, boli mnie głowa.
Zosię ścisnęło w gardle, ale powstrzymała łzy i odpowiedziała:
Nie zostanę długo, nie bój się Skończyłam szkołę z wyróżnieniem, wyjeżdżam do województwa, będę pracować w szpitalu. Często nie będę przyjeżdżać, ale będę wysyłała trochę pieniędzy. Żegnaj, mamo.
Chyba do Anny to nie dotarło myślała tylko o tym, żeby się napić, prosiła o pieniądze.
Daj, muszę „naprawić” głowę, nie żałujesz mi chyba, co z ciebie za córka
Zosia wyciągnęła z kieszeni trochę złotych, położyła na stole, po cichu zamknęła drzwi i z nadzieją, iż matka wybiegnie za nią, przytuli ją pozwalając choć przez chwilę poczuć się prawdziwie kochaną. Nie doczekała się. Poszła powoli do mnie.
Przyjęłam ją z radością. Usadziłam przy stole.
Siadaj, Zosieńko, akurat obiad jemy mąż już czekał.
Ojej, zapomniałabym przyniosłam paczkę z drugiego pokoju. To dla ciebie, za to, iż ukończyłaś szkołę z wyróżnieniem, trochę pieniędzy też tam jest, na początek ci się przydadzą.
Zosia podziękowała i rozpłakała się.
Pani Kasiu, dlaczego tak? Za co matka traktuje mnie jak obcą?
Nie płacz, Zosieńko przytuliłam ją mocno nie płacz, tego już nie zmienisz. Taka jest Anna. Może to nie był jej czas na macierzyństwo. Ale ty jesteś mądra i piękna, jeszcze będziesz kochana i szczęśliwa.
Zosia wyjechała do dużego miasta, pracowała jako pielęgniarka w oddziale chirurgicznym. Tam poznała swoją miłość młody chirurg, Eryk, zakochał się od pierwszego wejrzenia. niedługo się pobrali. Na weselu obok Zosi siedziałam ja, jako jej druga mama, bardzo szczęśliwa.
Anna dostawała od córki pieniądze i chwaliła się przed koleżankami:
Taką córkę wychowałam, przysyła mi pieniądze, jest wdzięczna, wykształciłam ją. Na ślub mnie tylko nie zaprosiła i nie przyjeżdża, wnuków nie widziałam, zięcia nie znam.
Niedługo później znalazłam Annę leżącą martwą w domu. Ile tak leżała, nie wiadomo. Zaniepokoiłam się, bo w jej ogródku od dłuższego czasu była cisza. Zosia z mężem pochowali Annę, a dom sprzedali. Od czasu do czasu odwiedzała mnie z rodziną.
















