Przebaczenia nie będzie – Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się nad tym, by odnaleźć swoją matkę? Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Wika aż drgnęła. Właśnie układała na kuchennym stole dokumenty przywiezione z pracy – stosem grożącym rozsypką, dlatego ostrożnie przytrzymywała je dłonią. Teraz jednak znieruchomiała, powoli opuściła ręce i spojrzała na Aleksa. W jej oczach malowało się czyste zdumienie: skąd w ogóle taki pomysł? Po co miałaby szukać tej, która jednym nieprzemyślanym ruchem potrafiła zniszczyć jej niemal całe życie? – Oczywiście, iż nie – odpowiedziała Wika, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie. – Co to za absurdalny pomysł? Po co miałabym się tym zajmować? Aleks lekko się zmieszał. Przeczesał nerwowo włosy palcami, jakby próbował zebrać myśli, i uśmiechnął się – trochę wymuszenie, jakby już żałował, iż w ogóle coś powiedział. – Wiesz… – zaczął, szukając odpowiednich słów – często mówi się, iż dzieci z domów dziecka i rodzin zastępczych marzą o odnalezieniu swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem, iż jeżeli byś chciała, mogę ci pomóc. Naprawdę. Wika pokręciła głową. W klatce piersiowej zrobiło się duszno, jakby ktoś niewidzialny ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, tłumiąc nagły przypływ irytacji, i znów spojrzała na Aleksa. – Dziękuję za propozycję, ale nie trzeba – powiedziała stanowczo, podnosząc głos. – Nigdy nie będę jej szukać! Ta kobieta dla mnie już dawno nie istnieje. Nigdy jej nie wybaczę! Tak, to zabrzmiało ostro, ale inaczej nie mogła! Przecież musiałaby wracać myślami do morza bolesnych wspomnień i wylewać duszę przed narzeczonym. Kochała go, bardzo nawet, ale były rzeczy, którymi po prostu nie chciała dzielić się z nikim. choćby z najbliższymi. Sięgnęła więc znów po dokumenty, udając, iż jest bardzo zajęta. Aleks zmarszczył brwi, ale nie naciskał. Było widać, iż niełatwo mu pogodzić się z tak ostrą odpowiedzią Wiki. W głębi duszy nie mógł zrozumieć jej stanowiska! Dla niego matka zawsze była postacią niemal świętą – nieważne, czy uczestniczyła w wychowaniu, czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko przez dziewięć miesięcy i wydała je na świat, wynosił ją w jego oczach niemal na piedestał. Wierzył więc szczerze, iż między matką a dzieckiem istnieje szczególna, niezniszczalna więź, której nie mogą zniszczyć ani czas, ani okoliczności. Wika nie tylko nie podzielała tych przekonań – stanowczo je odrzucała, bez cienia wątpliwości. Było to dla niej zupełnie logiczne: jak można chcieć spotkać kogoś, kto potraktował cię z takim okrucieństwem? Jej tak zwana “mamusia” nie tylko oddała ją do domu dziecka – sprawa była znacznie gorsza, znacznie boleśniejsza! Jeszcze jako nastolatka Wika zdobyła się na pytanie, które przez lata gnębiło ją od środka. Podeszła do dyrektorki domu dziecka, pani Tatiany Kamińskiej – surowej, ale sprawiedliwej, którą wszystkie dzieci darzyły szacunkiem. – Dlaczego tu jestem? – spytała Wika cicho, ale stanowczo. – Moja mama… czy ona umarła? Czy odebrano jej prawa rodzicielskie? Musiało wydarzyć się coś poważnego, prawda? Tatiana Kamińska zamarła. Rozkładała właśnie dokumenty na swoim biurku, ale po tym pytaniu starannie wszystko odłożyła. Zamyśliła się na moment, jakby ważyła każde słowo, potem westchnęła ciężko i skinęła głową, zapraszając dziewczynkę by usiadła. Wika usiadła, ściskając brzeg krzesła palcami, czując jak narasta w niej niepokój. Przeczuwała, iż właśnie usłyszy coś, co na zawsze zmieni jej spojrzenie na własną przeszłość. – Twojej matce odebrano prawa rodzicielskie i pociągnięto ją do odpowiedzialności karnej – powiedziała spokojnie Tatiana Kamińska, wybierając ostrożnie słowa. Patrzyła na Wikę uważnie, ale w oczach miała troskę: musiała przekazać dwunastoletniej dziewczynce gorzką prawdę, którą wielu wolałoby zataić. Dałoby się złagodzić fakty, wymyślić coś mniej bolesnego, ale pani dyrektor zdecydowała – Wika powinna poznać całą prawdę. Bo lepiej wiedzieć, niż żyć w nieświadomości. Zrobiła krótką pauzę, po czym kontynuowała: – Trafiłaś do nas mając cztery i pół roku. Zainteresowały się tobą dobre osoby – zauważyły cię samotną na ulicy. Szedłaś sama, malutka, zdezorientowana… Później okazało się, iż pewna kobieta zostawiła cię na ławce na dworcu, a sama wsiadła w pociąg i odjechała. Była jesień, zimno i mokro, miałaś na sobie tylko cienki płaszcz i gumowce. Po kilku godzinach na dworze trafiłaś do szpitala. Byłaś mocno wychłodzona, długo dochodziłaś do siebie. Wika siedziała w bezruchu, jakby skamieniała. Jej palce zacisnęły się w pięści, ale twarz pozostała niewzruszona – tylko oczy pociemniały, jakby zebrały się w nich burzowe chmury. Milczała, ale Tatiana Kamińska widziała: dziewczyna słucha bardzo uważnie, chłonąc każde słowo, choć wewnątrz pewnie przeżywała rewolucję. – A… czy pani ją znalazła? Co powiedziała na swoją obronę? – wyszeptała Wika, nie rozluźniając pięści. – Znaleźli ją i osądzili. Jej tłumaczenie… – pani dyrektor na chwilę się zawahała, potem gorzko się uśmiechnęła. – Mówiła, iż nie miała pieniędzy, a właśnie trafiła jej się praca. Problem w tym, iż pracodawca nie pozwalał zabierać dzieci na teren obiektu – ty jej przeszkadzałaś. To miało być sanatorium albo coś podobnego. Uznała, iż będzie łatwiej – zostawić cię i zacząć nowe życie, już bez ciebie. Wika się nie ruszyła. Jej pięści powoli się rozluźniły, ręce opadły na kolana. Patrzyła w przestrzeń przed sobą, jakby jej tam nie było – myślami była już gdzie indziej, w tym jesiennym poranku, którego choćby nie pamiętała. – Rozumiem… – powiedziała w końcu cicho, prawie bez życia. Potem podniosła wzrok na Tatianę Kamińską i dodała: – Dziękuję za szczerość. To był moment, kiedy Wika już na dobre i nieodwołalnie wiedziała: nie będzie chciała szukać matki. Nigdy. Ta myśl, która czasem pojawiała się na obrzeżach świadomości – „może kiedyś, z ciekawości, by spojrzeć w oczy i zapytać ‘dlaczego?’” – właśnie rozpłynęła się na zawsze. Zostawić dziecko na ulicy… To się nie mieściło w głowie! Jak można tak postąpić? Czy kobieta, która dała jej życie, naprawdę nie miała w sobie ani grama sumienia, ani krzty litości? Z czteroletnim dzieckiem na ulicy mogło wydarzyć się wszystko! „To nie jest czyn człowieka, tylko bestii!” – powtarzała w myślach Wika, a w środku ściskał ją ból, ostry i kłujący. Próbowała, naprawdę próbowała znaleźć jakieś usprawiedliwienie. Może matka była zrozpaczona? Może rzeczywiście nie miała innego wyjścia? Może wierzyła, iż tak będzie dla Wiki lepiej? Ale za każdym razem te rozważania rozbijały się o twardą prawdę. Przecież mogła zrzec się praw oficjalnie, oddać dziecko do domu dziecka w bezpiecznych warunkach. Po co wystawiać czterolatkę na ławkę na zimnej ulicy? Wika analizowała możliwe scenariusze, jeden po drugim, ale żaden nie odejmował bólu – wszystko jawiło jej się jako świadome pozbycie się problemu, jak niechcianej rzeczy. Każda kolejna myśl utwierdzała ją w decyzji – nie, nie będzie szukać tej kobiety, nie zada sobie trudu, by ją zrozumieć. Tego, co się stało, zrozumieć nie można, a przebaczyć – nie potrafi. I z tą decyzją przyszło dziwne, niemal fizyczne poczucie ulgi… ******************** – Mam dla ciebie niespodziankę! – Alekś aż promieniał z radości, twarz mu się rozjaśniła jakby właśnie wygrał w Lotto. Stał w przedpokoju, niecierpliwie przebierając nogami, aż cały się rwał, by jak najszybciej zrealizować swój plan. – Spodoba ci się, gwarantuję! Chodź, nie każmy ludziom czekać! Wika zatrzymała się na progu pokoju z filiżanką wystygłej herbaty w dłoni. Spojrzała na Aleksa zdezorientowana, ostrożnie odstawiła kubek na stolik… Co to za niespodzianka? I dlaczego mimo radosnego tonu czuła rosnące niepokojące przeczucie? W środku czuła się jak skrzypiąca struna – wszystko mogło pęknąć w każdej chwili. – Dokąd idziemy? – spytała, starając się brzmieć spokojnie. – Już za chwilę się dowiesz! – uśmiech Aleksa się powiększył, wziął ją za rękę i niemal wyciągnął za drzwi. – Zaufaj mi, warto! Wika nie protestowała, ale im bliżej byli celu, tym bardziej ściskał ją niepokój. Zastanawiała się po drodze, co wymyślił Aleks. Może bilety na koncert? Może spotkanie ze starymi znajomymi? Przez głowę przemykały różne myśli, ale żadna nie pasowała. Kiedy weszli do parku, Wika od razu zauważyła siedzącą na ławce kobietę. Ubrana prosto, ale schludnie: ciemny płaszcz, szalik, torebka na kolanach. Twarz wydała się Wice dziwnie znajoma, choć nie mogła przypomnieć sobie, gdzie ją widziała. Może to krewna Aleksa? Koleżanka z pracy, z którą chce ją poznać? Aleks pewnie ruszył w kierunku ławki, Wiki próbowała poskładać elementy układanki w całość. Kiedy podeszli bliżej, kobieta podniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła. W tym momencie coś w Wice drgnęło – wiedziała już, skąd zna tę twarz. Z lustra. Tylko starszą o trzydzieści, czterdzieści lat. – Wika – głos Aleksa zabrzmiał uroczyście, jakby ogłaszał coś ważnego ze sceny – mam dla ciebie ogromną radość: po długich poszukiwaniach udało mi się znaleźć twoją mamę. Jesteś szczęśliwa? Wika zastygła, jakby nagle cały świat stanął w miejscu. Jak on mógł? Przecież jasno dała do zrozumienia, iż nie chce choćby słyszeć o tej kobiecie! – Córeczko! Wyrosłaś na takie piękne dziecko! – kobieta nagle wstała, rozkładając ręce do objęcia. Głos miała roztrzęsiony z przejęcia, oczy lśniły, jakby naprawdę czekała na to spotkanie. Ale Wika cofnęła się o krok, wyraźnie zwiększając dystans między sobą a kobietą. Twarz miała chłodną, spojrzenie twarde. – To ja, twoja mama! – kontynuowała kobieta, nie zważając na reakcję Wiki. – Tak długo cię szukałam! Cały czas miałam cię w sercu… – Tak, to nie było proste! – z dumą uzupełnił Aleks. Stał tuż za Wika, promienny jak wypolerowany grosz. – Musiałem zaangażować znajomych, obdzwonić różne urzędy, szukać kontaktów… Ale cieszę się, bo się udało! Słowa przerwała szybka, dźwięczna siarczysta obelga. Ręka Wiki wzniosła się poza jej świadomością. Oczy miała pełne łez – złości i bólu. Spojrzała na narzeczonego ze zdziwieniem: jak on mógł? Przecież tyle razy mówiła, iż nie chce znać matki, iż ta karta jej życia jest zamknięta na zawsze! – Co ty robisz? – wyszeptał Aleks, chwytając się za policzek. Widać było, iż nie spodziewał się takiej reakcji. – Przecież to wszystko z myślą o tobie! Chciałem dobrze… Wika milczała. Nie mogła wydusić słowa – w środku wrzało od rozczarowania i bólu. Miała wrażenie, iż Aleks, któremu ufała jak nikomu, po prostu zburzył jej świat, łamiąc świętą zasadę: nie ruszać jej przeszłości. To, co z takim trudem skrywała w sercu, nagle wypłynęło na wierzch, wszystko przez jego „szlachetne pobudki”. Kobieta z boku niepewnie patrzyła to na Wikę, to na Aleksa. Wyglądała na zagubioną – chciała coś powiedzieć, ale zamilkła na widok wyrazu twarzy córki. – Nie prosiłam cię, żebyś jej szukał – powiedziała w końcu cicho Wika. Jej głos był spokojny, choć wewnątrz aż się trzęsła. – Jasno mówiłam, iż mi to niepotrzebne! A i tak zrobiłeś po swojemu! Aleks opuścił rękę, ale nie znalazł odpowiedzi. Spojrzał na Wikę, próbując dostrzec cień zmiany w jej nastroju, ale widział tylko lodowatą zdecydowanie. – Powiedziałam jasno: nie chcę słyszeć o tej kobiecie! – trzęsła się z emocji, bo bólu było w niej więcej niż gniewu. – Ta „matka” zostawiła mnie na dworcu, kiedy miałam cztery lata! Samą! W lekkim ubraniu! I ty uważasz, iż mam to wybaczyć? Aleks pobladł, ale nie ustąpił. Wyprostował się, usiłując dodać sobie powagi i powiedział: – To twoja matka! Nieważne jaka – matka to matka! W tym momencie kobieta ostrożnie podeszła o krok bliżej. Jej głos rozlegał się cicho, jakby się tłumaczyła, choć sama w to nie wierzyła: – Często chorowałaś, nie miałam pieniędzy na leki – zaczęła, ważąc każde słowo. – Trafiła się praca i… Oczywiście bym po ciebie wróciła, jeżeli tylko ułożyłoby się lepiej… Wika zareagowała gwałtownie. W jej oczach nie było współczucia – tylko zimna, wypracowana przez lata gorycz. – Skąd wróciłabyś? Z cmentarza? – jej głos był twardy i lodowaty. – Przecież mogłaś zgłosić w opiece społecznej, iż chwilowo nie dasz rady mnie wychowywać! Mogłaś mnie zostawić w szpitalu, skoro byłam tak chora! Ale nie na ulicy! Nie w zimnie! Nie samą! Aleks, nie wiedząc jak zatrzymać narastający konflikt, spróbował ująć Wikę za rękę. Ona wyrwała się natychmiast, choćby na niego nie patrząc. – Przeszłość jest za nami, trzeba żyć teraźniejszością – mówił, jakby przekonywał samego siebie. – Przecież mówiłaś, iż chcesz mieć rodzinę na ślubie. Spełniłem twoje marzenie… Wika spojrzała na niego i jej wzrok był tak rozczarowany, iż Aleks odsunął się o krok. – Zaprosiłam panią Tatianę Kamińską, dyrektorkę domu dziecka i panią Julię Wojciechowską, moją wychowawczynię – jej głos był cichy, ale zdecydowany. – To one były moimi prawdziwymi mamami! To one były przy mnie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam! Wika gwałtownie oswobodziła się z uścisku Aleksa i bez oglądania się wybiegła z parku. Nogi same ją niosły alejkami, dalej od tej rozmowy, od tego człowieka, któremu ufała bezgranicznie. W środku szalała burza, choćby oddychać było ciężko. Takiego rozczarowania ze strony narzeczonego się nie spodziewała. Nigdy przed nim niczego nie ukrywała. Przeciwnie – opowiedziała mu całą prawdę o dzieciństwie, bez upiększania i pomijania trudnych momentów. Mówiła o latach w domu dziecka, o pierwszych dniach, gdy łudziła się, iż matka wróci. Aleks słuchał i przytakiwał, mówił, iż rozumie. A mimo to odszukał tę kobietę. I przyprowadził ją. „Matka to matka” – słowa te odbijały się w głowie Wiki jak echo, wywołując nową falę żalu. „Nigdy!” – zdecydowała Wika z surową stanowczością. Nie przyjmie tej kobiety do swojego życia! Nie udawała, iż nic się nie stało. Idąc szybkim krokiem, wyszła z parku i byle jaką drogą powędrowała przed siebie, nie myśląc dokąd zmierza. Myśli plątały się, co chwila przed oczami widziała twarz matki, starszą, zaniepokojoną, z wymuszonym uśmiechem. Zacisnęła pięści, odpychając od siebie to widmo. Chciała tylko jedno – być jak najdalej od tego wszystkiego. Nie wróciła choćby po rzeczy do mieszkania Aleksa. Na szczęście zostało tam tylko kilka toreb z ubraniami, drobnostkami. Ostateczna przeprowadzka miała być po ślubie, więc większość rzeczy i tak miała w swoim własnym mieszkanku z przydziału. To ułatwiało sprawę – ważne, by teraz nie wracać tam, gdzie wszystko przypominało jej Aleksa. Telefon co chwilę wibrował – Aleks dzwonił raz za razem. Wika patrzyła na ekran, widziała jego imię, ale nie odbierała. Bała się, iż jeżeli odbierze, powie zbyt wiele i potem będzie tego żałować. Lepiej przeczekać pierwszy żal. Aleks nie odpuszczał. Poza telefonami przysłał kilka wiadomości głosowych. Jego ton był ostry, wręcz zły: – Wika, zachowujesz się jak dziecko! Chciałem zrobić dobrze, a ty… Jesteś niewdzięczna! To zwykła histeria! Następna wiadomość była jeszcze ostrzejsza: – Już zadecydowałem. Ludmiła będzie na ślubie. Kropka. Nie zamierzam tego zmieniać przez twoje fanaberie. Będziemy utrzymywać rodzinne relacje, a nasze dzieci będą ją nazywać babcią. To normalne i adekwatne! Wika słuchała tych wiadomości na przystanku autobusowym, czując jak w środku wszystko kurczy się z bólu. Wyłączyła telefon, schowała do kieszeni i spojrzała w niebo. Jej świat właśnie pękał na kawałki, a ona nie wiedziała, jak go posklejać. Długo patrzyła na ekran, gdzie zamigotały kolejne wiadomości od Aleksa. W głowie ciągle dźwięczały jego słowa – twarde, nieznoszące sprzeciwu. „Ludmiła będzie na ślubie. Kropka”. Te zdania zapiekły w świadomości, nie pozwalając złapać oddechu. Otworzyła aplikację do komunikacji, napisała krótką wiadomość, przeczytała ją wielokrotnie: „Ślubu nie będzie. Nie chcę was widzieć – ani ciebie, ani tej kobiety”. Wysłała. Po kilku sekundach na ekranie pojawiło się potwierdzenie dostarczenia. Powoli odłożyła telefon. Prawie natychmiast znów się rozświetlił – Aleks próbował zadzwonić. Wika nie zareagowała. Przyszło jeszcze kilka wiadomości, ale choćby ich nie otworzyła. Zamiast tego znalazła kontakt do byłego narzeczonego – i bez wahania dodała go do czarnej listy. Teraz w telefonie zapanowała cisza – żadnych połączeń, żadnych powiadomień, żadnych prób dotarcia. Spokój otulił ją jak miękki, ciepły koc, przynosząc rzadką ulgę. Może kiedyś pożałuje tej decyzji. Może… Ale teraz, w tej chwili, to był jedyny adekwatny krok. Stopniowo burza w jej wnętrzu ucichała, robiąc miejsce cichej, wymęczonej jasności. Tak będzie dobrze. Nie ma przyszłości z człowiekiem, który potrafi zrobić coś takiego…

twojacena.pl 10 godzin temu

Przebaczenia nie będzie

Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, żeby odnaleźć swoją matkę?

Pytanie padło nagle, tak niespodziewanie, iż Wiola aż drgnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole dokumenty przyniesione z pracy sterta papierów chwiała się niebezpiecznie, więc podtrzymywała ją dłonią. Teraz zamarła, powoli opuściła ręce i spojrzała na Leszka. W jej oczach pojawiło się prawdziwe zdumienie: skąd w ogóle wzięła mu się taka myśl? Po co miałaby szukać kogoś, kto kiedyś jednym lekkomyślnym gestem złamał niemal całe jej życie?

Oczywiście, iż nie odpowiedziała Wiola, starając się, by głos brzmiał spokojnie. Co za absurdalny pomysł? Dlaczego miałabym w ogóle się tym zajmować?

Leszek trochę się zmieszał. Przeciągnął dłonią po włosach, jakby próbował zebrać myśli, i uśmiechnął się nieco niepewnie, jakby już żałował swojego pytania.

Bo wiesz zaczął, szukając adekwatnych słów. Często się słyszy, iż dzieci z domów dziecka czy rodzin zastępczych marzą, by odnaleźć swoich biologicznych rodziców. Dlatego pomyślałem jeżeli kiedykolwiek zechcesz, to ci pomogę. Naprawdę.

Wiola pokręciła głową. W piersi zrobiło się ciasno, jakby ktoś niewidzialny ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, by opanować nagły przypływ irytacji, po czym ponownie spojrzała na narzeczonego.

Dzięki za propozycję, ale to niepotrzebne odpowiedziała stanowczo, podnosząc głos. Nigdy jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta przestała istnieć. Nigdy jej nie wybaczę!

Tak, zabrzmiało to ostro, ale nie mogła inaczej! Bo przecież musiałaby wracać myślami do rzeczy, o których nie chciała mówić choćby przed najbardziej ukochaną osobą. Są sprawy, z którymi człowiek mierzy się sam. Dlatego sięgnęła znów po papiery, udając ogromne zaangażowanie.

Leszek zmarszczył brwi, ale nie naciskał. Było widać, iż przejął się jej reakcją. W głębi duszy nie potrafił jej zrozumieć! Dla niego matka była niemal świętością niezależnie od tego, czy brała czynny udział w wychowaniu, czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko pod sercem, dawała mu życie, wynosił ją ponad innych ludzi. Leszek wierzył, iż między matką i dzieckiem jest szczególna więź, której nie zniszczy czas ani okoliczności.

Wiola jednak nie tylko nie podzielała tego przekonania ona odrzucała je z całą stanowczością. Dla niej wszystko było oczywiste: jak można pragnąć kontaktu z kimś, kto potraktował cię tak bezwzględnie? Jej tak zwana mama nie tylko oddała ją do domu dziecka sprawa była o wiele bardziej bolesna, o wiele bardziej okrutna.

Dawno temu, jeszcze jako nastolatka, Wiola zdobyła się na odwagę i zadała pytanie, które przez lata dręczyło ją od środka. Poszła do dyrektorki placówki, pani Krystyny Majchrzak kobiety surowej, ale sprawiedliwej, którą dzieci szanowały.

Dlaczego tu jestem? zapytała cicho, ale stanowczo. Moja mama… czy ona nie żyje? A może odebrano jej prawa rodzicielskie? Musiało przecież stać się coś ważnego, prawda?

Pani Majchrzak zamarła w pół ruchu nad papierami. Odłożyła dokumenty, na kilka sekund pogrążyła się w ciszy, jakby ważyła każde słowo. W końcu ciężko westchnęła i skinęła, by usiadła naprzeciwko.

Wiola usiadła, ściskając palcami kant krzesła, z niepokojem czekając na odpowiedź. Przeczuwała, iż zaraz usłyszy coś, co na zawsze odmieni jej postrzeganie własnej przeszłości.

Została pozbawiona praw rodzicielskich i postawiona przed sądem zaczęła powoli dyrektorka, dobierając słowa starannie. Patrzyła Wioli w oczy, a w jej spojrzeniu była troska musiała przekazać dwunastoletniej dziewczynce gorzką prawdę, którą wielu starałoby się przed nią zataić. Ale pani Majchrzak zdecydowała: Wiola powinna znać prawdę, jakkolwiek by bolała.

Zamilkła na moment, po czym kontynuowała:

Trafiłaś do nas w wieku czterech i pół roku. Ktoś wezwał policję zauważył cię przechodzień, gdy samotnie szłaś ulicą. Byłaś maleńka, zagubiona Później wyszło, iż kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu, a sama wsiadła w pociąg i odjechała. Była jesień, deszcz, przeszywający chłód, a ty miałaś na sobie tylko cienki płaszczyk i kalosze. Kilka godzin na dworze skończyło się pobytem w szpitalu. Zachorowałaś ciężko, wymagałaś długiego leczenia.

Wiola siedziała bez ruchu, jakby sparaliżowana. Dłonie miała zaciśnięte w pięści, ale twarz została niewzruszona tylko oczy posmutniały, jakby zgromadziły się w nich burzowe chmury. Słuchała uważnie, chociaż w środku wszystko się przewracało.

A odnaleźli ją? Co powiedziała na swoje usprawiedliwienie? spytała cicho Wiola, nie otwierając pięści.

Odnaleźli i sąd ją skazał. A wytłumaczenie pani Majchrzak na moment znieruchomiała, potem gorzko się uśmiechnęła. Twierdziła, iż nie miała pieniędzy, a trafiła jej się praca. Pracodawca nie zgadzał się, aby dzieci przebywały na terenie przeszkadzałaś jej. To był pensjonat albo coś podobnego. Uznała, iż lepiej cię zostawić i zacząć nowe życie bez ciężaru.

Wiola nie poruszyła się. Pięści powoli się otworzyły, ręce opadły na kolana. Patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem jakby wróciła myślami do tamtego jesiennego poranka, którego zupełnie nie pamiętała.

Rozumiem wyszeptała w końcu cichym, obojętnym tonem. Uniosła wzrok na dyrektorkę i dodała: Dziękuję za szczerość.

W tym momencie Wiola zrozumiała raz na zawsze: nie chce szukać matki. Nigdy. Myśl, która czasem przemknęła przez jej głowę może kiedyś, z ciekawości, po prostu spojrzeć w oczy i zapytać dlaczego? rozpłynęła się bezpowrotnie.

Zostawić dziecko na ulicy… To się choćby w głowie nie mieści! Jak tak można było? Czy kobieta, która dała jej życie, nie miała ani odrobiny sumienia, ani empatii? Przecież z tak małym dzieckiem mogło wtedy wydarzyć się wszystko!

To czyn nie człowieka, a bestii, powtarzała sobie Wiola, czując narastającą zadrę. Próbowała, naprawdę próbowała, znaleźć choć strzęp usprawiedliwienia. Może matka była w rozpaczy? Może nie miała innego wyjścia? Może myślała, iż tak będzie lepiej?

Ale te rozważania rozbijały się o twarde, nieubłagane fakty. Dlaczego nie mogła oficjalnie oddać dziecka? Dlaczego nie zawiozła jej do domu dziecka, gdzie przynajmniej byłaby bezpieczna? Po co wystawiać czteroletnią dziewczynkę na deszcz, na zimno, na pastwę losu?

Wiola przerabiała te pytania w myślach, ale żadne nie przynosiło usprawiedliwienia, żadne nie łagodziło bólu i nie zamieniało zdrady w rozpaczliwy krok. Wszystko wyglądało tak samo: zimna kalkulacja i świadoma decyzja, by pozbyć się dziecka jak niechcianego przedmiotu.

Z każdą kolejną myślą Wiola tylko upewniała się w decyzji. Nie. Nie będzie jej szukać. Nie zada żadnych pytań. Nie będzie próbować zrozumieć. Bo żadne zrozumienie nie zmieni tego, co już się wydarzyło. A przebaczyć coś takiego to ponad jej siły.

A z tą decyzją przyszło dziwne, niemal fizyczne uczucie ulgi

***

Mam dla ciebie niespodziankę! Leszek aż lśni z radości, trudno nie zauważyć jego podekscytowania. Stoi w przedpokoju, przebiera z nogi na nogę, żarliwie chcąc pokazać to, co wymyślił. Spodoba ci się na sto procent! Chodź, nie każ mi dłużej czekać, proszę!

Wiola stanęła w progu pokoju z kubkiem stygnącej herbaty. Spojrzała na Leszka z zaskoczeniem i ostrożnie odstawiła kubek. Jaka to niespodzianka? I czemu, mimo radosnego tonu Leszka, czuje niepokój ściskający jak struna w środku?

Dokąd idziemy? zapytała, usiłując ukryć niepokój.

Zaraz się przekonasz! Uśmiechnął się szeroko, chwycił ją za rękę i pociągnął do drzwi. Zobaczysz, było warto!

Wiola nie protestowała, choć serce biło jej niespokojnie. Narzuciła płaszcz, wsunęła buty i wyszła za Leszkiem. Przez całą drogę do parku głowiła się, co mógł wymyślić. Może bilety na koncert? Może spotkanie z kimś z dawnych czasów? Żaden z pomysłów nie wydawał się prawdopodobny.

Gdy weszli do parku, Wiola od razu zauważyła siedzącą na ławce kobietę. Ubrana była skromnie, ale schludnie: ciemny płaszcz, szal, mała torebka na kolanach. Twarz wydawała się Wioli dziwnie znajoma, ale nie mogła przypomnieć sobie, gdzie ją widziała. Czyżby to jakaś krewna Leszka? Koleżanka z pracy do zapoznania?

Leszek skierował się pewnym krokiem do ławki, Wiola szła za nim, próbując rozwikłać zagadkę. Kiedy podeszli bliżej, kobieta podniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła. W tej chwili Wiolę przeszył niepokój nagle poznała tę twarz. Jakby widziała siebie za trzydzieści czy czterdzieści lat.

Wiola głos Leszka miał uroczysty ton wodzireja ogłaszającego wielką sensację mam przyjemność poinformować: po długich poszukiwaniach odnalazłem twoją mamę. Jesteś szczęśliwa?

Wiola zastygła w bezruchu. Jak on mógł? Przecież jasno dała mu do zrozumienia, iż nie chce mieć z tą kobietą nic wspólnego!

Córeczko! Wyrosłaś na taką piękną kobietę! kobieta nagle zerwała się z ławki, wyciągając ramiona do uścisku. Głos drżał od emocji, oczy migotały łzami szczęścia.

Wiola jednak zrobiła gwałtowny krok w tył, jakby musiała oddalić się od tej kobiety. Twarz miała zimną, spojrzenie twarde.

To ja, twoja mama! kobieta nie zrażała się, jakby nie widziała reakcji córki. Cały czas cię szukałam! Tyle o tobie myślałam

Tak, to było trudne! przerwał z dumą Leszek. Stał z tyłu, promieniując zadowoleniem. Musiałem wypytywać znajomych, telefonować po urzędach Ale cieszę się, iż się udało!

Jego słowa przerwał błyskawiczny policzek. Ręka Wioli wystrzeliła błyskawicznie, bez namysłu. W oczach miała łzy: gniewu, bólu, zawodu. Spojrzała na narzeczonego tam była tylko czysta rozpacz. Jak on mógł? Przecież tysiąc razy mówiła, iż nie chce wracać do tej kobiety, nie chce jej znać!

Czy ty oszalałeś? wykrztusił Leszek, trzymając się za policzek. Tego się nie spodziewał. Przecież chciałem tylko dobrze, Wioleczko, tylko pomóc!

Milczała. W środku kipiało wszystko: ból, złość, bezradność. Leszek, któremu ufała, właśnie zburzył wszystko naruszył świętą zasadę: nie ruszać przeszłości, którą tak mocno chowała w sobie. Teraz to, co skrzętnie ukrywała, zostało wystawione na widok oto efekty jego dobrej woli.

Kobieta patrzyła raz na Wiolę, raz na Leszka. Widać było, iż nie wie, co powiedzieć, iż nie radzi sobie z sytuacją. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zamilkła na widok twarzy córki.

Nie prosiłam, żebyś jej szukał odezwała się w końcu cicho Wiola, choć czuła, jak wszystko w niej drży. Przecież jasno powiedziałam, iż tego nie chcę! A ty i tak zrobiłeś po swojemu!

Leszek odsunął dłoń od policzka, ale nie znalazł słów. Patrzył na narzeczoną jakby spodziewał się, iż zaraz odpuści, iż złość minie, ale widział tylko chłodną determinację.

Powiedziałam jasno: nie chcę choćby słyszeć o tej kobiecie! Wiola drżała ze złości. Spojrzała na Leszka w jej oczach była nie tylko krzywda, ale i stara, głęboka rana, którą nieświadomie rozedrgał. Ta matka zostawiła mnie na dworcu, kiedy miałam cztery lata! Samą! Na dworcu, gdzie roi się od podejrzanych ludzi! W cienkim płaszczu! I ty myślisz, iż powinnam to wybaczyć?

Leszek pobladł, ale nie ustępował. Wyprostował się, próbując dodać swym słowom powagi:

Ale to twoja matka! Nieważne, jaka jest! Matka!

W tym momencie kobieta postąpiła nieśmiało krok naprzód. Mówiła cicho, niepewnie, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi:

Często chorowałaś, nie miałam na leki, zaczęła, ważąc słowa. To była szansa zarobić Zabrałabym cię na pewno! Wszystko by się ułożyło, bylibyśmy znowu razem

Wiola obróciła się gwałtownie w jej stronę. W jej oczach nie było litości tylko chłód i żal.

Zabrałabyś? Skąd? Z cmentarza? Jej głos był ostry, wręcz okrutny, ale dłużej już milczeć nie mogła. Mogłaś zgłosić się do opieki i napisać o czasowej niemożności opieki. Mogłaś mnie zostawić w szpitalu, jeżeli tyle chorowałam! Ale nie na ulicy! Nie w zimno, nie samą, nie bez opieki!

Leszek, w bezradności próbując powstrzymać narastający konflikt, chwycił Wiolę za rękę. Jej dłoń odskoczyła natychmiast, jakby go nie widziała.

Musisz żyć teraźniejszością, nie przeszłością próbował przekonać ją z uporem, jakby mówił równie do siebie. Zawsze chciałaś, by na ślubie byli twoi krewni. Spełniłem twe marzenie

Wiola spojrzała na niego tym razem jej wzrok pełen był rozczarowania, które sprawiło, iż Leszek się cofnął.

Zaprosiłam panią Krystynę Majchrzak, dyrektorkę domu dziecka, i panią Julię Nowakowską, moją wychowawczynię jej głos był ściszony, ale za to stanowczy. To dla mnie prawdziwe mamy! One były przy mnie, one mnie wsparły i wychowały. To one są moją rodziną!

Wiola gwałtownie wyrwała się z jego uścisku i wybiegła z parku, nie oglądając się ani razu. Nogami niemal uciekała przez parkowe aleje, obok ławek i rabat, coraz dalej od tej sceny, tych słów, człowieka, którego kochała i któremu ufała najmocniej. W jej wnętrzu szalał sztorm tak silny, iż ledwo mogła oddychać. Od narzeczonego nie oczekiwała aż takiego zawodu.

Przecież nie ukrywała przed nim niczego. Wręcz opowiedziała mu całą prawdę o swoim dzieciństwie, bez upiększania, bez pomijania żadnej rysy. Mówiła o miesiącach w placówce, o pierwszych dniach, kiedy jeszcze żywiła nadzieję, iż matka wróci. Leszek słuchał, kiwał głową, mówił: Rozumiem. A jednak ją odnalazł. I przyprowadził. Nie ważne, jaka, ale matka te słowa Wioleta wciąż słyszała w głowie, powodując kolejną falę goryczy.

Nigdy! postanowiła. Nigdy tej kobiety nie wpuści do swojego życia! Nigdy nie będzie udawać, iż nic się nie stało.

Nie zwalniając kroku, opuściła park i ruszyła przed siebie. Myśli błądziły, w oczach wciąż pojawiało się to dzisiejsze, postarzale, zmartwione oblicze matki, usiłującej się uśmiechnąć. Wiola zacisnęła pięści, starając się je odpędzić. Teraz chciała tylko być jak najdalej od wszystkiego.

Nie weszła choćby po rzeczy do mieszkania Leszka. Na szczęście nie miała tam dużo kilka torebek z ubraniami, trochę osobistych drobiazgów. Przeprowadzkę planowali po ślubie, większość rzeczy więc czekała w kawalerce z przydziału. To ułatwiało sprawę. Najważniejsze teraz nie wracać tam, gdzie każdy szczegół przypomina o Leszku.

Telefon w kieszeni raz po raz wibrował Leszek dzwonił, wysyłał SMS-y. Wiola patrzyła na ekran, widziała jego imię, ale nie odbierała. Bała się, iż jeżeli odbierze, nie wytrzyma, powie słowa, których potem pożałuje. Lepiej poczekać, aż emocje ucichną.

Leszek nie odpuszczał. Poza telefonami przysłał kilka wiadomości głosowych. Jego głos był szorstki, niemal zły:

Zachowujesz się jak dziecko! Próbowałem ci pomóc, a ty Po prostu jesteś niewdzięczna! To absurd, czysta histeria!

Następna wiadomość była już zimna, decyzyjna:

Już wszystko postanowiłem. Ludmiła będzie na ślubie. Koniec tematu. Nie zamierzam tego zmieniać przez twoje fanaberie. Będziemy utrzymywać kontakt, nasze dzieci będą ją nazywać babcią. Tak jest normalnie!

Wiola słuchała tych wiadomości, stojąc na przystanku i czuła jak z każdym słowem w środku robi się coraz ciszej i chłodniej. Wyłączyła telefon, schowała do kieszeni. Jej świat właśnie rozpadł się z hukiem i nie wiedziała, jak go poskładać.

Długo patrzyła na ekran, na którym wciąż wisiał ostatni sms od Leszka. Słowa dźwięczały jej w głowie twarde, nieustępliwe, niepozostawiające miejsca na żaden kompromis. Ludmiła będzie na ślubie. Kropka. Te zdania wryły się w pamięć, nie dając chwili spokoju.

Otworzyła aplikację z wiadomościami, napisała krótki SMS i kilka razy go przeczytała. Słowa były proste, jasne, bez cienia wahania: Ślubu nie będzie. Nie chcę was widzieć ani ciebie, ani tej kobiety.

Wysłała wiadomość. Przez chwilę wpatrywała się w ekran, aż zobaczyła potwierdzenie doręczenia, potem odłożyła telefon.

Zaraz ekran znów rozświetlił się od połączenia od Leszka. Wiola nie ruszyła się. Przyszło jeszcze kilka SMS-ów, ale nie zajrzała do nich choćby na moment. Wyłączyła telefon, odszukała w kontaktach numer byłego narzeczonego i bez wahania dodała go do czarnej listy.

Telefon ucichł zupełnie bez dzwonków, bez powiadomień, bez prób kontaktu. Cisza ogarnęła Wiolę jak miękki koc, przynosząc wreszcie odrobinę ukojenia.

Pewnie kiedyś pożałuje tego kroku. Może Ale teraz, w tej chwili, to była jedyna możliwa decyzja. Czuła, jak z każdym oddechem burza wewnętrzna ustępuje miejsca spokojowi i zmęczonej jasności.

Tak będzie lepiej. Bo przyszłości nie można budować obok kogoś, kto jest zdolny do takich rzeczy.

Idź do oryginalnego materiału