Przebaczenia nie będzie
Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, żeby odnaleźć swoją matkę?
Pytanie padło nagle, tak niespodziewanie, iż Wiola aż drgnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole dokumenty przyniesione z pracy sterta papierów chwiała się niebezpiecznie, więc podtrzymywała ją dłonią. Teraz zamarła, powoli opuściła ręce i spojrzała na Leszka. W jej oczach pojawiło się prawdziwe zdumienie: skąd w ogóle wzięła mu się taka myśl? Po co miałaby szukać kogoś, kto kiedyś jednym lekkomyślnym gestem złamał niemal całe jej życie?
Oczywiście, iż nie odpowiedziała Wiola, starając się, by głos brzmiał spokojnie. Co za absurdalny pomysł? Dlaczego miałabym w ogóle się tym zajmować?
Leszek trochę się zmieszał. Przeciągnął dłonią po włosach, jakby próbował zebrać myśli, i uśmiechnął się nieco niepewnie, jakby już żałował swojego pytania.
Bo wiesz zaczął, szukając adekwatnych słów. Często się słyszy, iż dzieci z domów dziecka czy rodzin zastępczych marzą, by odnaleźć swoich biologicznych rodziców. Dlatego pomyślałem jeżeli kiedykolwiek zechcesz, to ci pomogę. Naprawdę.
Wiola pokręciła głową. W piersi zrobiło się ciasno, jakby ktoś niewidzialny ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, by opanować nagły przypływ irytacji, po czym ponownie spojrzała na narzeczonego.
Dzięki za propozycję, ale to niepotrzebne odpowiedziała stanowczo, podnosząc głos. Nigdy jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta przestała istnieć. Nigdy jej nie wybaczę!
Tak, zabrzmiało to ostro, ale nie mogła inaczej! Bo przecież musiałaby wracać myślami do rzeczy, o których nie chciała mówić choćby przed najbardziej ukochaną osobą. Są sprawy, z którymi człowiek mierzy się sam. Dlatego sięgnęła znów po papiery, udając ogromne zaangażowanie.
Leszek zmarszczył brwi, ale nie naciskał. Było widać, iż przejął się jej reakcją. W głębi duszy nie potrafił jej zrozumieć! Dla niego matka była niemal świętością niezależnie od tego, czy brała czynny udział w wychowaniu, czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko pod sercem, dawała mu życie, wynosił ją ponad innych ludzi. Leszek wierzył, iż między matką i dzieckiem jest szczególna więź, której nie zniszczy czas ani okoliczności.
Wiola jednak nie tylko nie podzielała tego przekonania ona odrzucała je z całą stanowczością. Dla niej wszystko było oczywiste: jak można pragnąć kontaktu z kimś, kto potraktował cię tak bezwzględnie? Jej tak zwana mama nie tylko oddała ją do domu dziecka sprawa była o wiele bardziej bolesna, o wiele bardziej okrutna.
Dawno temu, jeszcze jako nastolatka, Wiola zdobyła się na odwagę i zadała pytanie, które przez lata dręczyło ją od środka. Poszła do dyrektorki placówki, pani Krystyny Majchrzak kobiety surowej, ale sprawiedliwej, którą dzieci szanowały.
Dlaczego tu jestem? zapytała cicho, ale stanowczo. Moja mama… czy ona nie żyje? A może odebrano jej prawa rodzicielskie? Musiało przecież stać się coś ważnego, prawda?
Pani Majchrzak zamarła w pół ruchu nad papierami. Odłożyła dokumenty, na kilka sekund pogrążyła się w ciszy, jakby ważyła każde słowo. W końcu ciężko westchnęła i skinęła, by usiadła naprzeciwko.
Wiola usiadła, ściskając palcami kant krzesła, z niepokojem czekając na odpowiedź. Przeczuwała, iż zaraz usłyszy coś, co na zawsze odmieni jej postrzeganie własnej przeszłości.
Została pozbawiona praw rodzicielskich i postawiona przed sądem zaczęła powoli dyrektorka, dobierając słowa starannie. Patrzyła Wioli w oczy, a w jej spojrzeniu była troska musiała przekazać dwunastoletniej dziewczynce gorzką prawdę, którą wielu starałoby się przed nią zataić. Ale pani Majchrzak zdecydowała: Wiola powinna znać prawdę, jakkolwiek by bolała.
Zamilkła na moment, po czym kontynuowała:
Trafiłaś do nas w wieku czterech i pół roku. Ktoś wezwał policję zauważył cię przechodzień, gdy samotnie szłaś ulicą. Byłaś maleńka, zagubiona Później wyszło, iż kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu, a sama wsiadła w pociąg i odjechała. Była jesień, deszcz, przeszywający chłód, a ty miałaś na sobie tylko cienki płaszczyk i kalosze. Kilka godzin na dworze skończyło się pobytem w szpitalu. Zachorowałaś ciężko, wymagałaś długiego leczenia.
Wiola siedziała bez ruchu, jakby sparaliżowana. Dłonie miała zaciśnięte w pięści, ale twarz została niewzruszona tylko oczy posmutniały, jakby zgromadziły się w nich burzowe chmury. Słuchała uważnie, chociaż w środku wszystko się przewracało.
A odnaleźli ją? Co powiedziała na swoje usprawiedliwienie? spytała cicho Wiola, nie otwierając pięści.
Odnaleźli i sąd ją skazał. A wytłumaczenie pani Majchrzak na moment znieruchomiała, potem gorzko się uśmiechnęła. Twierdziła, iż nie miała pieniędzy, a trafiła jej się praca. Pracodawca nie zgadzał się, aby dzieci przebywały na terenie przeszkadzałaś jej. To był pensjonat albo coś podobnego. Uznała, iż lepiej cię zostawić i zacząć nowe życie bez ciężaru.
Wiola nie poruszyła się. Pięści powoli się otworzyły, ręce opadły na kolana. Patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem jakby wróciła myślami do tamtego jesiennego poranka, którego zupełnie nie pamiętała.
Rozumiem wyszeptała w końcu cichym, obojętnym tonem. Uniosła wzrok na dyrektorkę i dodała: Dziękuję za szczerość.
W tym momencie Wiola zrozumiała raz na zawsze: nie chce szukać matki. Nigdy. Myśl, która czasem przemknęła przez jej głowę może kiedyś, z ciekawości, po prostu spojrzeć w oczy i zapytać dlaczego? rozpłynęła się bezpowrotnie.
Zostawić dziecko na ulicy… To się choćby w głowie nie mieści! Jak tak można było? Czy kobieta, która dała jej życie, nie miała ani odrobiny sumienia, ani empatii? Przecież z tak małym dzieckiem mogło wtedy wydarzyć się wszystko!
To czyn nie człowieka, a bestii, powtarzała sobie Wiola, czując narastającą zadrę. Próbowała, naprawdę próbowała, znaleźć choć strzęp usprawiedliwienia. Może matka była w rozpaczy? Może nie miała innego wyjścia? Może myślała, iż tak będzie lepiej?
Ale te rozważania rozbijały się o twarde, nieubłagane fakty. Dlaczego nie mogła oficjalnie oddać dziecka? Dlaczego nie zawiozła jej do domu dziecka, gdzie przynajmniej byłaby bezpieczna? Po co wystawiać czteroletnią dziewczynkę na deszcz, na zimno, na pastwę losu?
Wiola przerabiała te pytania w myślach, ale żadne nie przynosiło usprawiedliwienia, żadne nie łagodziło bólu i nie zamieniało zdrady w rozpaczliwy krok. Wszystko wyglądało tak samo: zimna kalkulacja i świadoma decyzja, by pozbyć się dziecka jak niechcianego przedmiotu.
Z każdą kolejną myślą Wiola tylko upewniała się w decyzji. Nie. Nie będzie jej szukać. Nie zada żadnych pytań. Nie będzie próbować zrozumieć. Bo żadne zrozumienie nie zmieni tego, co już się wydarzyło. A przebaczyć coś takiego to ponad jej siły.
A z tą decyzją przyszło dziwne, niemal fizyczne uczucie ulgi
***
Mam dla ciebie niespodziankę! Leszek aż lśni z radości, trudno nie zauważyć jego podekscytowania. Stoi w przedpokoju, przebiera z nogi na nogę, żarliwie chcąc pokazać to, co wymyślił. Spodoba ci się na sto procent! Chodź, nie każ mi dłużej czekać, proszę!
Wiola stanęła w progu pokoju z kubkiem stygnącej herbaty. Spojrzała na Leszka z zaskoczeniem i ostrożnie odstawiła kubek. Jaka to niespodzianka? I czemu, mimo radosnego tonu Leszka, czuje niepokój ściskający jak struna w środku?
Dokąd idziemy? zapytała, usiłując ukryć niepokój.
Zaraz się przekonasz! Uśmiechnął się szeroko, chwycił ją za rękę i pociągnął do drzwi. Zobaczysz, było warto!
Wiola nie protestowała, choć serce biło jej niespokojnie. Narzuciła płaszcz, wsunęła buty i wyszła za Leszkiem. Przez całą drogę do parku głowiła się, co mógł wymyślić. Może bilety na koncert? Może spotkanie z kimś z dawnych czasów? Żaden z pomysłów nie wydawał się prawdopodobny.
Gdy weszli do parku, Wiola od razu zauważyła siedzącą na ławce kobietę. Ubrana była skromnie, ale schludnie: ciemny płaszcz, szal, mała torebka na kolanach. Twarz wydawała się Wioli dziwnie znajoma, ale nie mogła przypomnieć sobie, gdzie ją widziała. Czyżby to jakaś krewna Leszka? Koleżanka z pracy do zapoznania?
Leszek skierował się pewnym krokiem do ławki, Wiola szła za nim, próbując rozwikłać zagadkę. Kiedy podeszli bliżej, kobieta podniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła. W tej chwili Wiolę przeszył niepokój nagle poznała tę twarz. Jakby widziała siebie za trzydzieści czy czterdzieści lat.
Wiola głos Leszka miał uroczysty ton wodzireja ogłaszającego wielką sensację mam przyjemność poinformować: po długich poszukiwaniach odnalazłem twoją mamę. Jesteś szczęśliwa?
Wiola zastygła w bezruchu. Jak on mógł? Przecież jasno dała mu do zrozumienia, iż nie chce mieć z tą kobietą nic wspólnego!
Córeczko! Wyrosłaś na taką piękną kobietę! kobieta nagle zerwała się z ławki, wyciągając ramiona do uścisku. Głos drżał od emocji, oczy migotały łzami szczęścia.
Wiola jednak zrobiła gwałtowny krok w tył, jakby musiała oddalić się od tej kobiety. Twarz miała zimną, spojrzenie twarde.
To ja, twoja mama! kobieta nie zrażała się, jakby nie widziała reakcji córki. Cały czas cię szukałam! Tyle o tobie myślałam
Tak, to było trudne! przerwał z dumą Leszek. Stał z tyłu, promieniując zadowoleniem. Musiałem wypytywać znajomych, telefonować po urzędach Ale cieszę się, iż się udało!
Jego słowa przerwał błyskawiczny policzek. Ręka Wioli wystrzeliła błyskawicznie, bez namysłu. W oczach miała łzy: gniewu, bólu, zawodu. Spojrzała na narzeczonego tam była tylko czysta rozpacz. Jak on mógł? Przecież tysiąc razy mówiła, iż nie chce wracać do tej kobiety, nie chce jej znać!
Czy ty oszalałeś? wykrztusił Leszek, trzymając się za policzek. Tego się nie spodziewał. Przecież chciałem tylko dobrze, Wioleczko, tylko pomóc!
Milczała. W środku kipiało wszystko: ból, złość, bezradność. Leszek, któremu ufała, właśnie zburzył wszystko naruszył świętą zasadę: nie ruszać przeszłości, którą tak mocno chowała w sobie. Teraz to, co skrzętnie ukrywała, zostało wystawione na widok oto efekty jego dobrej woli.
Kobieta patrzyła raz na Wiolę, raz na Leszka. Widać było, iż nie wie, co powiedzieć, iż nie radzi sobie z sytuacją. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zamilkła na widok twarzy córki.
Nie prosiłam, żebyś jej szukał odezwała się w końcu cicho Wiola, choć czuła, jak wszystko w niej drży. Przecież jasno powiedziałam, iż tego nie chcę! A ty i tak zrobiłeś po swojemu!
Leszek odsunął dłoń od policzka, ale nie znalazł słów. Patrzył na narzeczoną jakby spodziewał się, iż zaraz odpuści, iż złość minie, ale widział tylko chłodną determinację.
Powiedziałam jasno: nie chcę choćby słyszeć o tej kobiecie! Wiola drżała ze złości. Spojrzała na Leszka w jej oczach była nie tylko krzywda, ale i stara, głęboka rana, którą nieświadomie rozedrgał. Ta matka zostawiła mnie na dworcu, kiedy miałam cztery lata! Samą! Na dworcu, gdzie roi się od podejrzanych ludzi! W cienkim płaszczu! I ty myślisz, iż powinnam to wybaczyć?
Leszek pobladł, ale nie ustępował. Wyprostował się, próbując dodać swym słowom powagi:
Ale to twoja matka! Nieważne, jaka jest! Matka!
W tym momencie kobieta postąpiła nieśmiało krok naprzód. Mówiła cicho, niepewnie, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi:
Często chorowałaś, nie miałam na leki, zaczęła, ważąc słowa. To była szansa zarobić Zabrałabym cię na pewno! Wszystko by się ułożyło, bylibyśmy znowu razem
Wiola obróciła się gwałtownie w jej stronę. W jej oczach nie było litości tylko chłód i żal.
Zabrałabyś? Skąd? Z cmentarza? Jej głos był ostry, wręcz okrutny, ale dłużej już milczeć nie mogła. Mogłaś zgłosić się do opieki i napisać o czasowej niemożności opieki. Mogłaś mnie zostawić w szpitalu, jeżeli tyle chorowałam! Ale nie na ulicy! Nie w zimno, nie samą, nie bez opieki!
Leszek, w bezradności próbując powstrzymać narastający konflikt, chwycił Wiolę za rękę. Jej dłoń odskoczyła natychmiast, jakby go nie widziała.
Musisz żyć teraźniejszością, nie przeszłością próbował przekonać ją z uporem, jakby mówił równie do siebie. Zawsze chciałaś, by na ślubie byli twoi krewni. Spełniłem twe marzenie
Wiola spojrzała na niego tym razem jej wzrok pełen był rozczarowania, które sprawiło, iż Leszek się cofnął.
Zaprosiłam panią Krystynę Majchrzak, dyrektorkę domu dziecka, i panią Julię Nowakowską, moją wychowawczynię jej głos był ściszony, ale za to stanowczy. To dla mnie prawdziwe mamy! One były przy mnie, one mnie wsparły i wychowały. To one są moją rodziną!
Wiola gwałtownie wyrwała się z jego uścisku i wybiegła z parku, nie oglądając się ani razu. Nogami niemal uciekała przez parkowe aleje, obok ławek i rabat, coraz dalej od tej sceny, tych słów, człowieka, którego kochała i któremu ufała najmocniej. W jej wnętrzu szalał sztorm tak silny, iż ledwo mogła oddychać. Od narzeczonego nie oczekiwała aż takiego zawodu.
Przecież nie ukrywała przed nim niczego. Wręcz opowiedziała mu całą prawdę o swoim dzieciństwie, bez upiększania, bez pomijania żadnej rysy. Mówiła o miesiącach w placówce, o pierwszych dniach, kiedy jeszcze żywiła nadzieję, iż matka wróci. Leszek słuchał, kiwał głową, mówił: Rozumiem. A jednak ją odnalazł. I przyprowadził. Nie ważne, jaka, ale matka te słowa Wioleta wciąż słyszała w głowie, powodując kolejną falę goryczy.
Nigdy! postanowiła. Nigdy tej kobiety nie wpuści do swojego życia! Nigdy nie będzie udawać, iż nic się nie stało.
Nie zwalniając kroku, opuściła park i ruszyła przed siebie. Myśli błądziły, w oczach wciąż pojawiało się to dzisiejsze, postarzale, zmartwione oblicze matki, usiłującej się uśmiechnąć. Wiola zacisnęła pięści, starając się je odpędzić. Teraz chciała tylko być jak najdalej od wszystkiego.
Nie weszła choćby po rzeczy do mieszkania Leszka. Na szczęście nie miała tam dużo kilka torebek z ubraniami, trochę osobistych drobiazgów. Przeprowadzkę planowali po ślubie, większość rzeczy więc czekała w kawalerce z przydziału. To ułatwiało sprawę. Najważniejsze teraz nie wracać tam, gdzie każdy szczegół przypomina o Leszku.
Telefon w kieszeni raz po raz wibrował Leszek dzwonił, wysyłał SMS-y. Wiola patrzyła na ekran, widziała jego imię, ale nie odbierała. Bała się, iż jeżeli odbierze, nie wytrzyma, powie słowa, których potem pożałuje. Lepiej poczekać, aż emocje ucichną.
Leszek nie odpuszczał. Poza telefonami przysłał kilka wiadomości głosowych. Jego głos był szorstki, niemal zły:
Zachowujesz się jak dziecko! Próbowałem ci pomóc, a ty Po prostu jesteś niewdzięczna! To absurd, czysta histeria!
Następna wiadomość była już zimna, decyzyjna:
Już wszystko postanowiłem. Ludmiła będzie na ślubie. Koniec tematu. Nie zamierzam tego zmieniać przez twoje fanaberie. Będziemy utrzymywać kontakt, nasze dzieci będą ją nazywać babcią. Tak jest normalnie!
Wiola słuchała tych wiadomości, stojąc na przystanku i czuła jak z każdym słowem w środku robi się coraz ciszej i chłodniej. Wyłączyła telefon, schowała do kieszeni. Jej świat właśnie rozpadł się z hukiem i nie wiedziała, jak go poskładać.
Długo patrzyła na ekran, na którym wciąż wisiał ostatni sms od Leszka. Słowa dźwięczały jej w głowie twarde, nieustępliwe, niepozostawiające miejsca na żaden kompromis. Ludmiła będzie na ślubie. Kropka. Te zdania wryły się w pamięć, nie dając chwili spokoju.
Otworzyła aplikację z wiadomościami, napisała krótki SMS i kilka razy go przeczytała. Słowa były proste, jasne, bez cienia wahania: Ślubu nie będzie. Nie chcę was widzieć ani ciebie, ani tej kobiety.
Wysłała wiadomość. Przez chwilę wpatrywała się w ekran, aż zobaczyła potwierdzenie doręczenia, potem odłożyła telefon.
Zaraz ekran znów rozświetlił się od połączenia od Leszka. Wiola nie ruszyła się. Przyszło jeszcze kilka SMS-ów, ale nie zajrzała do nich choćby na moment. Wyłączyła telefon, odszukała w kontaktach numer byłego narzeczonego i bez wahania dodała go do czarnej listy.
Telefon ucichł zupełnie bez dzwonków, bez powiadomień, bez prób kontaktu. Cisza ogarnęła Wiolę jak miękki koc, przynosząc wreszcie odrobinę ukojenia.
Pewnie kiedyś pożałuje tego kroku. Może Ale teraz, w tej chwili, to była jedyna możliwa decyzja. Czuła, jak z każdym oddechem burza wewnętrzna ustępuje miejsca spokojowi i zmęczonej jasności.
Tak będzie lepiej. Bo przyszłości nie można budować obok kogoś, kto jest zdolny do takich rzeczy.











