Przeciwności nas zjednoczyły, ale nasza córka wychowuje się bez rodzeństwa

newsempire24.com 2 dni temu

Mam na imię Anna Nowak i mieszkam w Toruniu, gdzie Kujawsko-Pomorskie skrywa swoje piękne zabytki i malownicze brzegi Wisły. Już od najmłodszych lat marzyłam o byciu matką — to pragnienie było moim snem i celem. W naszej rodzinie było nas troje dzieci, a mama poświęciła się wychowaniu nas, nie pracując zawodowo, by dać nam swoją miłość. Ten obraz dużej, hałaśliwej rodziny głęboko zapadł mi w pamięć. Nie mogłam wyobrazić sobie życia inaczej: przytulny dom, pełen dziecięcych głosów, śmiechu i małych kroków. Jednak życie miało inny plan, i moje marzenia roztrzaskały się o brutalną rzeczywistość, pozostawiając jedynie kawałki nadziei.

Przez trzy długie lata, razem z mężem, Piotrem, staraliśmy się o dziecko. Każdy miesiąc dawał nową nadzieję, a potem przynosił nowe rozczarowanie. Nocami płakałam patrząc w sufit, a on mnie obejmował, próbując ukryć swoją własną rozpacz. W końcu ginekolog orzekł: „In vitro to wasza jedyna szansa”. Podjęliśmy decyzję i pierwsza próba przyniosła nam cud — naszą córkę, Zuzię, która ma teraz 14 lat. Trzymałam ją w ramionach, malutką i ciepłą, i myślałam: oto szczęście. Ale pragnęłam więcej — chciałam dać jej rodzeństwo, by wzrastała otoczona bliskimi, tak jak ja w dzieciństwie.

Po półtora roku znów spróbowaliśmy. Cztery próby — cztery ciosy losu. Za każdym razem wierzyłam, iż się uda. Za każdym razem zapadałam się w otchłań rozpaczy, gdy nadzieje się rozwiewały. Po czwartej porażce poddałam się. „Niech tak będzie”, powiedziałam sobie, zaciskając pięści, „mam jedną córkę”. Marzenie ulatniało się jak piasek przesypujący się przez palce, a ból był nie do zniesienia — ostry, jak nóż w sercu. Patrzyłam na Zuzię i czułam winę: nie mogłam dać jej tego, o czym sama marzyłam.

Czasami myślę: gdybym nie trzymała się tak kurczowo tego idealu, nie byłoby tych bolesnych procedur, łez i pustki. Dręczyłam siebie, swoje ciało i duszę, a Piotr błagał, bym przestała wcześniej. „Doprowadzisz się do skraju”, mówił, patrząc na moje podkrążone oczy. „Boję się o ciebie, o twoje zdrowie”. Widział, jak zapadam się w depresję, ale nie mogłam porzucić marzenia. Teraz rozumiem: miał rację, a ja byłam ślepa w swojej uporczywości.

Nasza córka rośnie sama. To mój największy żal. Chciałam, by zaznała euforii posiadania rodzeństwa — ich psikusów, wsparcia, ciepła. Ale Zuzia jest jedynaczką, a to moja bolączka, mój niezaspokojony brak. Jednak te trudności nas z Piotrem wzmocniły. Walka o dzieci, choćby ta nieudana, uczyniła nas silniejszymi, jak stal hartowana w ogniu. Nauczyliśmy się doceniać siebie nawzajem, trzymać się razem mimo burz. Dziś patrzymy w przyszłość, ciesząc się Zuzią — jej uśmiechem, jej sukcesami. Nie mogę powiedzieć, iż całkiem pogodziłam się z brakiem drugiego dziecka. Mam 42 lata i wiem, iż czas minął, a szans prawie nie ma. Ale nauczyłam się z tym żyć, choć z cichym smutkiem w sercu.

Nasza trójka — ja, Piotr i Zuzia — żyjemy w harmonii. Nasz dom jest pełen ciepła, choć nie tak wielogłosowego, jak sobie to wyobrażałam w dzieciństwie. Patrzę na córkę i widzę w niej wszystko, co najlepsze z nas: jej upór, dobroć, blask. Rośnie bez rodzeństwa, i to jedyne, czego żałuję. Marzyłam, by dać jej hałaśliwą rodzinę, w której nikt nie jest samotny, ale życie postanowiło inaczej. I choć wszystko potoczyło się nieidealnie, jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Trudności nas nie złamały, one nas zespoliły, i za to jestem wdzięczna losowi.

Idź do oryginalnego materiału