Olek mieszkał w szarej, dziewięciokondygnacyjnej kamienicy na Pradze, gdzie ściany są cieńsze niż kartka papieru, a każdy kichnięcie sąsiada odbija się w grzejnikach niczym echo w górskim dolinie.
Już dawno przestał drżeć przy trzaskających drzwiach, nie reagował na hałas przy przemeblowywaniu, nie słyszał, jak w telewizorze pod dole krzyczy staruszka.
Jednak to, co wymyślał górny sąsiad pewien Aleksander wyprowadzało go ze zgrozy i wymuszało mnóstwo przekleństw.
Każdą sobotę ten nieznośny człowiek bez wstydu włączał wiertarkę albo młot udarowy!
Czasem o dziewiątej rano, czasem o jedenastej. Zawsze w dzień wolny! I zawsze wtedy, gdy Olek chciał w końcu wyspać się po całym tygodniu.
Na początku Olek, człowiek spokojny i nie kłótliwy, podchodził do tego filozoficznie: Może to remont może coś się przeciągnęło da się zrozumieć myślał, przewracając się z boku na bok i zakrywając głowę poduszką.
Lecz tygodnie mijały, a dźwięk młota udarowego budził go w soboty raz po raz.
Czasem krótkie serie, czasem długie, ciągnące się tonacje. Wydawało się, iż sąsiad zaczyna coś robić, potem przerywa, po czym znowu wraca do niedokończonego zadania.
Niekiedy nienawistny hałas dochodził nie tylko rano, ale i w środę wieczorem, kiedy Olek wracał z pracy, marząc o ciszy. Za każdym razem chciał wstać i powiedzieć sąsiadowi wszystko, co o nim myśli, ale zmęczenie, lenistwo i brak chęci konfliktu go powstrzymywały.
Pewnego razu, gdy wiertarka znów rozbrzmiała nad głową, Olek nie wytrzymał i pobiegł na górę. Dzwonił, pukał w odpowiedzi cisza. Jedyny dźwięk to wciąż ryczący młot, który drżał w jego czaszce.
Pewnego dnia! wybuchło w Olekie, ale nie dokończył. Sam nie wiedział, co pewnego dnia miałby zrobić.
Miał już całe wachlarz fantazji: od wyłączenia prądu w klatce po bardziej wyrafinowane plany napisać skargę, wezwać policjanta, zatkać wentylację pianką.
Czasem wyobrażał sobie, iż sąsiad nagle zdaje sobie sprawę, iż jest wkurzający i przychodzi przeprosić.
Albo wyprowadza się.
Albo
Coś w tym stylu! Przynajmniej przestałby wkręcać wiertarkę!
Ten hałas stał się dla Olka symbolem niesprawiedliwości. Myślał przy każdej kolejnej nocnej sesji: Gdyby tylko ktoś w klatce się oburzył i położył kres temu absurdowi!.
Jednak wszyscy trwali w swoich norkach i nie wtrącali się w nic.
A potem stało się coś, czego Olek się nie spodziewał
***
Pewnej soboty obudził się nie od hałasu, ale od ciszy.
Leżał długo, nasłuchując: kiedy wreszcie zawyje ten przeklęty sprzęt?
Lecz cisza była gęsta, spokojna, niemal namacalna
Zabrakło! przeszło w głowie, albo ten diabeł odleciał?!
Dzień minął w niezwykłym poczuciu wolności.
Odkurzacz pracował cicho, czajnik brzmiał łagodnie, a dźwięk telewizora nie drgał razem z sufitem.
Olek siedział na kanapie i łapał się na tym, iż się uśmiecha.
Szeroko, jak dziecko
***
Niedziela też była cicha.
I poniedziałek.
I wtorek.
I środa.
Hałas jakby został wycięty z jego życia
Cisza z góry trwała prawie tydzień.
Olek przestał tłumaczyć to remontem, urlopem czy przypadkiem. W tej przerwie coś niepokojącego, nienaturalnego czaiło się w tle. Zbyt ostry kontrast po miesiącach stałego hałasu
***
Stał przed drzwiami Aleksandra, zbierając odwagę, i próbował zrozumieć: po co to wszystko? Czyby sprawdzić, iż nic nie jest nie tak? A może po prostu zweryfikować, iż nie wyolbrzymiam?
Nacisnął przycisk domofonu.
Drzwi otworzyły się niemal od razu i Olek od razu poczuł, iż coś jest nie tak.
Na progu stała ciężarna kobieta. Twarz blada, powieki spuchnięte. Przez kilka tygodni widział ją przelotnie, ale teraz wyglądała, jakby dodały się jej kilka lat.
Czy jesteś żoną Aleksandra? spytał nieśmiało.
Skinęła głową.
Coś się stało? Ja od dawna nie słyszałam…
Zatrzymał się. Słowa utknęły mu w gardle: jak w ogóle można przyjść z powodu ciszy?
Kobieta cofnęła się o krok, wpuszczając go do środka. I nagle usłyszał cichy szept:
Leśniak już go nie ma.
Olek nie od razu pojął sens. Potrzebował kilku sekund, by słowa ułożyły się w całość.
Jak kiedy?
W ostatnią sobotę rano wytrąciła łzę. Rozumie pan ten niekończący się remont zmęczył go. Zawsze wszystko robił w weekendy w tygodniu nie miał czasu. Tego dnia wstał wcześniej niż ja chciał dokończyć łóżeczko. Pośpieszał. Bał się, iż nie zdąży
Machnęła ręką w głąb mieszkania.
Przy ścianie stało rozłożone połówkowo łóżeczko dziecięce instrukcja, opakowania z elementami, różne części leżały na podłodze.
Po prostu spadł wyszeptała. Serce. Nie zdążyłam choćby się obudzić.
Olek stał, jakby przyrośnięty do podłogi.
Słowa kobiety powoli, ciężko wsuwały się w jego świadomość
***
Hałas
Ten sam, co tak go wkurzał, budził w soboty! Przeklinał go razem z człowiekiem, który go wywoływał! Olek spuścił wzrok spojrzenie padło na karton z częściami łóżeczka.
Małe śrubki, klucz imbusowy, naklejki z numerami. Wszystko starannie poukładane tak robią tylko ci, którzy naprawdę chcą coś ważnego stworzyć.
Czy mogę jakoś pomóc? zaczął nieśmiało, ale kobieta pokręciła głową:
Dziękuję. Nic
Olek odszedł prawie na palcach, jakby uciekając od czyjegoś świeżego bólu.
Zszedł po schodach, trzymając się poręczy. Każdy krok niósł ze sobą tęskny, niewidzialny ciężar winy, który nie miał kształtu, a jednak palił jak ogień.
***
W domu podniósł wzrok ku sufitowi. Cisza stała gęsta, przytłaczająca. Jakby w czymś zarzucała
Może w tym, iż Olek nienawidził Aleksandra? Nienawidził go tylko dlatego, iż zakłócał mu sen?! Przeklinał go właśnie za to! Dla niego to nie był człowiek, to był po prostu hałas, uciążliwość.
A teraz
Teraz go nie ma.
Zamiast tego jest żona, która go opłakuje.
Wkrótce przyjdzie dziecko, które nie będzie już mieć ojca.
I jest już łóżeczko, które Aleksander chciał złożyć.
Tylko nie zdążył
Trzeba będzie odwiedzić jego żonę pomyślał Olek pomóc. Sam jej raczej nie uda się
***
Wieczorem, gdy myśli uległy uspokojeniu, Olek ponownie spojrzał w sufit. Tam wciąż panowała martwa cisza.
Usiadł w półmrocznej kuchni i nagle zrozumiał, iż dziś nie zaśnie po prostu tak. Wstał, podszedł do drzwi, zadzwonił. Kobieta podniosła brwi w zaskoczeniu nie spodziewała się go.
Olek, wyraźnie zawstydzony, szepnął:
Proszę rozumiem, iż ledwo się znamy. Ale jeżeli pozwoli mogę złożyć łóżeczko. On chciał, by było gotowe. I jeżeli mogę chciałbym pomóc.
Na początku kobieta nic nie powiedziała. Patrzyła na niego długo, jakby próbując pojąć sens tych słów.
W końcu powoli skinęła głową.
Proszę, wejdź.
Olek wszedł, ostrożnie omijając kartony z częściami.
Pracował długo, w milczeniu.
Kobieta siedziała na kanapie, głaszcząc brzuszek. Czasem cicho wzdychała, starając się nie zakłócać ciszy. Gdy Olek dokręcił ostatni śrub i podnieść tył łóżeczka, w pokoju zmieniła się atmosfera. Jakby napięcie opuściło pomieszczenie.
Kobieta podeszła bliżej i dotknęła gładkiej drewnianej listwy.
Dziękuję wyszeptała. Nie ma pojęcia, jak to dla mnie ważne.
Olek stał, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Kiwnął jedynie głową.
Wychodząc, pomyślał, iż po raz pierwszy od dawna poczuł, iż zrobił coś naprawdę słusznego, i iż na pewno jeszcze tu wróci.







