Przeczucie: Zmysłowe Oczekiwanie na Niespodziewane Zdarzenia

twojacena.pl 2 dni temu

21 listopada 2023
Dziennik

Mieszkam w dziewięciokondygnacyjnym panelowcu przy ulicy Jana PawłaII w Warszawie, gdzie ściany cienkie niczym pergamin, a każdy kichnięcie sąsiada odbija się w rurach grzejnych.

Już od dawna nie reaguję na trzaskające drzwi mieszkańców, na kłótnie przy przemeblowaniu, nie słyszę krzyku telewizora od emerytki z dolnego piętra. Jednak hałas dochodzący z mieszkania nad moim, od człowieka, którego znam tylko jako Pawła, doprowadza mnie do szału i wymusza serię przekleństw.

W każdą sobotę zły człowiek bez namysłu włącza wiertarkę albo młot udarowy! Czasem o dziewiątej rano, czasem o jedenastej, ale zawsze w weekend zawsze w chwili, gdy najpilniej potrzebuję się wyspać.

Na początku próbowałem przyjąć to z filozoficznym nastawieniem: Może remont się przedłuża da się zrozumieć myślałem, kręcąc się w łóżku i zakrywając głowę poduszką. ale tygodnie mijały, a dźwięk udaru budził mnie w soboty po raz kolejny, raz krótkimi serią, innym razem długim, wytężonym hałasem. Wydawało się, iż Paweł zaczyna coś robić, przerywa, a potem wraca do tego samego.

Czasami te odrażające odgłosy padały nie tylko rano, ale i w środku tygodnia, około siedemnastej, kiedy wracałem z pracy z nadzieją na ciszę. Za każdym razem chciałem wstać i powiedzieć sąsiadowi, co o nim myślę, ale zmęczenie, lenistwo i niechęć do konfliktu wstrzymywały mnie.

Pewnego razu, gdy wiertarka znów wryła się w moje podwórko, nie wytrzymałem i ruszyłem na górę. Pukałem, dzwoniłem, ale odpowiedzi nie było jedynie przeklęty młot udarowy ryczał, wibrując w mój czaszkę.

Kiedyś! wpadło mi z ust, ale nie dokończyłem. Sam nie wiedziałem, co kiedyś miałoby oznaczać.

Miały miejsce różne fantazje: od podcięcia prądu w klatce po bardziej wyrafinowane plany złożenie protestu, wezwanie policjanta, wytłoczenie piany w wentylację.

Czasami wyobrażałem sobie, iż Paweł nagle zdaje sobie sprawę, iż jest uciążliwy i przychodzi przeprosić. Albo wyprowadza się. Albo po prostu przestaje wiercić!

Ten hałas stał się dla mnie symbolem niesprawiedliwości. Myślałem: Gdyby chociaż ktoś w klatce się oburzył i położył kres temu bezsensowi! A jednak każdy trzymał się w swoim kącie i nie wtrącał się w sprawy innych.

A potem wydarzyło się coś, czego nie spodziewałem się

***

Pewnej soboty obudziłem się nie od dźwięku, a od zupełnej ciszy. Leżałem długo, nasłuchując: kiedy znowu zadrży ten przeklęty sprzęt? Ale cisza była gęsta, spokojna, niemal namacalna

To już koniec! przelśniło w myślach, albo ten potwór odjechał?!

Dzień minął w niezwykłym poczuciu wolności. Odkurzacz był cichszy, czajnik brzmiał łagodnie, a telewizor nie drżał razem z sufitem. Siedziałem na kanapie i nieświadomie się uśmiechałem, szeroko, jak dziecko.

***

Niedziela była cicha. I poniedziałek. I wtorek. I środa. Hałas został wycięty z mojego życia. Cisza z góry utrzymywała się prawie tydzień. Przestałem przypisywać ją remontowi, urlopowi czy przypadkowi. W tej przerwie kryła się coś nienaturalnego, niepokojącego zbyt ostry kontrast po miesiącach regularnego hałasu.

***

Stałem przed drzwiami sąsiada, zbierając odwagę, i próbowałem zrozumieć, po co mi to wszystko? Czy chcę się upewnić, iż wszystko w porządku? A może sprawdzić, czy nie wyolbrzymiam własnych obaw?

Nacisnąłem dzwonek. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast i od razu poczułem, iż coś jest nie tak. Na progu stała ciężarna kobieta, twarz blada, powieki spuchnięte. Widziałem ją ledwie kilka razy wcześniej, ale teraz wyglądała, jakby przybrała na lata.

Czy jest pani żoną Pawła? zapytałem ostrożnie.

Skinęła głową.

Coś się stało? Nie słyszałem od dawna

Zatrzymałem się. Słowa zaklinowały się w gardle: jak adekwatnie powiedzieć, iż przyszedłem z powodu ciszy?

Kobieta cofnęła się o krok, pozwalając mi wejść. Nagle zabrzmiało ciche:

ale nie ma go już.

Nie od razu pojąłem, co to znaczy. Potrzebowało kilka sekund, by słowa ułożyły się w całość.

Jak kiedy?

W ostatnią sobotę, rano otarła łzę. Rozumie pan ten niekończący się remont tak go wyczerpał. Zawsze pracował w weekendy, bo w tygodniu nie miał czasu. Tamtego dnia wstał wcześniej niż ja chciał dokończyć kołyskę. Pospieszał się. Bał się, iż nie zdąży

Ręką wskazała w głąb mieszkania. Przy ścianie stała rozłożona połówka łóżeczka dziecięcego instrukcje, opakowania z śrubami, części leżące na podłodze.

Po prostu spadł wyszeptała. Serce. Nie zdążyłam się jeszcze obudzić.

Stałem, jakby przyrośnięty do podłogi. Jej słowa powoli, z trudem wchodziły w świadomość

***

Hałas Ten sam, który tak mnie irytował, budził w soboty! Przeklnąłem go razem z człowiekiem, który go wydobywał! Spojrzałem w dół na karton z częściami łóżeczka: małe śrubki, klucz sześciokątny, naklejki z numerami elementów. Wszystko starannie poukładane tak robią tylko ludzie, którzy naprawdę chcą coś stworzyć.

Czy mogę jakoś pomóc? zacząłem cicho, ale kobieta pokręciła głową.

Dziękuję. Nic nie potrzebuję

Odszedłem niemal na palcach, tak jak odchodzi się od czyjegoś świeżego bólu. Schodząc po schodach, trzymałem się poręczy. Każdy krok niósł ze sobą tęsknotę, bezpostaciową winę, która paliła niewyobrażalnie.

***

W domu spojrzałem w sufit. Cisza była gęsta, tłusta, jakby w czymś mnie potępiała

Może dlatego tak nienawidziłem Pawła? Bo zakłócał mój sen? Bo przeklinałem go za to, kim był? Dla mnie nie był człowiekiem, był jedynie hałasem, uciążliwością. A teraz

Teraz go nie ma. Została jedynie kobieta, która go opłakuje. niedługo urodzi się dziecko, które nie będzie miało ojca. I jest kołyska, którą chciał złożyć, a nie zdążył

Muszę odwiedzić jego żonę i pomóc pomyślałem. Samo nie da rady

***

Wieczorem, kiedy myśli się uspokoiły, znów spojrzałem w sufit. przez cały czas panowała martwa cisza. Siedziałem w półciemnej kuchni i nagle zrozumiałem, iż dziś nie zaśnę spokojnie. Wszedłem na górę, zadzwoniłem. Drzwi otworzyły się, a kobieta podniosła brew ze zdziwieniem nie spodziewała się mnie.

Nieśmiało, ale wyraźnie powiedziałem:

Proszę wiem, iż ledwo się znamy, ale czy mogę złożyć kołyskę? Pan Paweł chciał, żeby była gotowa. I jeżeli mogę, chciałbym pomóc.

Patrzyła na mnie przez chwilę, jakby rozważała sens moich słów. Potem powoli skinęła.

Proszę, wejdź.

Wszedłem, ostrożnie stąpając po kartonach. Pracowałem długo, w ciszy. Kobieta siedziała na kanapie, głaszcząc brzuszek, od czasu do czasu cicho szlochając, starając się nie hałasować. Gdy przykręciłem ostatnią śrubę i podniosłem tylną część kołyski, w pokoju zrobiło się lżejsze, jakby po burzy przeszła cisza.

Podeszła bliżej i przetarła dłonią gładką drewnianą belkę.

Dziękuję wyszeptała. Nie wyobraża sobie, jak to dla nas ważne.

Stałem, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Po prostu skinąłem głową.

Wychodząc, pomyślałem, iż po raz pierwszy od dawna zrobiłem coś naprawdę dobrego. I poczułem, iż choćby na chwilę, wrócę tu ponownie.

Idź do oryginalnego materiału