Przedszkolna wycieczka to luksus. Płacę, żeby moje dziecko nie było wykluczone

mamadu.pl 2 godzin temu
Jednodniowa wycieczka dla kilkulatków potrafi dziś kosztować 200-300 zł, choćby jeżeli odbywa się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od domu. Rodzice płacą nie dlatego, iż chcą, ale dlatego, iż boją się wykluczenia swoich dzieci z grupy. To felieton o presji, pieniądzach i pytaniu, czy naprawdę musi być aż tak drogo.


Wycieczki dla kilkulatków za kilkaset złotych


Kartka z informacją o wycieczce wisi przed salą przedszkolną mojego syna już od ponad tygodnia. Jednodniowy wyjazd dla 5-latków z dwiema atrakcjami (sala zabaw i koncert) za 200 zł. Bez noclegu, bez dalekiego transportu, bez jakiejś długiej listy atrakcji wycieczki. Warszawa, zaledwie 60 kilometrów od domu. Kwota niby konkretna, ale bardzo zaskoczyło mnie, jak ktoś z lekkością uznał to, iż 200 zł to osiągalna kwota dla każdej rodziny.

Ostatnio o podobnej sytuacji opowiadała mi sąsiadka, której dziecko chodzi do innego przedszkola. Tam podobna sytuacja: jednodniowa wycieczka dla 4-latków za 300 zł, czyli jeszcze więcej. Słuchałam jej narzekania i kiwałam głową ze zrozumieniem, bo ta historia mogłaby być też moja. I wielu innych rodziców.

Prawda jest taka, iż przedszkolne wycieczki dawno przestały być "wyjazdem do gospodarstwa agroturystycznego" czy "wizytą w pobliskiej sali zabaw i kinie". Dziś to często drogie, modne atrakcje, które świetnie wyglądają na zdjęciach, wypasione nowoczesne sale zabaw, które – to fakt – są genialną atrakcją, ale to czyni wycieczkę czymś elitarnym, tylko dla wybrańców.

Bo nie każdego stać, żeby wysłać dziecko na jednodniowy wyjazd za 300 zł. A jak ktoś ma dwoje dzieci w tej samej placówce? Albo więcej? A jednak... zapisujemy dzieci na takie wyjazdy. Ja zapisuję. Zawsze.

Nie chcę, żeby moje dziecko czuło się gorsze


Zaciskam pasa, odkładam inne potrzeby na później, mówię sobie: "Trudno, jakoś damy radę". Z tyłu głowy słyszę słowa, iż przecież dostaję 800 plus to powinnam je na to przeznaczyć. No być może, choć jak ktoś ma dzieci, to wie, iż to 800 zł to jest tylko dodatek do tego, ile się na dzieciaki wydaje. Myślę jednak tylko o tym, iż najchętniej w formie buntu na taką cenę wycieczki zrezygnowałabym z niej.

Przecież jak dzieci przestaną jeździć, to ktoś może w końcu pomyśli, iż te kwoty to są trochę przesadzone. Ale wiecie co? Nie chcę, żeby moje dziecko czuło się gorsze. Nie chcę, żeby jako jedyne zostało w przedszkolu, kiedy cała grupa jedzie. Nie chcę, żeby wróciło do domu z poczuciem, iż ominęło je coś ważnego i iż jest tą osoba wykluczoną z grupy.

To jest presja, o której w sumie rzadko się mówi głośno. Presja grupy, która w przypadku dorosłych bywa trudna, a w przypadku dzieci – potrafi boleć podwójnie. Bo to nie one decydują. Decydujemy my, rodzice, lawirując między rachunkami a emocjami własnego dziecka.

I właśnie dlatego tak bardzo rozumiem moją sąsiadkę, kiedy mówi: "Te koszty są nie do udźwignięcia". Bo są – nie dla wszystkich 200 zł to taki drobiazg. Ja zawsze dziękuję losowi, iż mnie na to stać, ale nie jest to komfort dany raz na zawsze. Szczególnie gdy wycieczek w roku jest kilka, a dzieci – więcej niż jedno. 300 zł na każde dziecko to w miesięcznym domowym budżecie tyle co miesięczne wyżywienie w przedszkolu.

Da się to zrobić lepiej i taniej


Najbardziej boli jednak to, iż często wcale nie musi tak być. Że czasami wystarczyłoby trochę kreatywności, odrobina wyjścia poza "katalog" drogich atrakcji. Wierzę, iż można by zorganizować coś równie atrakcyjnego, co nie kosztowałoby aż tyle i wszyscy rodzice mogliby sobie pozwolić na taki koszt.

Może jakieś muzeum z sensowną ofertą dla przedszkolaków albo z możliwością grupowych biletów. Warsztaty w pobliskim domu kultury. Las, park, miejsce, które nie kosztuje fortuny, a przez cały czas może być dla dziecka fascynujące.

Bo czterolatek nie potrzebuje Najbardziej wypasionego pakietu z najdroższą w mieście salą zabaw i koncertem w filharmonii. Potrzebuje przygody, wspólnego czasu, poczucia, iż robi coś razem z grupą. To dorośli często podbijają stawkę – i ceny – myląc atrakcyjność z kosztownością.

I tak będę dalej zapisywać swoje dzieci na wycieczki. Pewnie znów sobie czegoś odmówię. Ale jednocześnie coraz głośniej będę mówić: "Hej, może da się inaczej?". Bo dostęp do przedszkolnych atrakcji nie powinien zależeć od zasobności portfela rodziców. A wycieczka nie musi kosztować miliona monet, żeby była dla dziecka prawdziwą przygodą.

Idź do oryginalnego materiału