Przez dziesięć lat całe życie poświęciła kuchni w domu syna, a wdzięczności żadnej nie zaznała.
Pani Wiesława była nauczycielką. Odeszła na emeryturę, gdy skończyła 55 lat. Przez dekadę mieszkała z rodziną syna w Warszawie. Ostatnio spotkałyśmy się przypadkiem na targu, a ona podzieliła się nowiną: po raz drugi przeszła na emeryturę.
Pamiętam, jak zaraz po odejściu z pracy przeprowadziła się do syna Macieja. Własne mieszkanie na Pradze zabezpieczyła i nie wynajmowała. Może ze strachu przed obcymi? Trudno powiedzieć.
Z synową Martyną odnaleźli wspólny język. Żadnych kłótni, cisi, życzliwi wobec siebie, a rzeczywistość dzielili sprawiedliwie. Uważam, iż Wiesława dokonała niemałego poświęcenia. Zamieszkała tam, gdy wnuk Piotruś miał ledwie roczek. Przez dziesięć lat prowadziła im dom.
Martyna poszła do pracy i wtedy wszystko spadło na Wiesławę. I odpowiedzialność za wnuka, i cała domowa krzątanina. Opiekunka, kucharka, sprzątaczka w jednym. Młodzi wracali z biura po dziewiętnastej i dopiero wtedy mogła usiąść z herbatą, by od świtu znowu zacząć dzień.
Gdy Piotruś ruszył do podstawówki, doszły kolejne obowiązki: codzienne wyprawy tramwajem na lekcje, odbieranie malucha. Tak do końca piątej klasy. Pranie, gotowanie, sprzątanie to nie znikało.
Wieczorami, gdy Rozrywka dla niej nie istniała. Opowiadała, iż czasem choćby nie miała siły włączyć telewizora zasypiała z wyczerpania.
Z koleżankami odcięta, żadnych spotkań czy wyjazdów. W święta młodzi świętowali z przyjaciółmi poza domem, a kto zostawał z dzieckiem? Wiesława. I tak rok po roku.
Piotruś dorastał, minęła dekada. I pewnie wszystko trwałoby dalej, gdyby nie splot przypadkowych zdarzeń.
Któregoś dnia przypadkiem usłyszała rozmowę Martyny z synem: Twoja mama chyba za dużo proszku do prania używa pościel dziwnie pachnie. Powiedz jej to delikatnie. A przecież dziesięć lat prała, i nikt nie miał uwag.
Przełknęła to bolesne zdanie, próbowała powstrzymać żal.
Ale niedługo potem Martyna zaproponowała, by oddać pokój Piotrusiowi, a sama przeprowadzić się do przechodniej. Wtedy wszystko stało się jasne. Wiedziała, iż pora wracać do siebie.
Spakowała walizki, wróciła na Pragę, odświeżyła mieszkanie, umyła okna otworzyła nowy rozdział. To był istotny moment: nagle syn i synowa poczuli się urażeni jej odejściem. Chyba myśleli, iż będzie u nich sprzątać i gotować do końca życia. Przyzwyczaili się.
Bolesne jest, iż nikt choćby nie próbował zrozumieć jej zmęczenia. Udało im się zapomnieć, iż Wiesława to nie robot ma swoje uczucia, marzenia, prawo do odpoczynku.
Zmrożone kontakty, urwane rozmowy. Ale Wiesława jest optymistką. Wierzy, iż czas wszystko naprawi.
Teraz cieszy się wolnością: mieszka sama, nie musi się śpieszyć, niczego nie musi. Czego potrzeba więcej na stare lata?
W wieku sześćdziesięciu pięciu lat odnalazła prawdziwą radość. Znacie tę piosenkę: Druga młodość odnajdzie cię, jeżeli pierwszą zachowasz w sercu?
To właśnie jej się przydarzyło: uwolniła się, nauczyła żyć dla siebie samej. Prawo do własnego życia to prawdziwe wyzwolenie.
Piękne słowo wyzwolenie. Może brzmi patetycznie. Ale to jest prawdziwe poświęcenie. Mało kto potrafi to docenić. choćby własne dzieci.
Bo ludzie gwałtownie przywykają do wygody: ktoś posprząta, ktoś ugotuje, położy czyste prześcieradło, wykąpie wnuka, pomoże odrobić lekcje… Bardzo łatwo zapomnieć, iż za tym wszystkim stoi żywa osoba.













