Przez lata znosiłam milczenie i cierpliwie tolerowałam zachowanie mojej mamy. Jednak pewne wydarzenie sprawiło, iż wszystko się zmieniło

newsempire24.com 8 godzin temu

Gdy miałam siedemnaście lat, mój ojciec zniknął z naszego życia niczym cień rozpływający się o świcie nad Wisłą. Mama, cicha i zmęczona, jakby żyła między deszczem a kurzem, zasypywała się pracą na dwóch etatach w przychodni i sklepie spożywczym, ale pieniędzy zawsze brakowało. Liczyłyśmy każdy grosz, choćby na papierowych chusteczkach narysowałam sobie nieistniejącą przyszłość. Owoce i pierniki pojawiały się w naszym domu tylko raz do roku, w wigilię Bożego Narodzenia, gdy za oknem świecił biały księżyc. Nie miałam odwagi wyciągnąć do mamy dłoni z prośbą o cokolwiek. Próbowałam sama zarabiać na życie sprzedając zeszyty, zbierając borówki w lesie pod Białowieżą, czasem prasując bluzki sąsiadkom.
Mam młodszą siostrę Jagodę, która śmiała się jak dzieci w kreskówkach z wieczorynki. Razem z mamą starałyśmy się wymyślać dla niej świat kolorowy jak jarmark w Krakowie, żeby nie poczuła się inna, żeby nie odłożyła swojej dziecięcej euforii do starej walizki po babci.
Ale śmierć ojca nie zamknęła katalogu nieszczęść. Pewnej dusznej nocy mama dostała udaru, jej dłoń zwisła bezwładnie, a my wsłuchiwałyśmy się w kroki karetek i w ciszę szpitalnego korytarza. Potem już nie chodziła. Renta inwalidzka, ledwie paręset złotych, spływała na konto szybciej niż strużka w zegarze z kukułką. Zacisnęłam zęby z nadzieją, iż kiedyś w końcu się obudzę i cały ten koszmar zniknie.
Studia musiałam rzucić, choć marzyłam o Uniwersytecie Jagiellońskim, bibliotekach pełnych ciszy i czasu. Zostałam jedynym filarem tego dziwnego domku z kart pogiętych marzeniami. Opieka nad leżącą mamą i Jagodą była jak wędrowanie po mgle. Różni ludzie oferowali pomoc dalekie ciotki z Poznania, sąsiadka Grażyna z psem o imieniu Pyza ale ja uparcie mówiłam poradzę sobie. Przed chorobą mama była czuła i dobra. Po udarze jakby zamieniła się w kamień: wiecznie narzekała, błędne spojrzenie gubiło się we fraktalach mojej irytacji.
Narzekała na zupę, na kurz na parapecie, na wydane złotówki. Każdy zakup liczyła jak księgowa po co ci nowy szampon, czemu Jagoda chciała jabłko, nie pomidor?. Tłumaczyłam sobie, iż to nie jej wina, ale w środku bolało. Starałam się robić wszystko, a wdzięczności nigdy nie słyszałam, choćby w snach. Znajomi podpowiadali zatrudnij opiekunkę, zmień robotę, wyjedź do Warszawy. Ale jak? Przecież matka nie jest niczyją matką, tylko moja. Nie oddam jej w obce ręce, choć przesiąknięta jestem bezsilnością jak szafa wilgocią.
Z upływem miesięcy matka stawała się jeszcze bardziej rozgoryczona. choćby kubek herbaty stał się powodem do pretensji. Myśl w mojej głowie była jak wiszący dzwon przecież oszczędzamy na wszystkim, dlaczego nie widzi, jak się staram?
Dusiłam w sobie łzy i rozgniewanie, aż przyszedł dzień, który wszystko przewrócił. Zachorowałam. Głowa pulsowała bólem, gardło drapało, gorączka zamieniła świat w rozmazane barwy. Noc ciągnęła się nieskończenie. Rano, ledwie żywa, postanowiłam pójść do przychodni. Jagoda przytuliła mnie i prosiła, żebym nie czekała, żebym nie udawała bohaterki. Matka tylko prychnęła: Odpuść sobie lekarzy, młoda jesteś wyzdrowiejesz. Ja jestem w gorszej sytuacji, nie wydawaj pieniędzy. Zasugerowała, iż nie dbam o nią… Że pewnie chcę, aby zniknęła, bo wtedy byłoby mi lżej.
Słowa odbijały się od ścian jak piłeczki pingpongowe. Płakałam w milczeniu, bo byłam już wyczerpana. Rzuciłam dla niej studia, nie spałam po nocach, dźwigałam zakupy i żal. Tamtego dnia krzyknęłam na mamę. Powiedziałam wszystko, czego nie ważyłam się pomyśleć na głos przez ostatnie lata.
W przychodni okazało się, iż to zapalenie płuc. Lekarz chciał mnie położyć do szpitala pod opieką pielęgniarek, ale jak miałam zostawić Jagodę z matką? Kupiłam leki na receptę i uciekłam do mieszkania Weroniki, mojej koleżanki jeszcze z licealnych czasów.
Weronika przyjęła mnie w swoim dwupokojowym mieszkaniu na Pradze. Zagroziła żartem, iż przywiąże mnie do łóżka, jeżeli jeszcze raz nie zadbam o siebie. Wieczorem rozmawiałyśmy długo o tym, jak inne rodziny radzą sobie z chorobą szukałam ratunku. Poprosiłam ją o pomoc w znalezieniu opiekunki dla mamy i katem oka zerkałam na swoje rzeczy spakowane w reklamówkę z Biedronki. U Weroniki mogłam zostać tyle, ile potrzeba.
Matka w domu krzyczała, jakby w niej mieszkał huragan znad Bałtyku. Nie spytała o mnie, tylko oskarżała o niepotrzebne wydatki. Po cichu nakarmiłam ją, po czym weszłam do swojego pokoju to była ostatnia noc.
Weronika dotrzymała słowa. Znalazła panią Wiktorię, troskliwą pielęgniarkę, która zajęła się mamą, a ja mogłam zamieszkać gdzieś indziej. Porzuciłam poprzednią pracę wzięłam lepiej płatną posadę w księgarni, gdzie zapach papieru był zapowiedzią czegoś dobrego. Nie odwiedzam już matki, choć nie przestałam jej pomagać. Każdego miesiąca przeznaczam na nią więcej złotych, niż potrzeba. Wiktoria mówi, iż mama coraz mniej nas poznaje, z każdym miesiącem zapomina, kiedy mamy urodziny, milknie w święta. Ja i Jagoda zawsze składamy jej życzenia tak na wszelki wypadek.
Przed nami nowy rozdział. Z siostrą planujemy wynająć malutkie mieszkanie w Warszawie, w którym zmieszczą się wszystkie nasze nowe nadzieje. Jagoda powtarza mi senną prawdę: Trzeba się troszczyć o rodziców, ale gdy czujesz, iż oni cię duszą, trzeba umieć odejść. Śni mi się czasem, jak zamykam za sobą drzwi naszego starego mieszkania odchodzę przez schody, które wiją się jak serpentyna nad rozlewiskiem, w stronę światła, które może tym razem będzie szansą.

Idź do oryginalnego materiału