Przypomnę Ci, Laryso – historia o szkolnym talencie, niełatwych prezentach urodzinowych, szczerym sercu dziecka i matczynej pamięci, rozgrywająca się w klasie pani Marii S. w polskiej podstawówce

newsempire24.com 4 godzin temu

– Pani Marysiu, tu mi się spirala nie udaje wyszeptał smutno drugoklasista Tymek, stukając pędzelkiem w uparcie wykręcający się na złą stronę zielony listek namalowanego przez siebie kwiatka.
– A spróbuj, kochanie, nie naciskać za mocno na pędzelek O, właśnie tak prowadź nim po kartce, jakbyś muskał piórkiem swoją dłoń. No, pięknie! Nie spirala, tylko arcydzieło! uśmiechnęła się starsza nauczycielka. Dla kogo taką piękność namalowałeś?
– Dla mamy! rozpromienił się Tymek, który poradził sobie z zawziętym listkiem. Mama ma dziś urodziny! To mój prezent! Po pochwałach nauczycielki jeszcze więcej dumy zabrzmiało w jego głosie.
– O, szczęściara z niej, ta twoja mama, Tymuś. Poczekaj chwilkę, nie zamykaj jeszcze zeszytu. Niech farby podeschną, żeby się nie rozmazały. Jak już będziesz w domu, to wtedy ostrożnie wyrwij tę kartkę. Zobaczysz, mama będzie zachwycona!
Marysia rzuciła ostatnie spojrzenie na ciemną czuprynę pochyloną nad kartką i z uśmiechem na myślach wróciła do swojego biurka.
No proszę, prezent dla mamy! Dawno takich pięknych prezentów nie widziała. Tymek ma smykałkę do rysunku! Trzeba zadzwonić do jego mamy, zaproponować szkołę plastyczną. Szkoda takiego talentu marnować.
Przy okazji zapytam moją byłą uczennicę, czy prezent jej się spodobał? Sama Marysia z trudem odrywa oczy od tych kwiatów, jakby zaraz miały szeleszczyć tymi żywymi listkami i sprężynkami.
Ach, Tymek wdał się w matkę! Zdecydowanie! Larysa w jego wieku też pięknie rysowała
*****
– Pani Marysiu, mówi Larysa, mama Tymka Kotowskiego zadzwoniło wieczorem w mieszkaniu nauczycielki, Dzwonię, żeby uprzedzić, iż Tymek jutro nie przyjdzie, głos młodej kobiety brzmiał dość surowo.
– Witaj, Laryso! Co się stało? Marysia była zaciekawiona.
– Oj, stało! Cały urodzinowy dzień mi ten łobuziak zepsuł! wybuchnęła Larysa. Leży teraz z gorączką, pogotowie przed chwilą odjechało.
– Jak to z gorączką? Przecież wyszedł ze szkoły zdrowy, prezent ci niósł
– O tych kleksach pani mówi?
– Jakich kleksach? Co ty, Laryso! Przecież on ci takie piękne kwiaty namalował! Sama miałam dzwonić, zapytać czy go nie posłać do plastycznej
– Nie wiem, jakie tam kwiaty, ale na zawszonego kulę to się nie nastawiałam!
– Kulę? O czym ty w ogóle mówisz? Marysia była coraz bardziej zdezorientowana, słuchając nerwowych wyjaśnień Larysy. Po chwili zaproponowała: Wiesz co, Laryso, a może zajdę na chwilę? Przecież mieszkam tuż obok
Po kilku minutach, mając zgodę byłej uczennicy a dziś już matki swojego ucznia, Marysia wyjęła z szuflady gruby album z pożółkłymi zdjęciami i rysunkami pierwszej, bardzo dawnej klasy, i wyszła z mieszkania.
W jasnej kuchni, do której zaprosiła ją Larysa, panował bałagan. Larysa schowała tort, posprzątała naczynia i zaczęła opowiadać:
Jak przyszedł ze szkoły spóźniony, a z tornistra i kurtki lała się brudna woda
Jak spod kurtki wyciągnął przemoczonego szczeniaka, którym pachniało na pół klatki! Wskoczył do kałuży po roztopach za nim, bo inni chłopcy go tam wrzucili! Zniszczone podręczniki, album cały w rozmazanych plamach, i gorączka co w godzinę do trzydziestu dziewięciu podskoczyła
Goście wyszli, tortu nikt nie spróbował, a lekarz z pogotowia zbeształ ją, matkę, iż nie dopilnowała dziecka
– No i kiedy Tymek zasnął, odniosłam tego psa z powrotem na wysypisko. A album schnie na kaloryferze. Tam choćby śladu po kwiatach nie widać, wszystko wcięło! parsknęła Larysa z niezadowoleniem.
Nie zauważała nawet, jak z każdym jej słowem Marysia smutniała coraz bardziej.
A jak już opowiedziała, jak skończył uratowany przez syna pies, nauczycielka już cała posępniała. Spojrzała na Larysę bardzo poważnie, pogładziła zniszczony album i zaczęła mówić cicho.
O zielonych spiralach, o ożywionych na kartce kwiatach O dziecięcej staranności i odwadze nie na swój wiek. O wrażliwym sercu chłopca, co nie mógł znieść krzywdy, i o gagatkach, którzy wrzucili to biedne zwierzę w błoto.
Następnie wstała, ujęła Larysę za rękę i podprowadziła do okna:
– Widzisz, tam jest ta dziura pokazała. Tam choćby Tymek mógł utonąć, nie tylko pies. Ale czy o tym myślał w tej chwili? Może myślał o kwiatach, których na kartce nie chciał popsuć, żeby prezent nie zniszczyć?
A może zapomniałaś, Laryso, jak to wtedy, dawno temu, na ławce pod szkołą gorzko płakałaś, przytulając znalezionego pod płotem kociaka, uratowanego przed łobuzami?
Jak cały nasz rocznik go głaskał i czekaliśmy na twoją mamę? Jak wcale nie chciałaś wracać do domu, a później obwiniałaś rodziców, kiedy kłębuszek z pchełkami został wyrzucony za drzwi Na szczęście, zdążyli się opamiętać!
To ja ci przypomnę! I Tysia twojego, którego nie chciałaś oddać! I uszatego Burka, szczeniaka znajdy, co prawie do matury cię trzymał pod pachą, i gawrona ze złamanym skrzydłem, co w szkolnym kąciku był pod twoją opieką
Marysia sięgnęła do pożółkłego albumu, wyciągnęła wielką fotografię, na której drobna dziewczynka w białym fartuszku przytulała puszystego kota, uśmiechając się do skupiska kolegów i koleżanek, i mówiła twardym, ale spokojnym głosem:
– Dobroć ci przypomnę tę, która w twoim sercu rozkwitała kolorami, choćby nie wiem co…
Za zdjęciem z albumu na stół opadł dziecięcy rysunek, wyblakły już mała dziewczynka, jedna ręka trzyma kudłatego kociaka, druga ściska dłoń mamy.
– Gdybym mogła kontynuowała już ostrzej Marysia to bym tego psa razem z Tymkiem wycałowała! A te kolorowe plamy w ramkę wsadziła! Bo lepszego prezentu dla matki nie ma, niż wychować dziecko na dobrego człowieka!
A Marysia nie zauważyła nawet, jak każde jej słowo zmieniało twarz Larysy. Jak niespokojnie zerkała w stronę drzwi od pokoju syna. Jak mocno ściskała w palcach nieszczęsny album
– Pani Marysiu! Proszę, przypilnuje pani Tymka przez chwilę? Dosłownie kilka minut! Ja zaraz wrócę!
Pod czujnym spojrzeniem Marysi Larysa chyłkiem narzuciła płaszcz i wybiegła z mieszkania.
Nie zważając na drogę, pobiegła na widoczne w oddali wysypisko. Przemoczone nogi miała gdzieś, szukała po pudełkach, odsuwała worki ze śmieciami, wciąż zerkając lękliwie w kierunku domu Czy jej wybaczy?
*****
– Tymku, kto tam ci pysk zakopał w kwiatkach? Czyżby twój kolega Dyzio?
– Tak, pani Marysiu! Poznała pani?
– Jakże by inaczej! choćby tę białą gwiazdkę na łapce rozpoznam! Pamiętam, jak razem z mamą twoją myliśmy his łapki zaśmiała się nauczycielka serdecznie.
– Ja mu teraz codziennie łapy myję! Tymek stwierdził z dumą. Mama mówi, jak już przygarnąłeś przyjaciela, to dbaj o niego! choćby specjalną wanienkę nam kupiła!
– Dobrą masz mamę uśmiechnęła się nauczycielka. Pewnie znowu jej jakiś prezent rysujesz?
– Tak, chcę oprawić w ramkę. Bo ona ma w ramce te kleksy i się z nich śmieje. No bo jak można śmiać się do kleksów, pani Marysiu?
– Do kleksów? Marysia żartobliwie się uśmiechnęła. Czasem można, jak te kleksy prosto z serca idą. A powiedz, jak ci idzie w szkole plastycznej? Dajesz radę?
– Jeszcze jak! Niedługo będę umiał narysować portret mamy! Ale będzie się cieszyć! A póki co Tymek wyjął z plecaka złożoną na pół kartkę, To jest dla pani, od mojej mamy, ona też maluje!
Marysia rozwinęła kartkę i delikatnie ścisnęła ramię siedzącego przy ławce chłopca.
Na białej kartce, cała w kolorach, uśmiechał się szczęśliwy i aż promieniejący Tymek, kładąc rękę na głowie czarnej, zapatrzonej w niego kundelki.
Po ich prawej stronie stała drobna, jasnowłosa dziewczynka w szkolnej, już dawno niemodnej, sukience i przytulała puszystego kociaka
A po lewej zza obłożonego podręcznikami biurka z uśmiechem i nieskończoną mądrością w pełnych życia oczach patrzyła na nich Marysia.
W każdym szczególe tego obrazka, w każdym pociągnięciu pędzla wyczuwała ukryty, ogromny spokój i matczyną dumę.
Marysia otarła łzy i nagle rozpromieniła się od ucha do ucha bo w samym rogu obrazka, wijąc się kolorami i zielonymi spiralami, ukryło się jedno, jedyne słowo: Pamiętam.

Idź do oryginalnego materiału