Rodzicielska miłość.
Jagna westchnęła z ulgą i szczęściem, sadzając dzieci na tylnej kanapie taksówki. Hania miała cztery lata, Staś półtora roku. Spędzili cudowny czas u dziadków pod Krakowem: z makowcem, przytuleniami, bajkami i dozwolonymi troszkę więcej niż w domu małymi przyjemnościami.
Jagna też była naprawdę szczęśliwa z tej wizyty. Rodzice, siostry, siostrzeńcy rodzinny dom obejmował ją bez żadnych warunków ani wyjaśnień. Mama gotowała barszcz z uszkami, od którego nie sposób było się oderwać. Choinka mrugała lampkami i dziwacznymi, rozczulająco starymi bombkami. Tata wygłaszał toasty, ciut za długie, ale zawsze prosto z serca. Prezenty od mamy praktyczne, troskliwe, wybrane z miłością.
Na chwilę Jagna poczuła się znów mała. I aż chciało się powiedzieć:
Mamusiu, tatusiu, dziękuję, iż jesteście!
Wsiedli do taksówki. Droga była spokojna, dzieci ścisnęły się razem i zaraz zasnęły na tylnym siedzeniu najedzone, szczęśliwe, rozleniwione.
Po drodze Jagna poprosiła, żeby kierowca zatrzymał przy małym sklepie spożywczym przy szosie.
Tylko na chwilkę. Muszę kupić pieluchy i wodę rzuciła kierowcy.
Pięć minut później wyszła z siatką zakupów, wsiadła i serce jej zamarło.
Nie było dzieci.
Na przednim siedzeniu kierowca gawędził z jakąś nieznajomą kobietą. Z głośników cicho sączył się stary szlagier o bocianie, który zgubił węgorza.
Co tu się dzieje wyszeptała Jagna, tonem, który nie brzmiał jak jej własny.
Dziewczyna na przednim siedzeniu rzuciła się:
A ty kto?! Jakaś obca?!
Kierowca wzruszył ramionami:
Nie wiem! i spojrzał na Jagnę. Kim pani jest, o co chodzi?
Zwariowaliście?! Gdzie są moje dzieci?! krzyknęła, z trudem łapiąc oddech.
Chamie! zawyła kobieta z przodu. Jeszcze dzieci jakieś masz? i zaczęła okładać kierowcę torebką.
Pan kogo wpuszcza do auta?! darła się Jagna. Pytam, gdzie są moje dzieci?!
Przez kilka minut w środku szalał chaos niczym podczas odpustu: wrzaski, pretensje, wymachiwanie rękami, wszelakie poczucie światowej niesprawiedliwości.
W końcu uchyliły się drzwi i zajrzał do środka mężczyzna. Spokojnym głosem powiedział:
Proszę pani to nie pani samochód. Pani taksówka stoi tam, kawałek dalej.
Czas nagle się zatrzymał. Jagna w milczeniu, z wściekłością zatrzasnęła drzwi, wybiegła i podbiegła do identycznego jasnego samochodu stojącego kilka metrów wcześniej.
Otworzyła drzwi.
Na tylnym siedzeniu spokojnie spali jej mali święci. Dwoje małych aniołów choćby nie drgnęło.
Jagna nabrała powietrza jakby właśnie wróciła z drugiej strony przepaści. Usiadła, zatrzasnęła drzwi i mruknęła:
Jedźmy
I wtedy dopadł ją śmiech. Prawdziwy, nerwowy, uwalniający i lekko absurdalny. Kierowca najpierw pokiwał głową, a potem też się roześmiał, wycierając łzy radości. Był szczęśliwy, iż to się tak skończyło bez tragedii, ale z opowieścią na całe życie.
Jagna spojrzała na śpiące dzieci i nagle zrozumiała prostą rzecz: rodzice na co dzień bywają miękcy, zmęczeni, roześmiani, czasem roztargnieni. Ale kiedy cieniem padnie jakiekolwiek zagrożenie w mgnieniu oka budzi się w nich lew!
Żadnych wątpliwości, żadnych kalkulacji, żadnego lęku. Tylko jedno uczucie chronić!
Tak wygląda miłość. Cicha, gdy wszystko gra, nie do zdarcia, kiedy chodzi o dzieci.











