Rodzicielska miłość. Ela z ulgą, choć zmęczona, sadza dzieci do taksówki – Milenka ma cztery lata, Dawidek półtora. Cudownie spędzili czas u dziadków: z ciastkami, przytuleniami, bajkami i „troszkę większymi niż w domu” radościami. Ela także naprawdę cieszyła się z tej wizyty. Rodzice, siostry, siostrzeńcy – rodzinny dom przyjmował ją bezwarunkowo. Mama gotowała tak, iż nie sposób było odmówić. Choinka świeciła lampkami i wzruszająco starymi ozdobami. Tosty taty – może trochę przydługie, ale zawsze prosto z serca. Mamine prezenty – troskliwe, potrzebne, podarowane z miłością. Przez chwilę Ela poczuła się znowu dzieckiem. Chciało się po prostu powiedzieć: „Mamusiu, tatusiu, dziękuję, iż jesteście!”. Ela z dziećmi wsiadła do taksówki. Droga była spokojna, dzieci gwałtownie zasnęły – szczęśliwe, syte, wtulone w siebie na tylnym siedzeniu. W drodze do domu Ela poprosiła o postój przy małym sklepie przy ulicy. – Dosłownie na minutkę. Muszę kupić pampersy i wodę – powiedziała kierowcy. Pięć minut później wyszła, wróciła do samochodu… i zamarła z przerażenia. Dzieci nie było! Kierowca rozmawiał beztrosko z nieznajomą kobietą na przednim siedzeniu. – Przepraszam, nie rozumiem… – wydobyło się z ust Eli. Kobieta gwałtownie się odwróciła: – A to kto?! Co to za babka?! Kierowca wzruszył ramionami: – Nie wiem! – zwracając się do Eli, zapytał: – A pani to kto? Czego pani tu chce? – Czy wyście powariowali?! Gdzie są moje dzieci?! – Ty podły typie! – wrzasnęła kobieta – Masz jeszcze dzieci?! – i zaczęła okładać go torebką. – Kogo ty wpuszczasz do samochodu?! – już Ela krzyczała. – Pytam: gdzie są moje dzieci?! Przez trzy, może pięć minut, w kabinie trwał prawdziwy chaos: krzyki, pretensje, machanie rękami, wszechogarniająca niesprawiedliwość. Wtem otwiera się drzwi… Pochyla się jakiś mężczyzna, spokojnie mówi: – Proszę pani, to nie jest pani samochód. Ja stanąłem kawałek dalej. Świat stanął w miejscu. Ela bez słowa, wściekle zatrzasnęła drzwi, wybiegła i pobiegła do niemal identycznej jasnej taksówki stojącej z przodu. Otworzyła drzwi. Na tylnym siedzeniu spokojnie spały jej dzieci. Dwa małe aniołki choćby się nie poruszyły. Ela odetchnęła głęboko, jakby wróciła znad przepaści. Usiadła, zamknęła drzwi i burknęła: – Jedziemy… I wtedy ogarnął ją śmiech. Prawdziwy, nerwowy, wyzwalający. Kierowca też zaczął się śmiać, ocierając łzy z oczu – najwyraźniej ciesząc się, iż wszystko skończyło się tylko zabawną historią, a nie tragedią. Ela spojrzała na śpiące dzieci i nagle zrozumiała prostą prawdę: rodzice na co dzień bywają łagodni, zmęczeni, roześmiani, czasem rozkojarzeni. Ale gdy tylko pojawia się zagrożenie – budzi się w nich lew! Bez zastanowienia i bez strachu. Tylko jedno uczucie – chronić! Tak wygląda prawdziwa miłość. Cicha, póki wszystko jest dobrze, i niezniszczalna, kiedy w grę wchodzą dzieci.

newskey24.com 21 godzin temu

Rodzicielska miłość.

Jagna westchnęła z ulgą i szczęściem, sadzając dzieci na tylnej kanapie taksówki. Hania miała cztery lata, Staś półtora roku. Spędzili cudowny czas u dziadków pod Krakowem: z makowcem, przytuleniami, bajkami i dozwolonymi troszkę więcej niż w domu małymi przyjemnościami.

Jagna też była naprawdę szczęśliwa z tej wizyty. Rodzice, siostry, siostrzeńcy rodzinny dom obejmował ją bez żadnych warunków ani wyjaśnień. Mama gotowała barszcz z uszkami, od którego nie sposób było się oderwać. Choinka mrugała lampkami i dziwacznymi, rozczulająco starymi bombkami. Tata wygłaszał toasty, ciut za długie, ale zawsze prosto z serca. Prezenty od mamy praktyczne, troskliwe, wybrane z miłością.

Na chwilę Jagna poczuła się znów mała. I aż chciało się powiedzieć:
Mamusiu, tatusiu, dziękuję, iż jesteście!

Wsiedli do taksówki. Droga była spokojna, dzieci ścisnęły się razem i zaraz zasnęły na tylnym siedzeniu najedzone, szczęśliwe, rozleniwione.

Po drodze Jagna poprosiła, żeby kierowca zatrzymał przy małym sklepie spożywczym przy szosie.
Tylko na chwilkę. Muszę kupić pieluchy i wodę rzuciła kierowcy.

Pięć minut później wyszła z siatką zakupów, wsiadła i serce jej zamarło.

Nie było dzieci.

Na przednim siedzeniu kierowca gawędził z jakąś nieznajomą kobietą. Z głośników cicho sączył się stary szlagier o bocianie, który zgubił węgorza.

Co tu się dzieje wyszeptała Jagna, tonem, który nie brzmiał jak jej własny.

Dziewczyna na przednim siedzeniu rzuciła się:
A ty kto?! Jakaś obca?!
Kierowca wzruszył ramionami:
Nie wiem! i spojrzał na Jagnę. Kim pani jest, o co chodzi?

Zwariowaliście?! Gdzie są moje dzieci?! krzyknęła, z trudem łapiąc oddech.

Chamie! zawyła kobieta z przodu. Jeszcze dzieci jakieś masz? i zaczęła okładać kierowcę torebką.
Pan kogo wpuszcza do auta?! darła się Jagna. Pytam, gdzie są moje dzieci?!

Przez kilka minut w środku szalał chaos niczym podczas odpustu: wrzaski, pretensje, wymachiwanie rękami, wszelakie poczucie światowej niesprawiedliwości.

W końcu uchyliły się drzwi i zajrzał do środka mężczyzna. Spokojnym głosem powiedział:
Proszę pani to nie pani samochód. Pani taksówka stoi tam, kawałek dalej.

Czas nagle się zatrzymał. Jagna w milczeniu, z wściekłością zatrzasnęła drzwi, wybiegła i podbiegła do identycznego jasnego samochodu stojącego kilka metrów wcześniej.

Otworzyła drzwi.

Na tylnym siedzeniu spokojnie spali jej mali święci. Dwoje małych aniołów choćby nie drgnęło.

Jagna nabrała powietrza jakby właśnie wróciła z drugiej strony przepaści. Usiadła, zatrzasnęła drzwi i mruknęła:
Jedźmy

I wtedy dopadł ją śmiech. Prawdziwy, nerwowy, uwalniający i lekko absurdalny. Kierowca najpierw pokiwał głową, a potem też się roześmiał, wycierając łzy radości. Był szczęśliwy, iż to się tak skończyło bez tragedii, ale z opowieścią na całe życie.

Jagna spojrzała na śpiące dzieci i nagle zrozumiała prostą rzecz: rodzice na co dzień bywają miękcy, zmęczeni, roześmiani, czasem roztargnieni. Ale kiedy cieniem padnie jakiekolwiek zagrożenie w mgnieniu oka budzi się w nich lew!

Żadnych wątpliwości, żadnych kalkulacji, żadnego lęku. Tylko jedno uczucie chronić!

Tak wygląda miłość. Cicha, gdy wszystko gra, nie do zdarcia, kiedy chodzi o dzieci.

Idź do oryginalnego materiału