Wyobraź sobie, musieliśmy przez cały rok przelewać naszym dzieciom pieniądze, żeby spłacali swój kredyt! Przysięgam, więcej ani grosza nie dam ekstra!
Ja i mój mąż mamy jednego syna dorosłego już, swoje dzieci wychował. Co więcej, już doczekaliśmy się wnuków, więc pełna rodzinna sielanka niby.
Pamiętam jeszcze czasy PRL-u, jak było się kobietą i nie wyszło za mąż do trzydziestki, to już patrzono jak na starą pannę. Od wszystkich słyszałam, iż „czas na dzieci”, bo jak się nie miało potomka, to jakby się na społeczeństwo krzywo patrzyło.
Zdecydowaliśmy się z Krzysiem, moim mężem, iż wystarczy nam jeden syn. Może i byliśmy trochę wyrachowani, ale nie głupi. Dobrze wiedzieliśmy, ile w Polsce kosztuje wychowanie dziecka. Więcej dzieci, więcej wydatków prosta matematyka.
Udało nam się wykształcić syna, pomóc mu wystartować w życiu, ogarnąć swoje sprawy. Uznaliśmy to za rozsądny wybór.
No i co? Młodzi zupełnie inne podejście. Nasz syn, zaraz po ślubie z Martą tak, prawdziwie polskie imię! już nam oznajmił, iż będziemy dziadkami. Czuliśmy się szczęśliwi, ale z drugiej strony, oni nie mieli choćby własnego mieszkania. No to wzięli kredyt hipoteczny w złotówkach i zaczęło się comiesięczne spłacanie.
Jakoś dawali radę, ale potem się okazało, iż Marta znowu w ciąży. Delikatnie ich zapytałam, jak planują ogarnąć dwójkę dzieci, kredyt i życie? Oczywiście się obrazili, iż damy radę, wszystko będzie dobrze. No to mówię, skoro ogarniecie, to powodzenia!
Początkowo im wychodziło, ale jak Marta musiała iść na L4, a syna zwolnili z pracy, zaczęły się schody. Postanowili wrócić do naszego mieszkania, które wynajmowaliśmy. Mój mąż, jak to Polak z wielkim sercem, od razu zadeklarował wsparcie i przez okrągły rok opłacaliśmy za nich kredyt.
Myślałam, iż robimy najlepiej jak można, iż pomagamy rodzinie stanąć na nogi, a tu klops.
Dowiedziałam się niedawno, iż kredyt ma sześciomiesięczne zaległości! Gdzie się podziały wszystkie nasze pieniądze? Mąż ma już tego wszystkiego wyżej uszu, mówi, iż nie da rady dłużej tego ciągnąć. Ja czuję się jakbym dostała obuchem w głowę, po prostu nie wiem, co powiedzieć, ani co zrobić.
Wspieraliśmy nasze dzieci, staraliśmy się, żeby wyszli na prostą, a oni siedzieli na naszym utrzymaniu i żyli spokojnie. No i co teraz? Dosłownie ręce opadają.









